„Piramida zwierząt” Mateusza Górniaka w reż. Michała Borczucha w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Katarzyna Niedurny, członkini Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
W pierwszej scenie spektaklu jej monolog miesza się z monotonnym stukotem pociągu. Myśli, jakby mimowolnie z nim zsynchronizowane, są chaotyczne, rwane, niedokończone. Wątki urywają się nagle, by po chwili ustąpić miejsca kolejnym. Katarzyna Kozyra (Małgorzata Zawadzka), tu jeszcze studentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, jedzie nad morze do galerii, gdzie ma oddać swoje zdjęcie do promocji wystawy. Jest początek lat 90., moment przejściowy, w którym sztuka, jak wiele innych obszarów życia, zaczyna ulegać procesom komercjalizacji i coraz wyraźniej podporządkowuje się logice promocji. Zdjęcie artystki jest więc niezbędne.
A jednocześnie, chwilę po zniesieniu cenzury, dla artystów otwiera się przestrzeń do radykalnego poszerzenia środków wyrazu, wejścia w bezpośredni dialog z polityką i społeczeństwem, testowania i przekraczania granic. Na nowo pojawia się pytanie: czym w zasadzie jest wolność artystyczna i na ile artyści mogą z niej korzystać.
Myśli przelatują przez głowę jak stukot pociągu, jak widoczne za szybą krajobrazy, zaraz zastępowane kolejnymi. Czy użyłam dziś dezodorantu? Kiedy ostatnio dzwoniłam do mamy? Czym właściwie jest sztuka? Odpowiedzi Kozyry na pytania, które sama sobie zadaje, wahają się między przeciwstawnymi biegunami: od poczucia, że to wszystko nieważne, pozbawione sensu, po przekonanie, że sztuka potrafi przesuwać dyskurs polityczny i naświetlać problemy dotąd pozostające w cieniu.
W końcu ten długi, rwany monolog przerywa nagłe zdarzenie – pociąg uderza w zwierzę, brutalnie wytrącając rytm myśli i wprowadzając do tej wewnętrznej narracji to, co realne.
Choroba, martwe zwierzęta, potrzeba poszerzania dyskursu to wszystko składa się na oś narracyjną spektaklu. Motorem napędowym fabuły spektaklu jest praca Kozyry nad jej dyplomem, czyli słynną Piramidą zwierząt – rzeźbą złożoną z wypchanego konia, psa, kota i koguta. Przyglądamy się temu procesowi od rodzenia się pomysłu, przez jego realizację, aż po najbardziej problematyczny moment wyboru konia, którego trzeba zabić. Zatroskany profesor Grzegorz Kowalski (Roman Gancarczyk) dostrzega w działaniu swojej studentki rys niemal chorobowej obsesji. Pozostali bohaterowie, czyli jej koledzy i koleżanki przyglądają się Kozyrze z mieszaniną fascynacji i powściągliwości, zanurzeni jednocześnie we własnych poszukiwaniach, myślach i artystycznych odkryciach.
Spektakl Michała Borczucha nie powstał jednak po to, by opowiedzieć jedną, zamkniętą historię. Reżysera bardziej interesuje portret środowiska artystów sztuki krytycznej, które ukształtowało się w latach 90. w pracowni profesora Kowalskiego, tzw. „Kowalni”. Patrząc na scenę kameralną Narodowego Starego Teatru, trudno nie myśleć o odniesieniach do Factory 2 Krystiana Lupy, spektaklu, który w podobny sposób, choć w innej skali, portretował środowisko twórcze skupione wokół Andy’ego Warhola.
Borczuch, choć swobodnie przeskakuje w czasie, koncentruje się przede wszystkim na okresie funkcjonowania pracowni jeszcze przed ostatecznym uformowaniem się tworzących ją artystów i powstaniem ich najważniejszych prac. Interesuje go to, co dzieje się wewnątrz: w miejscu, które Kowalski nazywał w spektaklu „stworzonym specjalnie dla nich bąblem w rzeczywistości”. Takie spojrzenie na sztukę od środka, z perspektywy procesu, a nie efektu, niesie ze sobą kilka istotnych konsekwencji dla samego spektaklu.
Po pierwsze, choć znaczącym tłem dla Piramidy zwierząt są lata 90., z ich pytaniami o wolność sztuki, redefiniowanie jej granic po transformacji ustrojowej i zniesieniu cenzury, rzeczywistość jest tu o tyle istotna, o ile zostaje wniesiona do wnętrza pracowni. Twórców spektaklu nie interesuje w gruncie rzeczy społeczna recepcja sztuki (pojawiająca się dopiero w końcowych partiach spektaklu), ani też osadzanie polskiej sztuki krytycznej w szerszym kontekście historycznym. Przemiany społeczne pozostają na dalszym planie: to portret wyraźnie wsobny, skupiony na uchwyceniu dynamiki i wewnętrznego rytmu grupy, jej napięć, fascynacji i procesów formowania się wspólnego języka.
