Logo
Recenzje

Zmory dzieciństwa

29.05.2026, 10:41 Wersja do druku

„LAC” Piotra Czajkowskiego w choreogr. Jeana-Christophe’a Maillota z Les Ballets de Monte Carlo na 32. Bydgoskim Festiwalu Operowym. Pisze Benjamin Paschalski na stronie benjaminpaschalski.pl.

fot. Alice Blangero/mat. organizatora

Każdego roku, na przełomie kwietnia i maja, Bydgoszcz zmienia się w operową stolicę Polski. Dokonuje się to za sprawą Bydgoskiego Festiwalu Operowego, którego organizatorem jest Opera Nova. Owe wydarzenie to jedno z wielu, które ukazuje inwestycję miasta, ale i regionu, w sferę kultury, która staje się ważnym czynnikiem społecznej identyfikacji. Owszem nie do końca wszystko wychodzi, co ukazuje niekończący się remont Teatru Polskiego, ale zachwyca rekonstrukcja młynów oraz całego nabrzeża Brdy. Ten fragment miasta wydaje się jednym z najbardziej urokliwych w całym naszym kraju. Kto jeszcze nie poznał owego skarbu musi koniecznie odwiedzić Bydgoszcz. Owym dopełnieniem krajobrazu jest okazały budynek instytucji muzycznej, której dotychczasowe kręgi już za chwilę zostaną wzbogacone kolejnym owalem, tworząc spójną konstrukcję prawdziwego centrum artystycznego. To zasługa sprawnej dyrekcji, którą najdłużej w Polsce wśród teatrów muzycznych już od trzydziestu czterech lat, sprawuje Maciej Figas. To z jego inicjatywy powstał ów coroczny przegląd, który gromadzi widownię miłośników sztuki operowej i to nie tylko lokalnych, ale także z całego kraju. Niesłychaną wartością wydarzenia jest różnorodność programowa, która jest urozmaicona także wydarzeniami ze sfery tańca. Trzydzieści dwie edycje to niezwykle ciekawy kalejdoskop baletowych doznań, które każdego roku goszczą także na deskach bydgoskiej sceny. Co ciekawe jeżeli przyjmiemy założenie, że każdego roku przeciętnie prezentowane są dwa zespoły to w dwa lata jest ich cztery. To równowartość obecnego programu Łódzkich Spotkań Baletowych, które będąc biennale stają się ubogim krewnym tego co można zobaczyć w województwie kujawsko-pomorskim w corocznej edycji. Bardzo smutny wniosek. Oby program w Łodzi bogacił się pomysłem, zróżnicowaniem i poszukiwaniami artystycznego spełnienia.

Owych kilkadziesiąt lat Bydgoskiego Festiwalu Operowego to niesłychany wachlarz zespołów tańca. Warto wskazać te, które na kartach historii świecą blaskiem światowego poziomu i mogła je oklaskiwać publiczność wydarzenia. Trzykrotnie festiwal inaugurowali gospodarze baletową premierą: Pan Twardowski w układzie Marka Zajączkowskiego (2007), Romeo i Julia w choreografii Paula Chalmera (2018) oraz Carmen Johana Ingera (2025). Częstym gościem był zespół warszawski w konfiguracjach nazw od baletu Teatru Wielkiego poprzez Teatru Narodowego do Polskiego Baletu Narodowego. Stołeczna kompania prezentowała Córkę źle strzeżoną (1998), wieczór baletowy z pracami Jiriego Kyliana (2006), trzy razy Święto wiosny podczas jednego spektaklu w choreografiach Wacława Niżyńskiego, Emanuela Gata oraz Maurice’a Bejarta (2012), Don Kichota (2015) i Poskromienie złośnicy (2016). Dwukrotnie gościł zespół z Wilna z La Piaf (2017) oraz Bajaderą (2023). Ważnym stały się pokazy szwedzkiego Cullberg Ballet, Bejart Ballet z Lozanny, zespołów azjatyckich z Chin czy Korei, a także w ostatnich dwóch edycjach prezentacje La Compagnie Käfig z Francji, która podbiła serca publiczności połączeniem klasyki i hip-hopu w porywających układach Mourada Merzouki. W 2024 oraz bieżącym roku Bydgoszcz odwiedził jeden z najbardziej rozpoznawalnych zespołów baletowych na świecie Les Ballets de Monte Carlo prowadzony przez Jean-Christophe’a Maillot. To faktycznie autorski projekt, w którym choreograficzna pomysłowość i artystyczna kreska szefa odciska olbrzymie piętno na repertuarze oraz stylistyce prezentacji kolejnych produkcji. Ten francuski artysta, urodzony w roku 1960 nie tylko kreuje dla swojej macierzystej kompanii, ale również jego oryginalny język wypowiedzi bez słów może podziwiać publiczność na całym świecie. To zarówno poprzez kolejne premiery, a także bogate tournée formacji z Monako. Niezwykłym jest już samo miejsce – Monte Carlo, które stało się mekką dla współczesnej sztuki tańca. Tu rezydował Sergiusz Diagilew ze swoimi baletami rosyjskimi, natchnienia szukali inni twórcy, a sama dzielnica miniaturowego państwa stała się jednym z miejsc akcji baletu Matthew Bourne’a – Czerwone pantofelki. Ten szczególny hołd, dla sztuki tańca, wskazywał właśnie ową lokalizację jako kluczową dla życia, trwania, rozwoju artyzmu tej formy wypowiedzi. Formalnie stały zespół w Monte Carlo powstał w roku 1985. Dokonało się to z inicjatywy księżniczki Karoliny, córki Reinera III, księcia Monako oraz księżnej Grace, znanej amerykańskiej aktorki o bardziej znajomym nazwisku - Kelly. Właśnie ów zapał jest kluczowy do dnia dzisiejszego, co podkreśla Maillot, który stoi na czele kompanii od roku 1993. Zauważa: „gdy przyjechałem tu pierwszy raz należało się zmierzyć z tradycją Niżyńskiego, Michaiła Fokina. Ten duch przeszłości jest wciąż obecny. Próbowałem do niego dołączyć.

