Logo
Magazyn

Wałbrzych się przybliżył

8.12.2025, 08:53 Wersja do druku

Rozmowa Witolda Mrozka z Sebastianem Majewskim, dyrektorem Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu w dwutygodniku.com.

fot. Tobiasz Papuczys

WITOLD MROZEK: Okazuje się, że próby w teatrze nie muszą trwać aż do 22.00. Każdy spektakl na wałbrzyskim przeglądzie premier „Moc” zaczynał się od informacji, co udało wam się zrobić za kulisami. Chwalicie się?

SEBASTIAN MAJEWSKI: Tak, chwalimy się tym, że udaje się nam zapanować nad czasem pracy w instytucji kultury. To jest bardzo ważna rzecz, która dzieje się w naszym teatrze od roku, czyli od rozpoczęcia mojej pracy na stanowisku dyrektora SZA-NIAW-SKX – chciałem zadbać o higienę i porządek pracy. I to nie tylko zespołu artystycznego, ale też zespołu technicznego, zespołu administracyjnego, komunikacyjnego czy księgowych.

Dlaczego tak mocno trzyma się w teatrze system prób w godzinach 10–14 i 18–22? Ten model wywodzi się przecież jeszcze z XIX wieku.

Trzyma się na tym, co w ogóle jest domeną teatru, czyli na przyzwyczajeniu. W teatrze jest dużo umów słownych, często wykluczających się, ale funkcjonujących siłą tradycji. Godziny prób to jedna z ważniejszych. Kolejna to wolny poniedziałek – a przecież to nie jest tak, że poniedziałek jest ustawowo zapisany jako dzień wolny w teatrze. Wolna może być środa albo czwartek. Chodzi tylko o to, żeby osoba pracująca miała dwa dni wolne w tygodniu. I to należy funkcjonalnie wskazywać i egzekwować.

Hierarchia teatralna to też jest przyzwyczajenie. Przyzwyczajeniem jest także to, że spektakle są grane o 19. I tak dalej – jest tego mnóstwo. Niektóre z tych tradycji uważam za porządne i niech nam trwają latami. Wieczorne spektakle – bardzo szanuję, również jako przedstawienia dla młodzieży, dzięki którym możemy przyzwyczajać ich do wieczornych wizyt w teatrze. Ale próby naprawdę mogą odbywać się w innych godzinach, w innym trybie. Praca artystyczna przez osiem godzin dziennie jest trudna. Rzadko widziałem realizatorów, którzy by ten czas wypełniali bardzo szczelnie.

Próba niby zaczyna się o 10, ale realnie o, powiedzmy, 10.20. Ludzie muszą się zejść, wypalić papierosa… Potem cztery godziny przerwy „obiadowej” między próbami…

A potem kończy się wieczorną próbę o 21, bo nie wiadomo, po co siedzieć do tej 22, skoro już się nie ma nic więcej do powiedzenia. I gotowość aktorów jest ograniczona – mówią, że są zmęczeni. Aktorzy mają, wbrew pozorom, życie pozateatralne. Ono istnieje. Są dzieci, rodziny, żony, partnerzy. Jest hobby. Inne bodźce. Potrzebny jest też czas na nauczenie się tekstu. Kiedy? W ciągu ośmiu godzin pracy albo w domu. Ale jeżeli w domu i jeżeli po 22, to znaczy, że to są nadgodziny i praca nocna. Jak to rozliczyć, jak wynagrodzić? I gdzie ma znaleźć się w tym przyjazna instytucja, o której mówimy?

Teraz macie próby od 9 do 15. Sześć godzin.

I to z 45-minutową przerwą, którą zespół artystyczny wykorzystuje tak, jak chce. Tę przerwę mamy zresztą wszyscy. Od 13 do 13.45. Wtedy teatr jest po prostu zamknięty. Nie odbieramy telefonów, kasy nie działają, każdy ma czas dla siebie. Wracając na drugą część dnia pracy, jesteśmy zrelaksowani, wypoczęci, żeby efektywnie pracować do 15.30 lub 16. Zespół artystyczny ma całe popołudnie wolne. 

