Logo
Recenzje

W miłość i wojnę uwikłani

4.05.2026, 16:18 Wersja do druku

„Horacjusz” Pierre'a Corneille'a w reż. Andrzeja Seweryna w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Karolina Jóźwiak

Nie ma dziś w naszym kraju sceny właściwszej dla klasycznych inscenizacji dzieł dawnych mistrzów, niż Teatr Polski w Warszawie. Andrzej Seweryn przeszło piętnaście lat temu wniósł na Karasia swą filozofię teatru i do dziś sumiennie ją realizuje. Wierny tradycji, aktorskiemu kunsztowi i sztuce. Obserwowałem go na próbie medialnej „Horacjusza” Pierre’a Corneille’a, reżyserującego z uwagą, konkretną wizją, dbającego o najdrobniejsze szczegóły, silnego autorytetem, stanowczego i wymagającego kapitana teatralnego okrętu. Okrętu, który rozłożywszy szeroko żagle poetyckiego tekstu, po raz pierwszy w całości przetłumaczonego na język polski, sunął z majestatem przez scenę. Przekład Jerzego Radziwiłowicza po raz kolejny okazał się majstersztykiem. Napisany trzynastozgłoskowcem brzmi niezwykle współcześnie, w pełni zrozumiały oddaje wiernie sens oryginału, a jednocześnie fantastycznie wpisuje się w aktorski słuch i frazę. Wybór formatu wiersza sprzyja tekstowi dramatycznemu, pełnemu patosu, pauz intonacyjnych i emocjonalnych zawieszeń.

Pierre Corneille wystawił „Horacjusza” w 1640 roku, po trzech latach milczenia spowodowanych niekorzystną dlań oceną wcześniej napisanego „Cyda” przez gremium Akademii Francuskiej. Konstruując „Horacjusza”, dotyczącego także konfliktu między miłością a dbałością o honor, Corneille starał się nie dawać przeciwnikom pola do kolejnych ataków. Powrócił więc do zasady trzech jedności, a utwór poddał ocenie uczonych jeszcze przed premierą. Ich głównym zarzutem, powielonym później przez zgorszoną publikę, było rozgrywające się na scenie morderstwo Kamili. Takie wydarzenia odbywały się dotąd poza zasięgiem wzroku widowni, lecz mimo krytyki, autor pozostał przy swoim, wzmacniając tym samym moralny wydźwięk decyzji Horacjusza.

Tragedia francuskiego dramatopisarza, choć osadzona w antyku, mówi o sprawach uniwersalnych: odmienianej przez wszystkie przypadki miłości, honorze, rodzinie, patriotyzmie i okrucieństwie władzy. Konflikty pomiędzy nimi ukazuje na tle wojny wybuchłej pomiędzy Rzymem a Albą, oddalonymi od siebie raptem o dwadzieścia kilka kilometrów. Wojny pomiędzy państwami-miastami, których obywatele żyli dotąd w pokoju i jak to sąsiedzi łączyli się w związki małżeńskie, zawierali przyjaźnie, a dziś mają przelewać krew. W centrum wydarzeń stoją dwa patrycjuszowskie rody - rzymski Horacjuszy i pochodzący z Alby Kuriacjuszy. Ich wzajemne powiązania rodzinne z dnia na dzień stają się przekleństwem, gdy przychodzi im wybierać między siłą uczucia wobec najbliższych a powinnością wobec ojczyzny. Uwikłani w miłość i w wojnę muszą zdecydować, czy opowiedzieć się po stronie serca, czy płynącej w żyłach krwi. Ocena sytuacji zmienia się wraz z przybywaniem kolejnych posłańców, suspens goni suspens, a odsłaniana partiami tragiczna opowieść zmierza nieuchronnie do finału, którego tłumaczenia uniknął celowo w pierwszym polskim przekładzie Ludwik Osiński.

