„Dziedzictwo” Icchoka Baszewisa Singera w reż. Roberta Talarczyka w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Na zwieńczenie 75-lecia Teatru Żydowskiego Gołda Tencer wybrała spektakl szczególny. Szczególny, bowiem jego zarys spoczywał w jej szufladzie przez ładnych kilka lat w postaci otrzymanego od żony Krzysztofa Teodora Toeplitza scenariusza nigdy niezrealizowanego serialu telewizyjnego „Dziedzictwo”, opartego na dwóch powieściach żydowskiego noblisty Icchoka Baszewisa Singera. Dopiero współpraca z Robertem Talarczykiem przy adaptacji nowelki „Jentl” uświadomiła dyrektorce Teatru Żydowskiego, że oto znalazła człowieka, który czerpiąc ze śląskiej tożsamości czyta Singera z wyjątkową wrażliwością i zdoła przełożyć ogrom materiału na język teatru. Wspomagany przez Remigiusza Grzelę, sięgając do literackich źródeł „Dworu” oraz „Spuścizny” i wspierając się opracowaniem Toeplitza, Robert Talarczyk wyreżyserował prapremierowe wystawienie jubileuszowego „Dziedzictwa”, a nawet zagrał w nim jedną z głównych ról. Na scenie zaś towarzyszy mu niemal cały zespół Teatru Żydowskiego, jak jedna wielka rodzina świętujący to wyjątkowe wydarzenie.
Obyczajowe powieści Singera, pisane w odcinkach na łamach nowojorskiego dziennika „Forwerts” na początku lat 50-tych, osadzają historię w Polsce po upadku powstania styczniowego. Na przestrzeni lat ukazują losy dwóch rodów – bogacącej się na dzierżawie byłych szlacheckich dóbr żydowskiej familii Kalmana Jakobiego i podupadłego po konfiskacie majątku rodu Jampolskich. Dzieje rodzin, do niedawna oddzielonych wysokim murem pozycji społecznej, splatają się ze sobą w nowej rzeczywistości, a znak czasów odciska swoje piętno na uporządkowanej dotąd hierarchii wystawiając ją na niejedną próbę. „Dziedzictwo” przypomina w tym rodzinną kronikę, powieść tradycyjnego realizmu zabarwioną pozytywistyczną nutą – pobrzmiewają w nim echa „Nocy i dni”, „Lalki”, „Rodziny Połanieckich”, choć przecież rozgrywa się w alternatywnym świecie zanurzonym w kulturze żydowskiej, w otoczeniu cadyków, chasydzkich mądrości, tradycji, religii i zwyczajów. Wciąż jednak opowiada o ludziach, o ich marzeniach, pragnieniach, sukcesach, porażkach, a nade wszystko targających nimi namiętnościach. Poprzez rodzinę mającego na wydaniu cztery córki Kalmana Jakobiego, Singer zilustrował nie tylko obraz zmieniających się polsko-żydowskich stosunków, lecz także cały wachlarz postaw – od tych układnych i zgodnych z tradycyjną ojcowską wolą, przez buntownicze podejście młodych, którym „szkiełko i oko” czy postępowość każą podważać żydowskie wychowanie, aż po utracjuszowski dekadentyzm czy rewolucyjny nihilizm.
Robert Talarczyk snuje opowieść leniwie, płynąc przez nią w relaksujących tonach muzyki Hadriana Tabęckiego, która podskórnie niesie echa jakiejś niewypowiedzianej tajemnicy. Monumentalna scenografia Dagmary Walkowicz-Goleśny, inspirowana olbrzymimi blokami skalnymi Świątyni Jerozolimskiej, dzieli przestrzeń na dwie części oddzielone przezroczystą taflą, dając możliwość budowania wielopoziomowej narracji z udziałem aktorów na kilku planach. Narrację tę uzupełniają światła Katarzyny Łuszczyk wyszukujące aktorów w teatralnych zbliżeniach i wielobarwne wizualizacje Natana Berkowicza pozwalające na błyskawiczną, umowną zmianę miejsca akcji. Dopełnieniem całości są inspirowane epoką kostiumy Konrada Parola pozwalające na jednoznaczną identyfikację bohaterów w tłumie postaci. Najistotniejszym wizualnie elementem inscenizacji pozostaje jednak choreografia Jakuba Lewandowskiego, który w fantastycznych scenach zbiorowych aktywuje aktorski zespół do ekspresyjnego wyrażania emocji, powtarzania symbolicznych gestów zamkniętych w żydowskim kodzie kulturowym, do plastycznej i cielesnej wspólnoty zgranego teatralnego organizmu. Który budzi chwilowe szaleństwo, by zamknąć je na powrót w steranej, pochylonej sylwetce Żyda, wiecznego tułacza. A przecież jest tu także miejsce na taniec i zabawę, na weselne „mazel tov” i dramatyczne rozkładanie ramion w poszukiwaniu… No właśnie. Talarczyk podążając za Singerem ukazuje narastający rozdźwięk między ortodoksyjną, a zasymilowaną społecznością żydowską i nakłada nań współczesną kalkę. Wewnętrzne dylematy, pogoń za pieniądzem, nowoczesnością i odrzucenie zbędnego balastu kulturowego pozostawia część bohaterów z poczuciem oderwania od korzeni. Pozbawieni tradycji zostają zawieszeni w próżni, przejmującej pustce, której próby zapełnienia zamiennikami na nic się nie zdają. Odpowiedzią na zagubienie w tamtym, ale i w dzisiejszym świecie jest duchowość jako punkt odniesienia, swoisty łącznik z utraconą tożsamością. Duchowość, która ma pozwolić odnaleźć samego siebie, dookreślić i nazwać to, co zostało zapomniane lub utracone. Bo inaczej zamienimy się w dybuki, ograbione z pamięci, kultury, a w końcu dziedzictwa przeszłych pokoleń. Poszukujące nowych ciał, by nie zniknąć, nie rozpłynąć się w wietrze historii, nie przepaść na zawsze.