Ale wyjątkowość miejsca buduje moja szczególna relacja z księżniczką Karoliną. Każdy choreograf, który tu przyjeżdża podkreśla unikatowość Monte Carlo do kreowania, tworzenia prac. Każdy ma tu czas, wolność i odpowiednie zaplecze. Nasz zespół nie musi rywalizować z repertuarem operowym, walczyć o orkiestrę, terminy, odpowiadać na pytanie czy coś jest dobre, a coś nie. Ta wolność to konsekwencja szczególnej mojej więzi z księżniczką Karoliną. To ona, od ponad trzydziestu lat, daje mi przestrzeń do tworzenia bez politycznej zmiany, nacisku i potencjalnego zagrożenia. Mam wystarczające fundusze do realizacji programu. Zespół nasz nie jest liczny to pięćdziesięciu tancerzy oraz kilka osób obsługi. Nie mamy wielkiego zaplecza i funduszy porównywalnych do wielkich kompanii baletowych. Ale to co jest najważniejsze to właśnie spokój i wolność – morze i odpowiednie wsparcie. Dlatego czuję się wolny i spełniony jako twórca oraz artysta”.

Podczas dwóch bydgoskich wizyt, a należy zauważyć, że objazd stanowi istotny punkt aktywności zespołu z Monte Carlo, publiczność mogła oglądać dwie autorskie prace Jean-Christophe’a Maillota: Romeo i Julię, a podczas obecnej edycji festiwalowej Lac. Co ciekawe ten tytuł, będący autorską wersją Jeziora łabędziego do muzyki Piotra Czajkowskiego, już drugi raz gościł w naszym kraju. Pierwszy raz w roku 2015 podczas XXIII Łódzkich Spotkań Baletowych. I jestem przekonany, że dla owego doświadczenia artystyczno-emocjonalnego mógłby zespół odbyć objazd po całym naszym kraju znajdując wiernych odbiorców tejże niezwykle dotykającej, ludzkiej, przeszytej osobistą tragedią tanecznej historii. Maillot, za główny punkt powodzenia owego tytułu wskazuje: „Chciałem dać okazję publiczności, żeby potrafiła unifikować się z tym co widzi na scenie i wierzyć, że owa opowieść mogła się wydarzyć każdemu. Zawsze interesowała mnie ludzka strona owego baletu, nie tylko ów świat fantastyki, bajki. Istotnym jest ukazanie czegoś namacalnego, różnicy pomiędzy kobietą, a łabędziem-ptakiem. Dwa oblicza owej dziewczyny tego co ją odróżnia, a także to co ją jednoczy ze światem ludzkim – uczuciem, wspomnieniem tego co wydarzyło się w dzieciństwie. Istotnym jest aby publiczność nie widziała na scenie tylko tańca, ale umiała połączyć się z ludźmi, którzy go wykonują. Wejść w świat owej narracji, według mnie bardzo humanistycznej historii”. Powodem do przygotowania autorskiej wersji stały się również ograniczenia w liczebności zespołu. Aby sceny „białe” nie wyglądały ubogo konieczne jest posiadanie jednakowo wyszkolonych trzydziestu dwóch tancerek. Dla formacji z Monte Carlo jest to niemożliwe do osiągnięcia.

