„Wegetarianka” Han Kang w reż. Pawła Miśkiewicza w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Jeśli chodzi o Han Kang to do dziś wspominam jak piekielnym rozczarowaniem był spektakl „Nadchodzi chłopiec” Marcina Wierzchowskiego w Narodowym Starym Teatrze. Co istotne, tamto wystawienie tekstu noblistki według mnie miało problem w warstwie nadbudowanej przez twórców na bazie oryginału, starając się przenieść opowieść Kang na polski grunt. Z tego powodu miałem ogromną nadzieję, że „Wegetarianka” w Teatrze Słowackiego będzie przeżyciem pozytywnym, bo może uda się uniknąć podobnego błędu. Dodatkowo za sterami tego projektu stanął Paweł Miśkiewicz, którego spektakle cenię i często stawałem naprzeciw ich ogólnej recepcji, jak w przypadku jego „Biesów. Spektaklu o piciu herbaty” z NST, które na mnie zrobiły ogromne wrażenie, a raczej spotkały się z chłodnym przyjęciem krytyki.
„Wegetarianka” opowiada historię Yong-hye, typowej, niewyróżniającej się niczym kobiety, która pewnego dnia postanawia przestać jeść mięso. Ma nadzieje, że będzie to remedium na nawiedzające ją coraz bardziej przerażające i drastyczne sny. Nagłe zmiany zachodzące w kobiecie niepokoją jej rodzinę coraz bardziej, a ich starania, aby przemówić jej do rozsądku spełzają na niczym. Przez pryzmat tego można zaobserwować mocno duszną i niezdrową atmosferę panującą w relacjach rodzinnych, gdzie Yong-hye zawsze była tą gorszą siostrą oraz niepohamowaną przemoc i władczość ojca czy też męża. Cała ta sytuacja stawia kobietę pod ścianą i doprowadza na skraj szaleństwa, w którym to postanawia odrzucić swoje człowieczeństwo i zostać drzewem.
Przez tę historię Miśkiewicz tworzy obraz skupiający się na przemocy wobec kobiet, gdzie ukazuje to, jak bardzo łatwo patriarchat odbiera sprawczość i jak mocno stara się dominować nad jednostką. Dobitnie to widać w scenie, w której ojciec siłą wmusza kobiecie jedzenie do ust i cała ta scena przybiera formę gwałtu. Przedstawienie pokazuje coraz większe popadanie w bezsilną rozpacz jednostki, która zostaje obdarta z najbardziej podstawowego prawa, czyli decydowania o sobie. Jednocześnie forma tego spektaklu staje się poniekąd kolejną warstwa opresji, bo jest to historia Yong-hye ale ona sama praktycznie nie jest dopuszczona do głosu. Kobieta nie ma prawa mówić o sobie, a jedynie jest opowiadana przez otoczenie, zagłuszona przez dominujących mężczyzn – ojca, męża, szwagra, lekarza. Nie ma dla niej przestrzeni nawet w jej własnej opowieści.
Reżyser bada coraz to nowe mechanizmy opresji nie tylko w kwestii żywieniowej, ale też tradycji i kultury. Jednocześnie poruszona zostaje kwestia granic sztuki i jej przejścia w przekroczenie seksualne. Ewidentnie „Wegetarianka” opowiada o niezaspokojonym pragnieniu i o tym, że jednym jednostkom zabrania się realizacji własnych żądzy, a innym daje się prawo do zagarniania tego, co chce jedynie ze względu na płeć. Jest to opowieść o ciągłym przekazywaniu sobie traumy i przemocy, niekończącej się paradzie kolejnych wymuszeń wynikających tylko i wyłącznie z pozycji społecznej.
Pomimo ciekawej warstwy znaczeniowej, mam nieodparte wrażenie, że im dalej w las tym bardziej ten spektakl się rozpada i traci na zwięzłości i mocy rażenia. Pierwsze 45 minut zostaje poprowadzone precyzyjnie z ogromną siłą i naprawdę chwytającą za twarz brutalnością. Miśkiewicz (reżyseria) i Bednarczyk (adaptacja i dramaturgia) klarownie i bezpośrednio rozstawiają pionki na planszy. Podobało mi się, że twórcy pozostawili akcję w Korei - uniknęli orientalizacji przestrzeni, a postawili na proste formy takie jak faktury tkanin, muzyka wykonywana na żywo przez Rafała Mazura na geomungo czy bardzo dobre nawiązywanie do tradycyjnego koreańskiego teatru Pansori.
Jednak im dalej w opowieść tym bardziej całość rozchodzi się w szwach i pojawia się sceniczny chaos choreograficzny i estetyczny. Jeśli taki zamysł miał służyć przedstawieniu degeneracji i rozpadu głównej bohaterki to okej, niemniej jednak w moim odbiorze to nie działa i zaczyna widza zwyczajnie przytłaczać i męczyć, zwłaszcza w finałowej części w szpitalu dla osób z problemami psychicznymi. Tę część w moich oczach windowała wyżej Karolina Kazoń w roli zrozpaczonej siostry In-Hye, rozerwanej między nienawiścią do swojej siostry a niemalże rozumieniem co nią kierowało, bo jednocześnie sama łapała się momentami na postrzeganiu jej przez mechanizmy systemu opresji, który tak mocno dotknął Yong-Hye.
Poza wcześniej wspomnianą rolą Karoliny Kazoń, niezmiennie mega wrażenie robi na mnie praca Dominiki Bednarczyk. Jest w jej postaci Yong-Hye tak dużo smutku i rozpaczy, ale też samozaparcia, że realnie aż to boli. Wybornie też na scenie wypadł Marcin Kalisz w roli wstrętnego męża głównej bohaterki, budził odrazę, ale też momentami współczucie ukazując jak małym, ohydnym człowieczkiem jest, bo nie wziął się z powietrza i ktoś kiedyś musiał go równie strasznie skrzywdzić, że stał się takim potworem.
I waham się bardzo mocno co czuję do „Wegetarianki” z Teatru im. Juliusza Słowackiego, bo był to spektakl wyjątkowo nieprzyjemny, ale na taki był skrojony, co szanuję; jednak był po trosze też rozczarowujący, bo po Miśkiewiczu spodziewałem się bardziej klarownej struktury mając w pamięci jego inne projekty. Przez to wszystko dostałem spektakl odrobinę bełkotliwy, momentami ciągnący się wręcz niemiłosiernie, ale też mówiący głośno i zdecydowanie o próbie ucieczki z ciasnego cyklu bycia zmuszonym do życia wbrew sobie i swoim zasadom. Jest to ten kejs, że nie było to złe, ale też nie powiedziałbym, że było to wybitne. Czuję się jak po zjedzeniu zupki fix – niby brzuszek napełniony, ale dajcie spokój, tak się nie godzi jeść.