„Szir ha-Szirim | Pieśń nad pieśniami” wg scen. Jakuba Lewandowskiego i w jego reżyserii w Teatrze Żydowskim im. Estery Racheli i Idy Kamińskich w Warszawie. Pisze Marej Zajdler na stronie NaszTeatr.
Ledwie w styczniu Teatr Żydowski, z okazji obchodów 75-lecia istnienia sceny, wystawił „Dziedzictwo” w reżyserii Roberta Talarczyka i – co w tym przypadku istotniejsze - z choreografią Jakuba Lewandowskiego. To pierwsze spotkanie i inspirująca współpraca zaowocowały właśnie kolejnym spektaklem, którego inicjatorką była Gołda Tencer. Jakub Lewandowski otrzymał do swojej dyspozycji scenę przy Senatorskiej i jako Pan od Wszystkiego, czyli reżyser, choreograf, scenograf i kostiumolog podjął się wystawienia starotestamentowej „Pieśni nad pieśniami”, „Szir ha-szirim”.
Liryczny poemat o miłości i tęsknocie, którego autorstwo przypisywane jest królowi Salomonowi, zainscenizowano w dwóch, przeplatających się wersjach językowych. Na scenie zderzają się, skupiony się na poetyckości tekstu, emocjach i pięknie języka, głęboki liryzm przekładu Czesława Miłosza z kanonicznym dziś tłumaczeniem hebrajskiej Biblii na jidysz Jehoasza Salomona Blumgartena. Interesujących koincydencji pomiędzy poetami jest znacznie więcej, bowiem obaj urodzili się na terenie dzisiejszej Litwy, choć w ich przypadku Szetejnie od Wierzbołowa dzieli nie tylko 160 kilometrów, ale i 40 lat. Obaj także tworzyli głównie w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyemigrowali w poszukiwaniu lepszego życia. Tekst polski dominuje w spektaklu nad jidysz – co ważniejsze jednak, są one wzajemnie paralelne, co szczęśliwie nie odciąga wzroku widza od sceny do zbędnego tu ekranu z tłumaczeniem.
Opowieść o Oblubieńcu i Oblubienicy utrzymana jest w poetyckiej, onirycznej konwencji snu, wśród oparów teatralnej mgły, wiatru libańskich wzgórz i morza kwiatów jabłoni. To pod jabłonią bowiem Oblubieniec budzi swą ukochaną i tam rozkwita w pełni ich miłość. Zapylone kwiaty opadają na ziemię stając się symbolem łączącego ich uczucia. Jabłoń jest też powidokiem rajskiego drzewa, u stóp którego kwitła bliskość i czułość nieskalanej jeszcze grzechem więzi Adama i Ewy. Adrianna Kieś i Daniel „Czacza” Antoniewicz brodzą więc w basenie wypełnionym kwieciem-miłością, które upajają ich swą wonnością i obopólnym zachwytem. Zastosowanie tego zabiegu w tak małej przestrzeni i odgrywanie niektórych scen w parterze rodzi pytanie o ich widoczność, zwłaszcza z tylnych rzędów, ale jedyne co można na to poradzić, to przyjść dostatecznie wcześnie, by zająć miejsca z przodu jednej z dwóch okalających ów basen widowni. Kwintesencją relacji zakochanych staje się ruch ciał wizualizujący z jednej strony warstwę literacką, a z drugiej oddający poetykę „Pieśni nad pieśniami” jako opowieści o niczym nieskażonej, czystej, duchowej miłości, której cielesność jest ostatecznym, pięknym dopełnieniem. Aktorzy poruszają się wokół siebie w intymnym rytuale czułości, wpatrując głęboko w oczy, zatapiając dłonie we włosach i budząc westchnienia muśnięciami rąk. Śniąc jeszcze o bliskości nie dotykają się wzajemnie, jedynie sugerując gestami dający błogość fizyczny kontakt. Gdy się odnajdą, ich subtelna tkliwość znajdzie potwierdzenie w zmysłowym dotyku. Kieś i Antoniewicz niczym dwoje upojonych miłością kochanków zostają przy tym niewinni, przepełnieni szczęściem i radosnym, rajskim śmiechem. Przesycony sensualną erotyką aspekt ich wyobrażeń prezentują równie poetyckie wizualizacje Pawła Szymkowiaka ukazujące w monochromatycznym obrazie fragmenty nagich ciał zakochanych, targane wiatrem włosy Oblubienicy czy splecione namiętnie dłonie. Niektóre słowa padają także spoza kadru, jakby zbyt odważne na to, by móc wypowiedzieć je bezpośrednio. Jakby odzwierciedlały te najbardziej intymne, nieco wstydliwe myśli, które pozostają jedynie w sferze niewypowiedzenia. Całość spaja bliska relaksacyjnej muzyka Patrycji Hefczyńskiej, która niesie poetykę scen w powolnym, miarowym tempie bicia serca. Fragmenty tekstu, zarówno po polsku, jak i w jidysz, Kieś i Antoniewicz wyśpiewają ze sceny przejmującymi wokalami. Liryczne głosy, popadające czasem w miłosny lament, niekiedy łączące się w harmonii i wspomagane wybijanym taktem melodii przywiodły mi na myśl wschodnie brzmienie utworów Dead Can Dance.
„Pieśń nad pieśniami / Szir ha-szirim” to teatr kontemplacyjny, zmysłowy, gdzie ruch i poezja słowa stapiają się w opowieści o pięknie „silnej jak śmierć”, głębokiej i pełnej szacunku miłości. Miłości duchowej, której nieodzowną częścią jest także, oparta na wzajemnym zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa, cielesna bliskość. Adrianna Kieś i Daniel Antoniewicz każdym gestem, spojrzeniem czy westchnieniem udowadniają na scenie, że „wielkie wody nie zdołają ugasić miłości, ani rzeki jej nie zaleją”. Jakub Lewandowski stworzył w Teatrze Żydowskim spektakl niedzisiejszy, sunący leniwie, onirycznie senny. Zapraszający do współodczuwania, do zatrzymania się w biegu codzienności i skupienia uwagi na istocie międzyludzkich relacji. Spektakl będący poetyckim wyciszeniem i chwilą medytacyjnej zadumy na sensem życia. Po prostu piękny.