„Grzybobranie" Piotra Mateusza Wacha w reż. autora w Teatrze Potem-o-tem w Warszawie. Pisze Krzysztof Skiba w „Tygodniku Angora".
Uwielbiamy z żoną słuchać audiobooków czytanych przez Filipa Kosiora. To obok Krzysztofa Gosztyły jeden z najlepszych aktorów, których głos urzeka do tego stopnia, że nawet średniej jakości powieść czy kryminał zyskuje. Z wielką ochotą więc wybraliśmy się na „Grzybobranie", nowy spektakl offowego Teatru Potem--o-tem w Warszawie, w którym Kosior jest liderem. Ochota była tym większa, że ostatni spektakl tego Teatru, „Trzecia Wojna", zrobił na nas niesamowite wrażenie, a ja, recenzując go w tej rubryce, dałem najwyższą ocenę, czyli Sztorm.
Tym razem będzie bez sztormu, ale za to z mocnym bujaniem. Oto pięcioro przyjaciół udaje się na urodziny jednej z koleżanek. Pokolenie wesołych i nowoczesnych trzydziestolatków, którzy chcą się zabawić po swojemu. Bez disco polo, polskiej wódy i grilla, ale za to z grzybkami, które wywołują halucynacje. Początek spektaklu wbija w ziemię. To monolog naćpanej Medy (w tej roli świetna Ida Trzcińska), który porywa swoim bezsensem, kobiecymi przesądami, damskim szczebiotem i cywilizacyjnymi strachami. Aktorzy powoli wraz z widzami zanurzają się w psychodeliczną przestrzeń. Jeśli ktoś nie próbował narkotyków, to wystarczy mu ten spektakl w zupełności. Można się nim naćpać do woli przez pierwsze czterdzieści minut.
Wrażenie potęguje świetna muzyka Michała Smajdora. Kolejni uczestnicy balangi zaczynają wykonywać dziwne ruchy i opowiadać nonsensowne historie. Wszystkie te życiowe strachy, tragedie i dramy młodego pokolenia, ludzi, którzy powinni robić kariery i być szczęśliwi, podszyte są obawami nadciągającej apokalipsy wojennej. Niestety, pierwsze pozytywne wrażenie ustępuje zmęczeniu, im dłużej trwa to widowisko. Głupkowate, poszarpane monologi kolejnych uczestników już nie robią takiego wrażenia jak zwierzenia Idy Trzcińskiej.
Spektakl ratuje druga część, w której jedyną gwiazdą jest Ruin (w tej roli Filip Kosior) zwierzający się ze swej walki z uzależnieniem narkotykowym. To oczywiście spektakl o walce z nałogiem, o strachach i obawach pokolenia trzydziestolatków, które zgubiło gdzieś po drodze sens życia i wiarę w cokolwiek, ale prawdziwym celem spektaklu jest co innego. W „Grzybobraniu" nie brakuje męskiej golizny. W zasadzie jest nam prezentowana tylko męska golizna, a w tej nudystycznej panoramie wiodącą rolę odgrywają pośladki Filipa Kosiora. Aktor na pewno nie leni się na siłowni i podczas ćwiczeń szczególną uwagę on i jego trener personalny poświęcają pośladkom.
Nie jestem jakimś wybitnym znawcą męskiej pupy, ale ponieważ przez pół spektaklu Kosior chodzi bez gaci, trudno, by te poślady nie przesłoniły mi całości. Oczywiste jest, że skoro Kosior wyrzeźbił sobie takie na siłowni, chce je potem całej Warszawie zaprezentować. W kontekście wyrzeźbionych pośladów Kosiora reszta spektaklu jawi się tylko jako bibelot, coś na kształt nieistotnego dodatku. Jak wtedy, gdy w sklepie kupujemy jakiś towar, a drugi dostajemy w promocji za pół ceny.
Ocena: Średnia fala | Skala ocen: Sztorm, Wysoka fala, Na pełnej fali, Średnia fala, Płycizna, Dno