Nie jest to również spektakl, który miałby widzom zbyt wiele wyjaśniać, a już na pewno nie wprost. Nie przejmuje się szczegółowym przedstawianiem postaci pojawiających się na scenie. Trzeba dobrze znać konteksty, by je zidentyfikować. Poznajemy imiona bez nazwisk, twórczość artystów nie zostaje ani pokazana, ani dokładnie omówiona, istnieje raczej w aluzjach i napięciach między bohaterami. Twórcy spektaklu nie dbają też o ścisłą wierność historyczną. Na scenie obok Katarzyny Kozyry, Katarzyny Górnej (Aleksandra Nowosadko), Jacka Markiewicza (Kamil Pudlik), Pawła Althamera (Mikołaj Kubacki) i Artura Żmijewskiego (Krzysztof Zawadzki) pojawiają się osoby funkcjonujące w polu polskiej sztuki krytycznej, które nie były bezpośrednio związane z pracownią Kowalskiego, a więc Zbigniew Libera (Bogdan Brzyski) i Joanna Rajkowska (Iwona Budner). Ten gest jeszcze mocniej podkreśla, że nie chodzi tu o rekonstrukcję, lecz o uchwycenie pewnej energii, atmosfery i sposobu myślenia tamtego czasu.
„Zasypiasz w tamtym wspomnieniu i teraz zasypiasz przez to pociągowe tututu” – mówi w pewnym momencie Katarzyna Kozyra do Pawła Althamera i choć wyrywam to zdanie z kontekstu, mam poczucie, że właśnie ono jest kluczem do odczytania całego przedstawienia. Rytm jest tu wszystkim: rytm powolnego pociągu, przetaczającego się przez kolejne stacje, raz przyspieszającego, raz zwalniającego. Pociągu, którego wagon, jakby żywcem przeniesiony z lat 90., zajmuje centralne miejsce w scenografii – ustawiony w głębi sceny na szczycie swoistej piramidy. To w nim początkowo zasiada Kozyra, a później prof. Kowalski wraz z doktorkiem – lekarzem i kochankiem Kozyry (Michał Badeński); a dzięki kamerze możemy z bliska śledzić to, co dzieje się w jego wnętrzu (obraz wyświetlany jest na ekranie u góry sceny).
Rytm nadaje płynności wypowiadanym zdaniom, miesza sceny błahe z tymi pełnymi znaczenia, wyostrza i rozmywa obrazy. Porządkuje, a może raczej rozszczelnia, wspomnienia: ich i nasze, istniejące wspólnie w tym osobliwym stanie zawieszenia, w którym stapiają się myśli i rzeczywistość migająca za oknem, w którym świadome powoli przechodzi w sen. Zasypiamy we wspomnieniu. Rytm jest także tym, co zagarnia aktorów i publiczność w jeden rodzaj wspólnoty – nie tyle porozumienia, ile współodczuwania – bycia w tym samym czasie. Wszystko zdaje się podporządkowane tej rytmicznej zasadzie: sposób mówienia, przechodzenia między scenami, narastania i wygaszania napięć.
Scena końcowa jest długa, niemal hipnotyczna. Wszyscy bawią się wspólnie na imprezie i tańczą w takt największych przebojów lat 90. Na moment rodzi się wspólnota i wygasają wcześniejsze napięcia. A jednocześnie jest w tym coś z chocholego tańca, ruchu, który zamyka bohaterów w kręgu własnych energii i obsesji. W tym napięciu między wspólnotą a uwięzieniem spektakl się domyka. Rytm pełni tu więc funkcję nie tylko formalną, ale i poznawczą, zastępuje linearną narrację, stając się sposobem organizowania doświadczenia. Dzięki niemu proces powstawania sztuki ujawnia się jako przepływ energii i relacji między ciałami. W efekcie spektakl nie tyle opowiada o sztuce krytycznej, ile próbuje odtworzyć wytwarzaną wokół niej atmosferę.
W tym sensie „bąbel” pracowni okazuje się warunkiem intensywnego doświadczenia wspólnoty, która zarazem formuje i ogranicza. Spektakl nie rozstrzyga tego napięcia, lecz pozwala je odczuć, jako coś, co nie należy wyłącznie do przeszłości, ale powraca także dziś, ilekroć myślimy o sztuce jako wspólnym doświadczeniu krytycznego oglądu rzeczywistości.
Mateusz Górniak PIRAMIDA ZWIERZĄT, Reżyseria: Michał Borczuch, scenografia i kostiumy: Dorota Nawrot, muzyka: Bartosz Dziadosz, reżyseria świateł i video: Robert Mleczko, choreografia: Paweł Sakowicz. Premiera w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie 15 listopada 2025.