I świat się nie zawalił? Spektakle powstają?

Tak. Co więcej, udaje się doprowadzić je do premier. W terminie. Nikt nie mówi, że nie ma czasu. Aktorzy mają szansę na indywidualną pracę. Mogą zostać w teatrze, przegadywać tekst z inspicjentką, fiksować sytuacje, przygotowywać się na kolejną próbę przez te dwie godziny, które zostają z 8-godzinnego dnia pracy. Tak, świat się nie zawalił, a czuję, że nasza teatralna rzeczywistość jest nawet szczęśliwsza. Osoby, które nie miały nigdy wolnych wieczorów, jak inspicjentki – które przecież są i na próbach, i na spektaklach – odkryły, że istnieje życie wieczorne. Także w Wałbrzychu. Że można pójść do kina, że galerie handlowe nie działają tylko w soboty rano. To są drobne rzeczy, ale bardzo ważne.

Mówiłeś o hierarchii. Masz kilkanaście lat stażu jako zastępca dyrektora artystycznego w różnych teatrach: tu, w Wałbrzychu, w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, w Starym Teatrze w Krakowie… Od roku jesteś, po raz pierwszy, dyrektorem naczelnym. Jak odczuwasz tę zmianę?

Ta zmiana nie jest mocno odczuwalna. Po prostu znam ten teatr. Wiem, jak działał, nie tylko na poziomie artystycznym, ale również na poziomie organizacyjnym, administracyjnym, finansowym. Danuta Marosz, moja poprzedniczka i wieloletnia dyrektorka naczelna, nie ukrywała przede mną takich rzeczy. Wiedziałem o wszystkim: ile kosztuje prąd, gaz, ile wydajemy na utrzymanie Domu Aktora, jakie są problemy w innych zespołach. Nie byłem zamknięty w bańce artystycznej. Jednak składając aplikację w konkursie na dyrektora naczelnego, od razu planowałem, że będę chciał decyzje konsultować z innymi osobami. Od tego roku także dyrektor naczelny.

Czyli z kim?

Użyję tutaj okropnego słowa „kolektyw”. Nasz kolektyw jest uważny i współpracujący. Ja oczywiście odpowiadam jednoosobowo za wszystkie decyzje, czyli w momencie problemów to nie kolektyw będzie obarczany konsekwencjami, tylko ja. Odpowiadam też bezpośrednio za zespół artystyczny, za to wszystko, co związane jest z pracą stricte teatralną. Mój zastępca, Maciej Omylak, zajmuje się sprawami technicznymi i administracyjnymi, produkcją oraz eksploatacją. Tomasz Jękot koordynuje działania wizerunkowe teatru i ich wpływ na naszą frekwencję. Pani Magda Podyma, główna księgowa, czuwa nad finansami teatru. Strategiczne decyzje: co robimy w sezonie, kogo zatrudniamy, jakie mamy potrzeby, gdzie widzimy problemy, jak zapewnić komfort pracy – omawiamy zawsze we czwórkę. Ciekawe jest to, że mamy też inne sposoby odczuwania naszego teatru. Tomasz i ja jesteśmy tutaj od jakiegoś czasu. Pani Magda i Maciej pracują w SZA-NIAW-SKX od roku, więc potrafią zobaczyć i przeanalizować sprawy, których my już nie zauważamy. Po wspólnym sezonie nie nudzimy się sobą ani pracą, cały czas mamy pomysły, rozwiązania i nieustanną ciekawość miejsca. I ciekawość siebie.

A w jakim miejscu jest teatr? Jak byś porównał to z 2008 rokiem, kiedy pierwszy raz pojawiłeś się tu jako dyrektor artystyczny?

Myślę, że nasz teatr jest w bardzo stabilnej sytuacji. Stabilnej artystycznie, finansowo, stabilnej pod względem zespołowym czy wspólnotowym. Natomiast przez to, że wysoka artystyczna stabilność trwa od 2002 roku, nasza medialność jest słabsza. Wiem, że SZA-NIAW-SKX jest w dobrym miejscu. Natomiast widzę też, że oczy polskiego życia teatralnego aktualnie skierowane są w inne strony. 

