charakteryzacja Kinskiego czy artystyczne paznokcie obu). Scena skaleczenia, w której Dracula Oldmana wręcz eksploduje, jest zagrana za plecami wampira, widzowie nie obserwują twarzy wygłodzonego nieśmiertelnika. Spotkania z uzębieniem wampira nie pozostawiają choćby kropli krwi, bo to wampir, który opanował laparoskopię (śmiech). I tak dalej, i tak dalej, bardzo, wręcz ostentacyjnie, teatralnie, na domysły. Są też niebanalne pomysły, jak np. srebrne kule wysypujące się z trumien, z którymi Orlok przybył do miasta (zamiast szczurów znanych z literatury i filmu).

Spektakle zachwycające obrazem często rozczarowują narracyjnie. Z półgodzinnego intro przed wyprawą do Orloka warto zapamiętać tylko parówkową suknię Anny Harding (Katarzyna Z. Michalska) i zwoje biuralistów. Nie przekonuje metamorfoza Jonathana Harkera (Robert Ciszewski) ani uniwersalizacja zła. Aktorzy Wybrzeża, uznawani za jeden z najlepszych zespołów w Polsce, tym razem nie zachwycili. Na swoim poziomie zagrał tylko Robert Ninkiewicz (R.M. Renfield). Marek Puchowski w tytułowej roli wykazuje się dużą sprawnością ruchową, ale ani charakteryzacja, ani kostium a la mumia nie pozwalają na ukazanie głębi zła i miłości, modulowany głos to za mało.

W opisie nawiązuję do pierwowzoru literackiego, filmu Murnaua oraz ekranizacji Herzoga i Coppoli, bo autor scenariusza w czytelny sposób nawiązuje do wszystkich źródeł, choć z reguły je kontestuje i transformuje. Spektakl reżysera filmowego i teatralnego Mariusza Grzegorzka jest z pewnością wydarzeniem i warto go zobaczyć choćby tylko dla możliwości maszynerii teatralnej. To także spektakl endemiczny, prezentacja w innych teatrach z zachowaniem oryginalnej koncepcji przestrzennej jest w praktyce niemożliwa (może udałoby się pokazać „Nosferatu” we wrocławskim Capitolu, który dysponuje podobnym systemem zapadni). Mimo zastrzeżeń spektakl zdobędzie wiele nagród i będzie przebojem.