Podobną uniwersalność i swoisty bezczas zauważyć można w scenografii Justyny Łagowskiej, która złoceniami i sztukaterią przenosi nas bardziej do francuskiego pałacu epoki Corneille’a, niż do rzymskiego atrium. Ze ścian i nadproży sypie się na ziemię piasek, tworzący pod ścianami pryzmy, a w drugiej odsłonie wkradający się do wnętrza i zaściełający już całą posadzkę. W tle pojawia się pustynia z leżącym bezładnie wielkim kryształowym żyrandolem. Przesypujący się niczym w klepsydrze piach wskazuje na nieuchronny upływ czasu, ale przede wszystkim na wyniszczające działanie wojny, pustoszenie pejzażu, wyczerpanie idei, zamieranie świata. Pomysł to oryginalny, lecz nieszczególnie trafiony, gdyż maszyneria uruchamiająca kaskady piachu i sam jego szum negatywnie wpływają na słyszalność wypowiadanych równolegle kwestii. Ponadczasowe są także kostiumy projektu Łagowskiej, które choć nawiązują do antyku, to swym współczesnym sznytem w powiązaniu z wszechobecnym piaskiem przenoszą nas trochę na herbertowską Arrakis. Skojarzenia z wojną wywołuje zaś niepokojąca muzyka Wacława Zimpela, która rozbrzmiewa dźwiękami budzących grozę syren i zapowiada pojawianie się kolejnych postaci na scenie.

We francuskiej tragedii znakomicie odnaleźli się aktorzy budujący z pasją silnie emocjonalne monologi oraz poruszające dialogi dające przestrzeń do ekspresji wewnętrznych dylematów. Napisany w XVII wieku tekst bardzo wyraźnie rysuje postaci kobiece, które przejmują na scenie wiele sytuacji wypracowanych przez mężczyzn. Najbardziej tragiczną postacią jest Sabina, rozdarta pomiędzy miłością do męża a do braci i ojczyzny, z której się wywodzi. Hanna Skarga wspaniale odzwierciedla targające nią emocje, głęboko porusza prowadząc osobliwe spory uzewnętrznianych myśli; staje się krwawiącym „sercem” dramatu, które dość często wystawia na ciosy bliskich, tak jakby tylko śmierć miała ją ostatecznie uwolnić od ziemskiego cierpienia. Irmina Liszkowska w roli Kamili kreśli z kolei obraz buntowniczki, niepokornej córki Rzymu, która miłość do ukochanego mężczyzny stawia ponad wszystkie inne powinności, nie trzymając przy tym nerwów ani języka na wodzy. Przyjdzie jej za to zapłacić najwyższą cenę, dopełniając zarazem tragiczny wizerunek upadłego bohatera, Horacjusza. Modest Ruciński szorstkim głosem, pewnym gestem i zdecydowaną postawą kreuje postać rzymskiego herosa, a zarazem prostego żołnierza, któremu obce są rozterki niewiast i który nie zawaha się poświęcić najbliższych dla dobra wspólnego. „Kiedy kraj potrzebuje mojego ramienia – walczę. Z kim? Nie ma znaczenia” – wypowiada ze sceny pozbawiony wątpliwości etycznych, pełen zapału, ambicji i niezłomnej wiary w słuszność postępowania. Gdy pojawi się po walce zbryzgany posoką przeciwników niczym demon wojny, w poczuciu władzy i własnej wyjątkowości ulegnie zaślepieniu tymi samymi ideami, które tak niedawno dały mu triumf na polu bitwy. Horacjusz jest nieodrodnym synem swego ojca, w którego wciela się Szymon Kuśmider, idealnie obrazując zmieniające się wraz z nadchodzącymi wieściami nastroje swej postaci, zachwycając dykcją i swobodą poruszania się w meandrach klasycznego tekstu. Przeciwieństwem obu Rzymian jest młody Kuriacjusz grany ze swobodą i wyczuciem przez Ignacego Lissa – Albianin, który zachował resztki człowieczeństwa, choć i on, dręczony wątpliwościami, nie potrafi uciec od zobowiązań wobec państwa i honoru swego rodu. Dorota Landowska jako Julia staje się powierniczką kobiecych trosk, głosem doświadczenia i rozsądku, których rozdarte miłością serca Sabiny i Kamili nie chcą do siebie przyjąć. Maksymilian Rogacki w roli Walerego nie ma w sobie nic ze złośliwości i zajadłości zazdrosnego mężczyzny, jawi się raczej jako dojrzały mąż stanu, świadomy praw królewski doradca, któremu przyświeca jedynie, choćby i surowa, sprawiedliwość. Czy aby na pewno? A władca? Król Tullus? Sławomir Grzymkowski jest monarchą bez lica, skryty za złotą maską, rezonujący mechanicznym półboskim głosem, nie ma już twarzy człowieka. Stanowi bardziej emanację bezwzględnej władzy manipulującej ludźmi i religią dla własnych korzyści, nie liczącej się z jednostkami w imię interesu państwa oraz stawiającej siebie ponad prawem.