To dlatego, że polski teatr się zwarszawizował?

Na pewno lepiej jest odkryć jakiś zespół, wypromować go, wyciągnąć z niebytu.

Przypomnijmy jednak: nowy dyrektor Teatru Narodowego, Jan Klata, debiutował właśnie w Wałbrzychu – „Rewizorem” w 2003 roku, dyrektor artystyczny Starego Teatru w Krakowie, Jakub Skrzywanek, też debiutował w Wałbrzychu – „Cynkowymi chłopcami” w roku 2016.

Owszem, nie zapominamy o tym i jesteśmy z tego dumni. A że o nas nie piszą tyle co kiedyś? Staram się koleżankom i kolegom mówić, że taka też jest dynamika życia teatralnego. I nie powinno to podcinać nam skrzydeł. A że – o Boże! – nie napisały o nas „Didaskalia”? Cóż, nie napisały. Nie znaczy to, że robimy słabe przedstawienia. To znaczy tyle, że „Didaskalia” szukają teraz gdzie indziej tematów i bohaterów dla siebie. Przepraszam redakcję „Didaskaliów”, że ją wymieniam. Robię to tylko jako przykład. Proces atrakcyjności medialnej i środowiskowej jest dla mnie jasny i uspokajam wszystkich rozczarowanych, że to nie świadczy o jakości i wartości naszej pracy. Jednocześnie nie zwalniamy się z nieustannych poszukiwań żywotności i energii, która będzie służyć naszym satysfakcjom, indywidualnym i zespołowym.

W 2011 roku na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych odbył się Wałbrzych Fest, byliście w centrum uwagi…

My, nasz teatr i artyści: Monika Strzępka, Wiktor Rubin, Jola Janiczak, Krzysztof Garbaczewski, Paweł Demirski, Agnieszka Kwietniewska, Andrzej Kłak, Ewelina Żak, Mirosława Żak i wielu innych... I nasze spektakle. Piękna historia. Bardzo się cieszę, że dziś w wielu mniejszych miastach działają ważne teatry. Są Bydgoszcz, Olsztyn, Gniezno, Kielce czy Sosnowiec – nie chcę nikogo ominąć, ale wiadomo, że tych ośrodków jest dużo. Są Szczecin, Słupsk. Teraz musimy walczyć o uwagę. I to potrafi być twórcze.

Mamy w Polsce w ogóle jeszcze jedno „życie teatralne” czy raczej wiele lokalnych „żyć”?Pamiętam, że kiedy wróciłeś tutaj w 2018 roku, to zrobiliście z Pawłem Świątkiem „Czego nie widać” – napisałeś taki manifest, bardzo lokalny, w którym mówiłeś, że nie chcesz już ściągać krytyków z zewnątrz, zabiegać o uwagę. A jednak zabiegasz i ściągasz.

A jednak ściągam, bo zobaczyłem, że krytycy – albo w ogóle ludzie z zewnątrz – też są istotni dla zespołu i dla mieszkańców Wałbrzycha. Przestaję też myśleć tylko przez siebie. Myślę, co jest potrzebne zespołowi. Nie chcę być wojowniczy, niezadowolony, sfrustrowany. Rzeczywistość tak się zmienia, że lepiej jest budować mosty albo chociaż zasypywać podziały niż mieć pretensję. Jestem przekonany, że naszemu teatrowi, naszym widzom dobrze robi spojrzenie z zewnątrz. Zachwyty albo krytyka nie pozostają bez refleksji. Dobrze jest zwolnić się z nieustannej pracy nad własnym samopoczuciem i pomyśleć o tych, z którymi się pracuje i dla których się pracuje – o wałbrzyszankach, wałbrzyszanach, osobach z Wałbrzycha. 

A jak przez te 17 lat, odkąd zacząłeś pierwszą dyrekcję, zmieniał się Wałbrzych?

