Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce

29.05.2026, 11:35 Wersja do druku

„Anioły w Ameryce, czyli Demony w Polsce” Michała Telegi w reż. autora w Teatrze Barakah w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Piotr Kubic

Największe dramaty w życiu to te, kiedy chcesz coś dostać, a nie możesz - cukierek najbardziej kusi, jeśli jest zawinięty w papierek i za pancerną szybą, a najbardziej, gdy widzisz, że inni ten cukierek mają, a ty możesz tylko obejść się smakiem. Pozostaje ci jedynie kupić sobie czekoladowego Mikołaja marki własnej taniego dyskontu i rozkoszować się tym, na co cię stać. Tak można też podsumować starania Teatru Barakah do wystawienia „Aniołów w Ameryce” Kushnera; starali się uzyskać zgodę na wykorzystanie dzieła, ale niestety właściciele praw pokazali im figę albo – brutalniej mówiąc – środkowy palec. Niemniej, Teatr na Paulińskiej postanowił wybrnąć z tej sytuacji w iście sprytnym stylu, można by niemalże zacytować tutaj słynną kwestię Kapitana Bomby: „zgadza się, ukradłem…”. Jednak Michał Telega odpowiedzialny za scenariusz i reżyserię działa sprytniej, czyli na samym starcie streszcza widzom całe niekończące sie batalie o prawa, a potem streszcza, co się działo w oryginale i traktuje to jedynie jako punkt wyjścia do mówienia: sprawdzam, co z Kushnerowskiego dramatu zostało w dzisiejszych czasach, a żeby było ciekawiej, to zawężam przestrzeń badań do Polski.

Twórcy szukają w całym tekście oryginału paraleli do swoich prywatnych doświadczeń i starają sie obnażyć mechanizm stojący za różnego rodzaju sytuacjami dyskryminacji czy przemocy i nadużyć; dzięki temu rozmontowują Kushnera w teorii nadając bardziej uniwersalny ton całości, bo przedstawione historie są bliższe widzowi. Operowanie historią jest tu na tyle błyskotliwe, że każdy z proponowanych problemów jest z troszkę innej działki, co pozwala przedstawić większe spektrum dyskryminacji i przemocy systemowej.

Możemy obserwować odegranie zmagania młodych aktorów w szkole teatralnej, gdzie prężą się i walczą ze sobą niemalże na śmierć i życie o uznanie starego profesora, który poza byciem bucem jest też niepokojącym oblechem śliniącym się do młodych ciał. Budowana jest tutaj nić podobieństwa pomiędzy nim a Roy Cohnem z oryginału, który nie jest w stanie przyznać sie przed sobą do swojego homoseksualizmu, ale jednocześnie nie ma problemu z wykorzystywaniem młodych mężczyzn. Tak realnie motywem tego segmentu jest jednak bezwzględność i bezlitosne używanie dominacji jako narzędzia opresji przez jednostki uprzywilejowane.

Przebiegamy również przez tematy takie jak trudny coming out przed zaściankową matką, która przez całe życie myślała, że jak se znajdzie syn babę to mu się wszystko odwróci; dzięki tej części opowieści pojawia się też wątek spirytystyczny jak w „Aniołach w Ameryce” - tam Ethel Rosenber nawiedzała Cohna przed śmiercią, tutaj zjawa matki prześladuje chłopaka.

Kwestią poruszoną ze sceny, która koresponduje z oryginałem jest też kwestia rasowa: Dawid Tas dzieli się perspektywą osoby z nie-aż-tak-jasną karnacją, która musiała sobie jakoś radzić w małym mieście z rosnącymi nastrojami ksenofobicznymi; tutaj fajnie wygrywane są one na scenie w postaci ustawki jak ze starć pseudokibiców.

Pojawia się także wątek odkrywania, że jest się chorym na AIDS, co prowadzi chyba do najlepszej w całym spektaklu sceny, w której tyrada o tradycjach w Polsce takich jak jedzenie barszczu w Wigilię, połączona jest z kaszleniem krwią przez jednego z aktorów. Niepokojąco skręcająca sekwencja, która chyba jako jedyna z całych „Aniołów w Ameryce, czyli demonów w Polsce” wżarła mi się w pamięć na dobre. Super pomysł inscenizacyjny.