Bo i o chorobliwej władzy jest to także spektakl. O honorze, patriotyzmie i narodowej dumie, które stają się wygodną przykrywką dla pozaprawnych działań. W tym spojrzeniu Corneille i Seweryn najbardziej rezonują dla mnie ze współczesnością wskazując, że w polityce cel uświęca środki, a brutalna siła ubrana w piękne słowa o czynieniu dobra i kierowaniu się racją stanu może usprawiedliwić każdą zbrodnię. Bo czyż patriotyzm winien podlegać moralnej ocenie lub, nie daj Bóg, karze? Może dlatego w tym czarno-białym, strojnym w nacjonalistyczne piórka męskim świecie pożogi i zniszczenia, tak wyraźnie słychać kobiecy głos rozsądku. Głos matek, żon i sióstr, które w tej męskiej „zabawie” tracą zwykle najwięcej. Bo w wojnie nie ma nic wzniosłego, nic pięknego. Zostaje jedynie ból, cierpienie i męczące wyrzuty sumienia.

Wystawieniem „Horacjusza” Pierre’a Corneille’a Andrzej Seweryn uświetnił swoje osiemdziesiąte urodziny. I przy okazji sam sobie zrobił prezent inscenizując dzieło francuskiego dramaturga w fantastycznym tłumaczeniu Jerzego Radziwiłowicza. Francusko-polskie więzy reżysera połączyły się tym samym na scenie Teatru Polskiego w Warszawie, a sztuka dotykająca źródeł i pobudek prawdziwego patriotyzmu zespoliła z prodemokratyczną postawą obywatelską jubilata. Aktorzy mieli okazję sprawdzić się w konserwatywnym repertuarze rodem z Comédie-Française, a publiczność… Cóż, Corneille to teatr wysmakowany, tradycyjny w pełnym tego słowa znaczeniu, formalnie trochę zakurzony, rzekłbym – dla koneserów. I dla spotkania z Wielką Sztuką rezonującą niepokojąco ze współczesnością, podaną na wysmakowanej i wysublimowanej reżyserskiej złotej tacy warto Teatr Polski odwiedzić. Nawet jeśli rękę świerzbić będzie niekiedy od poszukiwań pilota, by przewinąć patetycznie wzniosłą akcję nieco do przodu. Idąc więc na spotkanie z „Horacjuszem” pomyślcie o nim, jak o operze w La Scali, balecie w Teatrze Bolszoj czy Szekspirze w londyńskim Globe. To święto klasycznej sztuki wysokiej i cieszmy się, że wciąż można zobaczyć ją nad Wisłą, a nie jedynie w Paryżu.

Tytuł oryginalny

W miłość i wojnę uwikłani - "Horacjusz" w Teatrze Polskim w Warszawie, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także