EN
12.04.2022, 14:50 Wersja do druku

W porze pomiędzy psem a wilkiem

Twój „Punkt zero" skojarzył mi się z serialem „Czterdziestolatek": wiek średni, smuga cienia, bohater w kryzysie i na tle rodziny, tragikomizm obyczajowy... Inspirowałeś się?

Nie, nie myślałem o tym wcześniej. Zawsze odbierałem „Czterdziestolatka” jako serial o moich rodzicach, o pokoleniu PRL, i w swojej naiwności uważałem, że moje własne życie po czterdziestce będzie wyglądać zupełnie inaczej. Teraz, kiedy o to pytasz, rzeczywiście dostrzegam podobieństwa i jest to dla mnie jednak szok poznawczy.

fot. Łukasz Ziętek/mat. teatru

Myślałeś, że jesteś raczej pokoleniem Netflixa?

Też nie do końca. Pewnie jestem zawieszony gdzieś między jednym a drugim, bo jednak te formotwórcze dwanaście lat w PRLu przeżyłem... Tak czy owak pisząc nie myślałem o Karwowskim, tylko o Eddiem, bohaterze „Układu” Elii Kazana, który przenosiłem kiedyś na scenę. Adaptację „Układu” robiłem sporo lat temu, kiedy jeszcze sam nie przeżywałem kryzysu wieku średniego, ale w pewnym momencie ten temat rzeczywiście stał mi się bliski: przesilenie, podsumowanie, spojrzenie z „punktu zero" na to, co za mną i przede mną. Tam realia były co prawda amerykańskie, lecz sama historia faceta, który nagle poczuł się obco w swoim własnym życiu, wydała mi się uniwersalna i jakoś się pewnie we mnie odłożyła.

W twoim tekście też łatwo się odnaleźć, i to bez względu na płeć. Z wiekiem większość osób odkrywa, podobnie jak twój bohater, że im ubywa opcji...

Albo iluzji, bo tak bym chyba zdefiniował uczucie młodzieńczej omnipotencji. Rozmawiam z moimi równolatkami i chociaż się nawzajem zapewniamy, że wyglądamy jeszcze młodo i moglibyśmy niejedno, to zaczyna już to brzmieć coraz bardziej teatralnie. Pojawia się też gorycz świadomości, że czarowne przygody niewiele nam w życiu załatwią. No i trochę samego siebie chciałem na takim pomłodzieńczym kacu przyłapać.

Czułam, że ten tekst jest zbyt prawdziwy, by nie był autobiograficzny. Nie mam jednak odwagi zapytać, do jakiego stopnia.

W warstwie faktów niewiele się zgadza, jednak w sferze odczuć i w tak zwanym stanie egzystencjalnym dałem bohaterowi wiele z siebie. Chciałem to swoje doświadczenie emocjonalne zuniwersalizować, a tego raczej nie da się osiągnąć kalkulacją, trzeba szczerego rozliczenia ze sobą. Jeśli to, co powstało w efekcie, z kimś się komunikuje, to bardzo mnie to cieszy - na tym mi właśnie zależało. Kiedyś zrobił na mnie spore wrażenie wstęp Johna lrvinga do powieści „Świat według Garpa” z intymnym wyznaniem autora, że jego największą fobią, i to przez długie lata, był lęk przed utratą dziecka. Właściwie nie było dnia, żeby się tego nie bał i o tym nie myślał, więc postanowił wziąć byka za rogi i napisał historię, która była ekspresją tego lęku i kumulacją kolejnych nieszczęść, jakie mogą dotknąć rodzinę: kryzysu związku, rozpadu wspólnoty, wreszcie zawinionej przez rodziców śmierci dziecka, dzięki czemu pogodził się z tym, że jego obsesyjne lęki to po prostu składowa największej miłości jego życia. „Punkt zero” może nie jest aż tak radykalny w projektowaniu katastrof jak książka Irvinga, ale próbowałem w nim wyprzedzić różne możliwe klęski i wyegzorcyzmować je.

Aż po gorzki happy end, czyli rozmowę z żoną o kremacji. Możemy się ranić, zdradzać, ale przecież ktoś nas musi pochować i warto zawczasu zrobić pewne ustalenia?

No właśnie. To się długo wydaje zagadnieniem abstrakcyjnym, potem przestaje takim być i na przykład my (to jest moja partnerka i ja) mamy już taką rozmowę za sobą, i to niejedną. Co też świadczy o momencie życia, w jakim się znaleźliśmy.

Twoja opowieść dzieje się trochę na zewnątrz, w planie rzeczywistym, a trochę w głowie bohatera. Pamiętam ten zabawny chwyt z twojego (sfilmowanego potem) tekstu „Być jak Kazimierz Deyna", który jednak koncentrował się raczej na dzieciństwie.