Po pierwsze, po pandemii widzowie zaczęli wyraźnie oczekiwać od nas teatru. Wszystkie działania, które były obok spektakli, cieszyły się coraz mniejszą popularnością. Widzowie zapragnęli przychodzić do teatru na przedstawienia. I to jest dla mnie ogromne zaskoczenie i duża zmiana. Dlatego ograniczyliśmy działania okołoteatralne do minimum, skupiając się na graniu spektakli, na budowaniu repertuaru.

Kiedyś się brzydko mówiło: teatr – dom kultury. Nigdy nie uważałem tego za niewłaściwe. Więcej, byłem pewien, że jest to ciekawy model teatru. I robiłem taki teatr, często na siłę. W Narodowym Starym Teatrze w Krakowie z Janem Klatą otwarliśmy Strefę Be, która miała być takim domem kultury, gdzie odbywały się koncerty, czytania, gdzie było widać siebie nawzajem przez szybę. W łódzkim Teatrze im. Jaracza siedziałem w oknie foyer Dużej Sceny i przez całą noc pisałem dramat. Dziś patrzę na to z rozrzewnieniem.

Powiedziałem kiedyś w wywiadzie, że po dyrekcji w Narodowym Starym Teatrze mogę zostać pracownikiem domu kultury. Szef promocji zbeształ mnie, że buduję fatalny obraz teatru, a część zespołu po prostu się na mnie obraziła. Ten koszmar śni mi się do dziś. Ale nie z tego powodu odszedłem od modelu teatru jako domu kultury. Nie chcę odbierać publiczności Filharmonii Sudeckiej, Teatrowi Lalki i Aktora, bibliotece, Muzeum Porcelany, BWA… Wyczuliłem się na inne instytucje i ich działania. To jest przejaw mojej czułości. Albo dojrzałości. 

Czego jeszcze chcą widzowie?

Widzowie bardzo chcą spotkać się z aktorem, i to aktorem nie w performansie, tylko w roli. Polubić albo nie. Zaczęli przychodzić również na aktorów: na Angelikę Cegielską, Rafała Kosowskiego, Dorotę Furmaniuk, Irenę Sierakowską, a ostatnio na Wojciecha Marka Kozaka czy Ireneusza Mosio. Czyli rola i osoba. Zaczęliśmy inaczej komunikować się z mieszkańcami miasta. Zostaliśmy przy dwumiesięcznych repertuarach i przy bardzo przemyślanych i projektowanych przez zmieniające się artystki i artystów plakatach do każdej premiery.

„Outdoor”.

Plakaty są dziełami sztuki, a nie nośnikami informacji o terminach, miejscu. Przestaliśmy tak strasznie kłuć w oczy. I to, paradoksalnie, bardzo polepsza naszą widoczność. Jesteśmy w mediach algorytmicznych. Informujemy na Facebooku i Instagramie. I czekamy na nowe nośniki komunikacji. Może będą mądrzejsze.
Trzeba podkreślić, że dziś plac Teatralny w Wałbrzychu bardzo się przybliżył. To jest tylko pięć godzin samochodem z Warszawy i godzina z Wrocławia.

Kiedyś do Wrocławia jeździło się stąd busami.

Teraz pociągiem. Ten autobus, sławetny Guliwer, pokonywał 70 kilometrów w dwie godziny. 

Od 2020 roku jest nowa stacja kolejowa – Wałbrzych Centrum, znacznie bliżej teatru niż Wałbrzych Miasto.

Dolny Śląsk położył ogromny nacisk na koleje w regionie, najbardziej ze wszystkich województw w Polsce. Mamy nową i bliską stację, szybki pociąg, bliski Wrocław, przybliżyły się Praga, Goerlitz i Drezno. Wałbrzych dorósł. A teraz widzę, jak mądrzeje. Znika betonoza. Podkreśla się zieleń. Uzmysławia depopulację. Uruchamia programy mieszkaniowe przyciągające ludzi do miasta.

A czy widzisz ciągłość swojej pracy kuratorskiej? Linii programowej w różnych teatrach, w których pracowałeś? Widziałem tu dopiero co „Immanuela Kanta” Thomasa Bernharda w reżyserii Agnieszki Olsten, z Agnieszką Kwietniewską w roli tytułowej. Nie mogłem nie pomyśleć o „Komediancie” z łódzkiego Teatru im. Jaracza, z Kwietniewską także w roli tytułowej.