Po pozbieraniu wielu wątków i opowieści nachodzi mnie jednak pytanie i jest trochę zasadne: czy całość tego przedsięwzięcia działa jako spektakl? No właśnie chyba nie do końca - od razu zaznaczę, że nie odbieram tym stwierdzeniem zasadności mówienia o swoich ciężki przeżyciach, czy też nie dewaluuję i nie unieważniam ich. Po prostu mnie jako widza prócz elementu, nie wiem, terapeutycznego dla twórców (?) w spektaklu obchodzi też sam spektakl per se: czy daje mi satysfakcję i czy czuję, że dobrze spędzam czas. Mam wrażenie, że muszę to zaznaczyć, bo inaczej ktoś mi na 100% już będzie szykował miejsce siedzące w Norymberdze.

Zbiór tych scen zagranych brawurowo i w takt mega fajnej muzyki Piotra Korzeniaka (która momentami przypominała mi bardzo mocno utwory metalowego zespołu Furia) w trakcie trwania przebiegu „Aniołów…” nie dawał mi zupełnie poczucia znudzenia ani niczego w tym stylu, jednak pojawia się u mnie wątpliwość - po co to wszystko. Jako diagnoza świata, w którym żyjemy działa bardzo powierzchownie i mówi o faktach, które doskonale wszyscy znają - Polska jest w wielu tematach krajem zaściankowym, ludzie się boją, a przemocowcy są przemocowi, bo mogą i dostają na to ciche przyzwolenie. Ok, dzięki, nie zauważyłem, żyję w tym kraju tylko od kilku dekad. Jeśli spektakl Teatru Barakah ma być pokazaniem, że mogą wystawić „Anioły…” nawet, gdy nie dostali licencji na tekst - good for you, ale to nie są tak naprawdę „Anioły…”, więc w sumie udowadniacie, że posypaliście chleb cukrem i mówicie, że to pyszne ciasto. Jeśli zamysłem były swoiste egzorcyzmy złych wspomnień i przeżyć autorów - również okej, ale mnie jako widza jakoś mocno to nie obeszło – i nie dlatego, że podważam zasadność mówienia o swoich doświadczeniach, ale dlatego że sam przeżywałem podobne rzeczy, bo dorastałem w Polsce w podobnym okresie co twórcy i taki sposób przedstawienia nie ma dla mnie prywatnie wartości terapeutycznej, a uświadamiać mi tych mechanizmów nie trzeba. Nie umiem sobie najzwyczajniej uzasadnić po co to wszystko, zwłaszcza, że nawet w ramach teatru obyczajowego, teatru historii te wszystkie wątki też się ze sobą nie łączą fabularnie i nie prowadzą do żadnej puenty. Takie trochę żalenie sie dla żalenia, jak przy winie i papierosku ze znajomymi w Ambasadzie Śledzia koło 2 w nocy.

Całościowo „Anioły w Ameryce, czyli demony w Polsce” były spektaklem zagranym z werwą, z dobrą muzyką i z mega fajną, dynamiczną choreografią (za nią odpowiadał Piotr Mateusz Wach), jednak zabrakło mi w tym wszystkim odrobiny jasnego celu do którego zmierzamy. Fajnie się pokręcić w kółko, ale to raczej jak jest się na karuzeli, a nie na rondzie, z którego nie umie sie zjechać, a spektakl raczej traktuję właśnie jak drogę prowadzącą do jakiegoś celu. Chyba, że celem było zbudowanie opowieści o tym, że Polska jest 40 lat za Ameryką, bo teraz dzieje sie u nas to, co kiedyś u nich, ale w sumie u nich teraz dzieje sie to, co kiedyś u nich, więc może tak naprawdę nigdy nie będzie lepiej. Niech już przyleci UFO i nas zabierze, błagam.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

26.05.2026

Sprawdź także