Logo
Recenzje

Jeśli nie knajpę, to choćby stolik

31.08.2026, 09:35 Wersja do druku

„Pies andaluzyjski” w reż. Macieja Masztalskiego w Teatrze Ad Spectatores we Wrocławiu. Pisze Jarosław Klebaniuk.

fot. mat. teatru

Twórcy zaoferowali swoisty kolaż klasycznego kryminału, zhiperbolizowanego slapstiku z hukowcami zamiast drzwi i dramatu obyczajowego – wszystko to zaś w wersji czarnokomediowej. Mroczną atmosferę rozjaśniały piosenki w stylu retro, zabawne wymiany między partnerami i adwersarzami, a spójna konstrukcja fabuły łamana była przez dygresyjne wolty nasuwające błędne tropy.

 Akcja spektaklu rozgrywa się 6 czerwca 2029 roku. Dla miłośników, a może jedynie historyków kina to niezwykle ważna data. Wtedy właśnie miała miejsce premiera 20-minutowaego filmu dwóch hiszpańskich – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – artystów wizualnych: Luisa Buñuela i Salvadora Dalego. Autorzy spodziewali się skandalu i zamieszek, więc zgromadzili kamienie, aby dać odpór wzburzonej gawiedzi. Ku ich rozczarowaniu film został dobrze przyjęty i nawet mieszczańska widownia w sporej części nie stroniła od zachwytów. Pamiętam, że gdy w latach 1980. w DKF-ie na Placu Teatralnym po raz pierwszy oglądałem ten czarno-biały, niemy obraz, byłem pod wielkim wrażeniem, choć zrozumienie, o co chodzi – zgodnie z intencjami twórców – znalazło się stanowczo poza moim zasięgiem. 

Z przedstawieniem w reżyserii Macieja Masztalskiego nawiązującym do tamtego wydarzenia sprzed niemal stu lat nie mieliśmy z Elą tego problemu. Owszem, tajemnica spotkania kilkorga znajomych zwołanego w nietypowy sposób dość długo pozostawała niewyjaśniona, jednak ostatecznie nie wylądowaliśmy w umysłowej próżni, jak widzowie nadrealistycznego dzieła. Dwa początkowe, wymagające nieco cierpliwości dialogi szybko ustąpiły wartkiej akcji pełnej nieoczekiwanych zwrotów i zabawnych kwestii. Charakterystyczna dla Ad Spectatores otwarta scena pozwalała śledzić z bliska niuanse gry aktorskiej i działania kilku kluczowych rekwizytów, wśród których alkohol i broń palna zajmowały niepoślednie miejsce, a rolę „Le Monde” grał polski „Le Monde diplomatique”. 

Twórcy zaoferowali swoisty kolaż klasycznego kryminału, zhiperbolizowanego slapstiku z hukowcami zamiast drzwi i dramatu obyczajowego – wszystko to zaś w wersji czarnokomediowej. Mroczną atmosferę rozjaśniały piosenki w stylu retro, zabawne wymiany między partnerami i adwersarzami, a spójna konstrukcja fabuły łamana była przez dygresyjne wolty nasuwające błędne tropy. Najlepsza scena spektaklu – jak ustaliliśmy z Elą – rozgrywała się w retrospektywie i miała walor dydaktyczny: można było sobie przypomnieć, czym są pytania retoryczne i jak można korzystać z retorycznego milczenia. Aluzje do filmów mafijnych przydały jej jeszcze pikanterii, a czerń humoru osiągnęła w niej swoje apogeum. Jak zauważyliśmy zgodnie, spektakl nawiązywał do znakomitych dawnych produkcji AS takich jak „Pieniądze są w…” czy „Morderstwo przy Rue Morgue”.

Parę drobiazgów pozostało niewyjaśnionych. Wielokrotnie padająca z ust bohaterów i krytycznie oceniana nazwa miejscowości była na tyle egzotyczna, że nie do końca oczywista. Padło na Sabunike, no ale gdzież ono (ona?), a gdzie Paryż? Po drugie, premiera „Psa…” w 1929 roku nie miała miejsca w piątek, ale w czwartek. Po trzecie, podczas fatalnej partii szachów „blitz”, próba zbicia własnego pionka wieżą, wykraczała dalece poza reguły gry, a trudno nam uwierzyć, aby grający czarnymi jeden z naszych ulubionych aktorów ich nie znał. Wreszcie, jeśli w dniu premiery rozmowa dotyczyła tego, że Dali współtworzył film (i wciąż żyje), to naturalne byłoby użycie czasu teraźniejszego, a nie przeszłego („Mało kto wie, że współtwórcą był...”). Jednak drobiazgi te równie dobrze mogły być drobnymi ofiarami złożonymi na ołtarzu nadrealnej sztuki. Natomiast nie pozostawiono najmniejszych wątpliwości w kwestii zasadniczej: dlaczego na imprezę, nie dysponując własnym lokum, warto wynająć knajpę lub choćby stolik. Wróćmy jednak do fabuły. 

Rozwiązanie zagadki stanowiącej przyczynę spotkania przyszło stopniowo i zaiste okazało się godne surrealistycznych aspiracji zawartych w tytule spektaklu. Po drodze czekała widza solidna dawka czarnego humoru i zgonów o tyle chwilowo nieodżałowanych, że dotyczyły sympatycznych aktorów (na szczęście stawili się wszyscy do braw, w postaci jak najbardziej materialnej). Warto było zobaczyć choćby Marcina Chabowskiego w roli amanta, Aleksandrę Dytko jako rozpaczającą wdowę czy Lucynę Szierok jako gospodynię przyjęcia. Arkadiusz Cyran jako „załatwiacz spraw” bawił i przestraszał. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się między innymi, że chemia z Niemiec nie tylko „jest najlepsza”, ale też występuje w postaci ultraskoncentrowanej, a także jak można okazać szacunek zwłokom, uprzednio im go okazawszy skrajnie niewiele. Sporo energii wniósł do „Psa andaluzyjskiego” w jego końcowej części Miłosz Pietruski jako Urlyk, notabene mocno spóźniony na przyjęcie. Jeśli chcecie się dowidzieć, kto go wydelegował oraz czy podzielił los tych uczestników, którzy przybyli na czas, musicie odwiedzić kiedyś wieczorem scenę w Browarze Mieszczańskim. Oczywiście nie może to być dowolny wieczór.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także