Słusznie zwracasz uwagę na „Deynę”, bo chciałem tamtego dziecięcego czy młodzieńczego bohatera niejako przeciągnąć na stronę dojrzałości w „Punkcie zero”. Z tym, że o ile tam narrator pozostawał biernym komentatorem wydarzeń, świat i jego zmienne działy się raczej wokół niego, o tyle Marcin z „Punktu zero" jest już bardziej sprawczy, a w każdym razie musi za swoje życie wziąć odpowiedzialność.

I widzi, ile spaprał?

Otóż to. Na tym w końcu polega dojrzałość - spojrzeć na to, co nam się rzekomo „przytrafia", jak na zgniłe owoce własnych działań i zaniechań. Bo w swoim własnym życiu nie jesteśmy tylko statystami, a jeśli tak się czujemy, to widocznie pora na fundamentalną zmianę. Tym bardziej gdy mamy dzieci.
Z którymi tracimy kontakt. Nie wygramy z komputerem ani z kumplami, bo to świętość.

A nawet jedność, bo przecież życie towarzyskie dzieci przeniosło się teraz w znacznym stopniu do sfery wirtualnej. Myślę, że wszyscy jako rodzice się z tym zmagamy, próbujemy narzucać limity, kontrolujemy, a niekonsekwencja to nasze drugie imię. Mam znajomą, która zabroniła synowi grać na komputerze, żeby się trochę zsocjalizował, ale w efekcie jej syn wypadł ze swojego towarzystwa i dopiero wtedy pojawiły się u niego problemy społeczne...

Obserwuję, jak płynnie w wieku przednastoletnim dzieci balansują między światem realnym a wirtualnym, potem to się trochę zmienia w wieku dojrzewania, choć też nie u wszystkich, co oczywiście sprawy nie ułatwia. Co im zaproponować w zamian? Planszówki?

Najlepiej coś, z czego sami będziemy mieć frajdę, bo dzieci momentalnie wyczuwają, kiedy się nudzimy i jesteśmy nieautentyczni. Warto szukać takich przestrzeni, w których razem możemy być dziećmi. Ja czasem zastępuję synowi kumpla, z którym można pograć w FIFĘ, ale nie wiem, czy to uniwersalne rozwiązanie, (śmiech)

Skoro już mowa o kumplach, to zapytam o postać Zbyszka, który po koleżeńsku odwiedza głównego bohatera jeszcze po swojej śmierci. czy to nawiązanie literackie?

Inaczej. Mój przyjaciel z czasów studiów popełnił jakiś czas temu samobójstwo, zostawił dzieci, żonę. Byliśmy równolatkami i trudno w takiej sytuacji uciec od porównań: podobnie startowaliśmy, mieliśmy podobne marzenia, potem te życiorysy równoległe trochę się rozjechały. Postać Zbyszka jest też dla mnie figurą takiej chojraczącej młodości, która w życiu dojrzałym niekoniecznie się odnajduje... Nie kalkulowałem literacko, po prostu tamta historia, wciąż jeszcze świeża, zapadła we mnie mocno. Jest w życiu parę skrzyżowań, na których staliśmy z bliskimi sobie ludźmi i wybraliśmy inne drogi - postać Bogny też jest z tego klucza.

Zauważyłem, że po czterdziestce chętniej wracam do starych znajomości, zaniedbanych po trzydziestce, kiedy zakładaliśmy rodziny i wchodziliśmy intensywnie w życie zawodowe. Teraz nasze sytuacje się zdeterminowały, ale i uspokoiły, nabraliśmy więcej dystansu, możemy się sobie przyjrzeć - to jest ciekawe i na pewno wartościowe.

Coś w tym jest, że patrzymy na równolatków i niekoniecznie się z nimi ścigamy, ale gdzieś w tle wisi pytanie, komu udało się życie i co to właściwie znaczy. Opowiadał mi pewien pisarz w średnim wieku (bardzo znany), że na jubileuszu matury jego koledzy rozmawiali tylko o tym, ile kto ma dzieci, którą żonę, czym jeździ i ile zarabia, a ponieważ on sam się nie ożenił, nie ma samochodu ani stałej pensji, to wrócił do domu z poczuciem, że tę drugą maturę oblał.

Nie jest mi obce to uczucie. Kiedy odprowadzam syna do szkoły z naszym wojowniczym chihuahuą na smyczy, a pod budynek podjeżdżają te wszystkie suvy, albo kiedy jeszcze żyłem z pisania, a dziecko musiało odpowiadać na pytanie, czym tata się zajmuje, samo nie bardzo wiedząc, jak to nazwać i czym to jest, też czułem i nadal czuję się stawiany na tej dziwnej wadze. Z jednej strony wiem, że nie chciałbym się zamienić, bo nie jest mi źle z moim stylem życia, a z drugiej strony pojawiają się rozmaite lustra... Oboje z partnerką, która wykłada na uniwersytecie, żyjemy w swoich bańkach: ona w akademickiej, ja w teatralnej. Ale już doświadczenie szkoły syna - wywiadówki, wycieczki, urodziny - sprawia, że musimy się konfrontować z innymi rodzicami, z którymi w innych okolicznościach pewnie nie spotykalibyśmy się towarzysko, bo jednak za dużo nas różni. Ale to też jest cenne doświadczenie, daje sporo do myślenia. No i przypomina, czym jest szkoła, że to jednak wypadkowa społeczeństwa, a nie twoja branżowa bańka.