Na scenie ścierają się w aktorskich kreacjach rozmaite postawy. Robert Talarczyk w roli Kalmana wydaje się stoicką opoką tradycji, stanowczym, ale po prawdzie dobrodusznym, pobożnym, cytującym Torę Żydem, który nie widzi zarazem żadnych przeszkód w bogaceniu się i robieniu interesów. Który chwyta nadarzające się okazje, ale pozostaje wierny sumieniu i literze Słowa. Ciekawy jestem tej postaci w wykonaniu Jerzego Walczaka, który zastąpi wkrótce reżysera na scenie – jego aktorska wyrazistość pozwala domniemywać, że Kalman Jakobi zyskałby na twardości i niezłomnej sile pokładanej w Bogu. Wraz z zakończeniem literackiego „Dworu”, akcent przenosi się na Azriela, syna rabina, który skupiwszy się na lekarskiej praktyce odrzuca żydowskie dziedzictwo. Daniel „Czacza” Antoniewicz sugestywnie ukazuje miotanie się bohatera poszukującego oparcia w intelekcie, filozofii czy miłości i przeżywającego kolejne rozczarowania. Gdy wszystko zawiedzie, lekiem dla zatroskanej duszy okazuje się powrót do korzeni, a pocieszeniem słowa iż „Bogu można służyć w każdym języku”. Obok znajdziemy inne, barwne, udanie wyrysowane postacie: żydowskiego przedsiębiorcę Wallenberga (Henryk Rajfer), złamanego rosyjską zsyłką hrabiego Jampolskiego (Rafał Rutowicz), który jak każdy Polak „zamienia złoto w błoto”, prawdziwie lewitującego cadyka Menachema Mendla (Marek Węglarski) czy Lucjana, „człowieka straconego”, który bezskutecznie ucieka przed cieniami przeszłości (Piotr Chomik). Świat kobiet także ulega przeobrażeniom, patriarchalny porządek ustępuje powoli modernistycznym poglądom. Miriam-Liba (Adrianna Kieś) płaci za ułudę lepszego życia najwyższą cenę, psychicznie nie wytrzymuje domowego rozłamu z kulturą przodków jej siostra, Szajndł (Sylwia Najah). Wraz ze śmiercią pierwszej żony Kalmana, Zeldy (Ewa Dąbrowska) umiera także ortodoksyjna wizja religijności postrzegana przez pryzmat bogobojnego studiowania świętych ksiąg. Pojawienie się Klary (Małgorzata Trybalska) wywraca żydowską codzienność do góry nogami – czy to wewnętrzna siła, czy potrzeba zerwania krępujących kajdanów konwenansów prowadzą ją własną ścieżką z zacofanej i zaściankowej Polski wprost do wymarzonej Ameryki. Czy jednak odnajdzie tam szczęście? Na koniec nie sposób nie wspomnieć o uroczej Lenie Wiciak, która z musicalowych scen chorzowskiej Rozrywki i stołecznej Syreny zawitała do Teatru Żydowskiego rozświetlając scenę promiennym uśmiechem i nad wiek dojrzałą grą aktorską. Brawa należą się całemu zespołowi, którego prawdziwą siłę widać w scenach zbiorowych, gdy działając jak dobrze naoliwiony mechanizm, z pasją i zaangażowaniem niesie opowieść o zmianie ustalonego z dawien dawna porządku świata, o nagłym zeświecczeniu żydowskiej rzeczywistości i dotkliwych tego konsekwencjach.
„Dziedzictwo” patrzy na przeszłość oczami Singera, a na teraźniejszość teatralnym spojrzeniem Talarczyka. Śledząc dylematy ludzkich doświadczeń obserwuje powolny rozpad więzi i zanik utrwalonych tradycją obyczajów. I pyta dokąd to wszystko prowadzi? Co dzieje się z człowiekiem, który gubi własną tożsamość? W imię mody czy panujących trendów odrzuca podwaliny, które ukształtowały jego osobę? Kim wówczas się staje i gdzie szukać ratunku, by nie stać się pustym dybukiem? Pięknie wybrzmiały ze sceny finałowe słowa „Żydowskiej Cesarzowej” Gołdy Tencer, które w jej osobie symbolicznie przeniosły tożsamościowe dywagacje na spuściznę i przyszłość Teatru Żydowskiego. Teatru, który od 75 lat trwa mimo wszystko, pozostając wiernym swej tradycji i publiczności. Teatru pozbawionego siedziby z prawdziwego zdarzenia i tułającego się niczym żydowski wędrowiec. Ale teatru silnego duchem, pamięcią i zespołem, który – głęboko w to wierzę – nie pozwoli, by kiedykolwiek stał się on jedynie niesłyszalnym szeptem przeszłości. Bo to nasze wspólne dziedzictwo.