Tak, to jest taka teatralna zabawa, którą się robi, jak ma się 54 lata. Taka przygoda. Bardzo dobrze wspominam pracę z Agnieszką Olsten nad „Komediantem” w Łodzi. I tak się zdarzyło, że Urszula Gryczewska znalazła się w naszym zespole, a wcześniej była w zespole Teatru im. Jaracza i grała również w „Komediancie”. Dodajmy do tego potrzebę widzów, o której mówiłem wcześniej – obcowania z aktorem i jego rolą. I tak oto mamy w repertuarze „Immanuela Kanta”. Oczywiście, że jest to kontynuacja „Komedianta” – a dla mnie to dopełnienie tamtego spektaklu. Widzowie nie muszą o tym wiedzieć. Najważniejsze, że dostają spektakl z wybitnymi rolami, nie tylko Agnieszki i Urszuli, ale też Kingi Świeściak, Mateusza Flisa czy epizod Michała Koseli.

Bardzo ważne jest dla mnie to, żeby artyści, którzy z nami pracują, traktowali nas serio, żeby znali specyfikę regionu, miasta, zespołu. My gwarantujemy poczucie bezpieczeństwa i spokój pracy. Mam wgląd w zespół artystyczny, wiem, kto może z kim pracować, kto się z kim zrozumie, kto komu zaufa. Nie znajduję czasu na eksperymentowanie w relacjach. Nie lubię też ukrywania konfliktów pod płaszczykiem profesjonalizmu. „Róbmy mimo wszystko, bo jesteśmy profesjonalni”. Koszmar.

Z tych względów trudno mi zapraszać do współpracy debiutantów. Przyznaję się, że bardzo się tego obawiam. Imponują mi swoją wiedzą, ale ciężko nie reagować na duże problemy w warsztacie i małą uważność na innych. Ale proszę nie traktować tych opinii generalnie. Jestem zachwycony, że w sezonie 2025–2026 możemy pracować z tak wspaniałymi, młodymi i dojrzałymi reżyserkami jak Zdenka Pszczołowska i Pamela Leończyk. Wiem, że danie im instytucji i zespołu nie spowoduje żadnego wypadku, bo dziewczyny widzą teatr, a nie „tylko moje”. Zespół zaś nie zakryje reżyserek, bo nie będzie miał do tego powodu.

Jednocześnie jesteś pierwszym dyrektorem, który pozwolił reżyserować Krzysztofowi Garbaczewskiemu po tym, jak był jednym z bohaterów „Teatru. Rodziny patologicznej”, książki o przemocy w teatrze autorstwa Igi Dzieciuchowicz. Jak to z tym łączysz?

Mam dużo pytań dotyczących tej książki. Bardzo się cieszę, że wszystkie przekroczenia w teatrze zaczęły być nagłaśniane albo dano przestrzeń do tego, żeby je nagłośnić. Ale czekam na weryfikację. W SZA-NIAW-SKX powołałem pełnomocnika do spraw przeciwdziałania zachowaniom przemocowym. I chyba jesteśmy jednym z nielicznych teatrów, który poszedł tak daleko.

Kto to jest?

Mecenas Łukasz Zapała. Mamy procedury zgłaszania nadużyć oraz zasady reagowania. Mecenas Zapała jest znany wszystkim pracownikom, dostępny jest jego mail i numer telefonu. Jesteśmy po dwóch mediacjach. Sam zostałem pomówiony o szykanowanie jednej z pracownic. Zdarzyło się to w trakcie rozwiązywania z nią umowy o pracę. Przemoc w teatrze istnieje. Walka z nią jest niezbędna, ale potrafi być złożona i zupełnie niejednoznaczna. Dla jasności: nie bagatelizuję przemocy w teatrze, nie unikam jej piętnowania, nie uciekam przed jej bezwzględnym wyjaśnieniem. W przypadku Krzysztofa – odbyłem z nim rozmowy na temat zdarzeń przemocowych, których był sprawcą. Pamiętam pracę z Krzysztofem w Wałbrzychu i w Krakowie. I nabyłem przekonania, że Krzysztof będzie u nas pracował z zachowaniem wszelkiej ostrożności. Uważam go za wybitnego artystę, więc można powiedzieć, że zaryzykowałem. I nie przestrzeliłem. Zespół nie miał żadnych problemów z reżyserem. A reżyser z zespołem teatru. Praca odbywała się wzorcowo, wręcz sterylnie, jeżeli tak mogę określić model kontaktu podczas prób. 