Zatem to inspiracja Jeziorem łabędzim, w której w głównym punkcie umiejscowiona jest kobieta i to nie jedna, a trzy. Ich łącznikiem staje się postać księcia, a także istotny staje się jego ojciec, całkowicie pominięty w oryginalnej wersji baletowej. Spektakl, nie wliczając przerwy, jest krótki trwa zaledwie jedną godzinę i trzydzieści pięć minut. Choreograf twierdzi: „owe skróty w muzyce służą dynamice historii. Dzięki owemu ujęciu widz nie ma czasu oddzielić się od tego co widzi na scenie. Zależy mi aby ta taneczna opowieść dotykała, trafiała swoją sugestywnością oraz relacyjnością postaci. Nie lubię, gdy publiczność bije brawo w trakcie spektaklu, musi on być zwięzły, sceny płynąć gładko, aby trzymać napięcie. Zawsze, swoim tancerzom tłumaczę ową narrację, buduję dramaturgię, opowiadam treść, to daje ideę tańca, pobudza emocje wykonawców. U mnie każdy krok musi mieć sens, nie jest pustym gestem”.

Spektakle Maillota są niesłychanie teatralne, mocno powiązane ze sztuką sceniczną. Każdy obserwator życia baletowego próbuje klasyfikować artystów, ich style i techniki. Francuski twórca wykorzystuje neoklasykę, a także współczesne formy tańca. Ale najbardziej adekwatnym sformułowaniem, dla stylu choreografa, jest określenie „teatr baletowy” – „to najbardziej odpowiednie określenie dla tego co robię” – podsumowuje kreator.

Lac, co już zauważono, to autorskie ujęcie wielkiej klasyki baletowej, fraz muzyki, która rozpoznawalna jest dla każdego, nawet dla niebywającego w salach teatralnych. Wydaje się, że Maillot czyta Jezioro łabędzie przez doświadczenie innego baletu Czajkowskiego – Śpiącej królewny, a także opery Wolfganga Amadeusza Mozarta – Czarodziejski flet. W owych utworach mocno są akcentowane sfery nadprzyrodzone, przekleństwa i przepowiedni: złej wróżki Carabosse oraz Królowej Nocy. Zwiastuny tragedii, niespełnionych aspiracji, urazy i porażki, której konsekwencją jest bolesny rewanż. Do dzieciństwa nawiązuje również francuski artysta. W projekcji ukazuje świat dzieciństwa Księcia, troskliwej opieki rodziców: Króla i Królowej oraz pojawienia się małej dziewczynki w białym stroju. Dzieci nawiązują relację przyjaźni, nierozłączności, współegzystencji. W ten świat idylli wkrada się czarna postać, kochanki ojca, która przyprowadza córkę, której więzy zaślubin winny ją związać z następcą tronu. Ale chłopak odrzuca ową intruzkę w świecie spokoju, ładu, łagodności. Owa scena ma tragiczny finał. Czarna dorosła kobieta uprowadza dziewczynkę w białym kostiumie. Tym samym niweczy stan dobra i pokoju, na rzecz potencjalnych konsekwencji, które nadejdą już w żywym planie wykonania.

Właściwa akcja rozgrywa się kilkanaście lat później po zdarzeniach z projekcji filmowej. Idylla i szczęście pulsuje, ale pod nią kryje się tajemnica przeszłości. W dzień urodzin Książę (Jerome Tisserand) ma wybrać kandydatkę na żonę. Spośród licznych panien żadna nie przypada mu do gustu, ale pojawia się niespodziewany gość. To Jej Wysokość Noc (świetna Mimoza Koikae) wraz z córką Czarny Łabędź (Lydia Wellington), które przybywają z jasno określonym celem – podbicia serca młodzieńca. Ale nie tylko. To także gra psychologiczna powrotu do traum przeszłości, tego co niby zapomniane. Odżywa relacja pani nocy z Królem (Matej Urban), która jest nie do wytrzymania dla jego żony (Marianna Barabas). Budują się na nowo więzy, odżywają wspomnienia. To tchnienie dawnego czasu nie daje o sobie zapomnieć. To wielki walor owego widowiska, które pulsuje dusznym klimatem grzechów przeszłości, a one rzutują na to co bieżące, aktualne, dzisiejsze. Owe dawne dzieje przywołują pamięć. Książę wspomina dziewczynkę z dzieciństwa. Owa tchnienie wymusza na nim podróż nad jezioro. Tu odnajduje dawne uczucie – Białego Łabędzia (Lou Beyne). Odradza się miłość, względy, relacje. Tancerka świetnie ukazuje dwa światy swojego jestestwa: ptaka i dziewczyny. Drobny element jakim są pióra, które krępują ruchy, stają się również niezwykłym rekwizytem dla wykonania tanecznego. To kontrast jednej osoby, a dwóch postaci. Powraca dawna przysięga i zobowiązanie.