Opisz kiedyś koniecznie sceny z kinderbalu.

Byłem niedawno na takiej imprezie. Szczególnie zapadły mi w pamięć przechwałki tatusiów, oczywiście wyłącznie w męskim gronie, Anglicy nazywają to „cock stories", czyli opowieści, przy których rumienią się nawet rozmowy z liceum. Zero poprawności politycznej, byle zrobić mocne wrażenie na nowych kolegach. A tak naprawdę był to teatrzyk panów w średnim wieku, przerywany decyzją, by już wracać, którą podejmowały ich żony albo dzieci.

Tymczasem bohater twojego „Punktu zero" przechodzi kryzys męskości. Robi rodzinie śniadania, jest empatyczny, nikt się z nim nie liczy...

Przez długie lata pracowałem w domu i naturalną koleją rzeczy wiele domowo-opiekuńczych obowiązków spadało na mnie. Nie miałem z tym większych problemów, nawet było mi z tym dobrze, bo był w tym jakiś rytm i moja głowa mogła w miarę bezkarnie pomieszkiwać w wyobraźni, ale jednak w pewnym momencie poczułem wyjałowienie. Trzeba ogromnej czujności i dyscypliny, by działać twórczo w domu i jednocześnie żyć w tym samym domu z bliskimi, właściwie w odcięciu od świata. Spotkanie towarzyskie od czasu do czasu nie załatwia sprawy, bo jednak teatr robi się z ludźmi i samo życie też próżni nie znosi, co znacząco podbiła pandemia. Wtedy okazało się, że moje udomowienie osiągnęło masę krytyczną: wszyscy wokół narzekali na izolację, której ja doświadczałem na co dzień od lat. „Punkt zero” jest dzieckiem pandemii w tym sensie, że napisanie tego tekstu zdeterminował pandemiczny kryzys i autorefleksja.

Także nad śmiertelnością?

Nieustająco. Ale przede wszystkim poczułem, że mam już dość. W przeciwnym razie pewnie nie przyjąłbym z takim wewnętrznym przekonaniem propozycji pracy na poważnym urzędzie w Teatrze Wybrzeże.

Od razu dopowiedzmy - zostałeś kierownikiem literackim i zastępcą dyrektora. Gratulacje, panie wicedyrektorze!

Dziękuję. Mimo że spotkał mnie ten zaszczyt w punkcie zero, czyli w porze pomiędzy psem a wilkiem, to wyzwanie uważam za godne wieku średniego.

***
Radosław Paczocha (ur.1977) jest dramatopisarzem, scenarzystą i dramaturgiem. Jeszcze jako student Wiedzy o Teatrze był związany z redakcją miesięcznika „Teatr", następnie do 2010 roku pracował w Teatrze Powszechnym w Warszawie jako archiwista i sekretarz literacki. Drukowaliśmy jego sztuki Bar Ba by ton („Dialog" 12/2009) i Beniamin (11/2011), inne nagradzane i wystawiane teksty jego autorstwa to Zapach czekolady, Przyjaciel, Emigrantki, Rewolucja zwierząt, Kościuszko. Ostatnia bitwa. Powstaniec Thiel, Tango Łódź, Uwodziciel, Wizyta, Faza delta, Broniewski, Być jak Kazimierz Deyna (który trafił do kin w ekranizacji Anny Wieczur-Bluszcz), Urodziny czyli ceremonie żałobne w czas radosnego święta. Oprócz sztuk napisał także wiele adaptacji, m.in. Anny Kareniny, Układu, Dziejów grzechu, Mefista, Mistrza i Małgorzaty, Kariery Nikodema Dyzmy, Widnokręgu. Ma za sobą ponad pięćdziesiąt teatralnych i telewizyjnych realizacji w Polsce i kilka za granicą (między innymi w Teatrze Narodowym w Tbilisi, w Slovenskim Divadlo w Bratysławie, a także dwie realizacje w offowych teatrach w Dublinie) Jego sztuki tłumaczone były na sześć języków. W latach 2017-2020 reprezentował polską dramaturgię w europejskim projekcie Fabulamundi. Od roku 2016 jest etatowym dramaturgiem, a od roku 2021 kierownikiem literackim i zastępcą dyrektora do spraw artystycznych w Teatrze Wybrzeże.


Tytuł oryginalny

W porze pomiędzy psem a wilkiem

Źródło:

„Dialog” nr 3