Rozumiem, że było warto?

Zdecydowanie tak. W spektaklu „Flatlandia. Kraina Płaszczaków” aktorzy odczuli ten flow, który zaproponował Garbaczewski. I dali porwać się jego wizjom. Grają ten spektakl z ogromną przyjemnością, mimo że nie jest łatwy ani dla nich, ani dla widowni.

Nie zawsze jednak udawało mi się rozwiązać problematyczne sytuacje z korzyścią dla obu stron. Nie podjęliśmy współpracy z Marcinem Kąckim. Nie udało nam się zrealizować jego ciekawego pomysłu w reżyserii Anety Groszyńskiej. Niewyjaśnione oskarżenia wobec Kąckiego wpłynęły na brak zgody aktorek i aktorów na pracę z nim. Również inne osoby z teatru zgłosiły obiekcje i otwarcie zaznaczyły, że nie poradzą sobie z sytuacjami kryzysowymi, do jakich może dojść, kiedy teatr podejmie pracę z Marcinem.

Mimo że od tego zdarzenia minęło już trochę czasu, jego ciężar dla teatru pozostaje niezmienny. Zdaję sobie sprawę, że zawsze chodzi o ludzi. A ja nigdy nie mam stuprocentowej pewności, że nasze zachowania są czarno-białe. I w tym przypadku nie umiem zmienić swojego myślenia. I nie chcę.

Wróćmy do aktorów. W budowaniu zespołu ważniejsza jest dla ciebie ciągłość czy zmiana?

Zmiana zespołu artystycznego w SZA-NIAW-SKX ma niezaprzeczalne znaczenie. Wałbrzych jest niewielkim miastem. Możliwości, które daje, są ograniczone. Dla młodych ludzi to za mało. A nie można żyć tylko teatrem. Dlatego zawsze uważałem, że nasz teatr jest dobrą trampoliną. W tym zgadzam się z wieloma moimi poprzednikami: teatr w małym mieście daje duże role, odwagę, wzbogaca warsztat, otwiera, ale nie powinien ograniczać. I dlatego myślę, że nieustannie zmieniający się aktorzy i aktorki stanowią o sile zespołu. Bo ich energia zostaje. Ta energia zostaje też w Domu Aktora. Tak było od zawsze, czyli od 1964 roku, i tak zapewne będzie dalej. Zależy mi, żeby wszyscy nowi artyści wiedzieli, co działo się tu w przeszłości. Kim była Krystyna Tyszarska, Andrzej Maria Marczewski, Wowo Bielicki, Adam Wolańczyk. Wiem, że wybitne aktorki, utalentowani aktorzy, niesamowite osoby teatru tworzą zespół tylko wtedy, kiedy czują tych, którzy byli przed nimi, i rozumieją, że ich praca jest również dla tych, którzy tutaj przyjdą po nich.

Seb Majewski
Reżyser, dramatopisarz, dramaturg, aktor i scenograf, publikujący także pod pseudonimem pilgrim/majewski. Absolwent Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku (filii Akademii Teatralnej w Warszawie). Przez kilka lat związany z Towarzystwem Wierszalin. Założyciel wrocławskiej Sceny Witkacego. Zastępca dyrektora ds. artystycznych Narodowego Starego Teatru w Krakowie (2013–2015). Dyrektor artystyczny Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi (2015–2017). Dyrektor artystyczny Teatru im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu w latach 2008–2012 i 2018–2024.

Sprawdź także