Ponownie akcja przenosi się do siedziby rodziny królewskiej. Uroczystość w pałacu zostaje przerwana przez przybycie Królowej Nocy z przebraną córką za białą postać, której ulega Książę. Gdy mistyfikacja wychodzi na jaw Królowa zabija dziewczynę. Rozpacz drugiej matki jest wielka, bezwzględna i złowieszcza. Nie ma szans na szczęście. Ginie Biały Łabędź, a obok pada martwy Książę. W wirze zasłon odchodzą w zaświaty zamknięci w więzach wiecznej miłości. W ten sposób dokonuje się symboliczne zespolenie, które zbudowała tafla jeziora, a także grzech ojca, który skutkował wielką tragedią dzieci.

Największą wartością owej baletowej opowieści jest jej jasność i logika dramaturgiczna. Sceny są klarowne, a historia wciągająca. Prostymi środkami realizatorzy tworzą klimat poszczególnych scen. Zwyciężczyniami są solistki, które kunsztem i wykonaniem oczarowują. Można je oceniać na różne sposoby: demoniczności i złowrogości Jej Wysokości Nocy, pewności siebie Czarnego Łabędzia oraz delikatności, a także walki o szczęście Białego Łabędzia. W owym układzie namiętności blado wypada Książę jakby zagubiony koniecznością wyboru, a także przekleństwem dawnego doświadczenia. Kluczem dla owej inscenizacji pozostaje postać ojca, którego grzech zdrady ma moc definiującą dla postępującej tragedii. W owej historii nie ma wygranych, każdy doświadcza, odchodzi, ginie.

Baletowa kreska ruchu choreografa jest niezwykle sugestywna, różnorodna, miejscami akrobatyczna, a zespół sprawny i niezwykle zgrany. Do owego, wspomnianego, grona solistów należy dołączyć Powiernika Księcia (Daniele Delvecchio), który oczarowuje skokami i technicznymi umiejętnościami. Tło stanowi ciekawa scenografia Ernesta Pignon-Ernest, która przybiera biały kolor sali tronowej w pierwszym akcie, a następnie srebrnego klifu jeziora, a także czerni w sekwencji maskarady. Dopełnienie to urocze, różnokolorowe stroje Philippe Guillotel. Nie można zapominać o opracowaniu muzycznym. Utwór Czajkowskiego został ograniczony, adekwatnie dla tanecznej dramaturgii. Niektórzy zapewne się zawiodą, gdyż nie ma tańca małych łabędzi, tańców narodowych, oprócz hiszpańskiego, którego ekstatyczne wykonanie zachwyca, ale ma to swoje jasne uzasadnienie. Istotą staje się opowieść – baletowy teatr, który ma wzbudzać emocje, wstrząs i doznanie jasnej oraz klarownej opowieści. I wszystkie te elementy kumuluje niezwykle udana i ważna praca w wykonaniu Les Ballets de Monte Carlo. Największą satysfakcją staje się ocena publiczności, wśród braw nie brakowało wzruszenia i ocierania łez płynących po policzkach. To jedna z najlepszych rekomendacji dla baletowego spełnienia, gdy scena wzbudza wielkie przeżycia, które na długo pozostają w pamięci.

Podczas Bydgoskiego Festiwalu Operowego otrzymaliśmy wieczór potęgi miłości, a nie fałszu. Historię, która dzięki sile tańca, nie tylko urzeka, ale i dotyka, doskwiera, boli, gdyż to rzecz niezwykle życiowa, gdzie to co bajkowe i niemożliwe przybiera twarz realnego oraz rzeczywistego. Świat baletowej historii wciąga, oczarowuje całym kosmosem realizacyjnym i pozostaje na długo w pamięci, że Jezioro łabędzie nie jedną ma twarz w rękach wybitnych kreatorów tańca.

Tytuł oryginalny

ZMORY DZIECIŃSTWA – „LAC” LES BALLETS DE MONTE CARLO/ BYDGOSKI FESTIWAL OPEROWY

Źródło:

benjaminpaschalski.pl
Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

29.05.2026

Wątki tematyczne

Sprawdź także