Za mniej niż miesiąc rozpocznie się jubileuszowa, trzydziesta edycja Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego „Kontakt” w Toruniu. Jestem przekonany, że wydarzenia, które w życiu każdego teatromana odegrało ważną rolę. Zapraszam do mojej osobistej podróży po dawnych dniach i spojrzenia na dziś
Zawsze jest dylemat z tekstami jubileuszowymi – jak rozpocząć? Nie czas i miejsce aby analizować kolejne edycje, których tradycja sięga roku 1991. Wówczas zainaugurowano owe wydarzenie, które zastąpiło Festiwal Teatrów Polski Północnej, o czym pisał w jubileuszowej publikacji na osiemdziesięciolecie sceny toruńskiej Zenon Butkiewicz. Powszechnie wiadomym jest, że inicjatorką była ówczesna dyrektorka sceny Krystyna Meissner, która jak zauważał Butkiewicz: „umiała podjąć wyzwanie tego czasu i niczym Moryciński, który w 1959 r. zwołał do Torunia teatry z siedmiu miast, zaprosiła ona w to samo miejsce zespoły z siedmiu krajów na I Międzynarodowy Festiwal Teatralny KONTAKT”. Pamiętam owe dni inaugurującego czasu wydarzenia toruńskiego jedynie z ekranu telewizyjnego, tak też bywało z kolejnymi edycjami. I zawsze sobie mówiłem kiedyś będę musiał zobaczyć owe życie owego miasta podczas dni festiwalowych. Początki wyglądały imponująco. Ten kontakt wschodu i zachodu miał w sobie urok odkrywania czegoś niedostępnego, dalekiego, orientalnego. Widowiska z dawnych republik radzieckich, dziś niezależnych państw czy też lalki na wodzie z Wietnamu, brzmiały niesamowicie i dalej tak dźwięczą, są jedynie legendą tego co miało miejsce podczas pierwszych edycji festiwalowych. Ponoć nie dbano o miejsca noclegowe, nadmiar programu potęgował galimatias w głowach odbiorców, ale różnorodność mogła zaskakiwać i na swój sposób urzekać w pierwszych latach transformacji.
Pierwszy raz zawitałem w Toruniu w roku 2005. Jego dyrektorką była już Jadwiga Oleradzka. Kobieta silna i nieustępliwa o niezłomnym charakterze, ale i niekiedy wątpliwym guście repertuarowym. Równie ważnym było to co działo się na scenie, ale także w życiu samego festiwalu. Kolejne trzy lata odwiedzałem go regularnie. Ów ostatni tydzień maja nad Wisłą stawał się oddechem, ale i spotkaniem z licznymi ówczesnymi rówieśnikami, dziś ważnymi postaciami polskiego teatru, ale i szerzej kultury. Nie wiem czy dziś kształtuje się owe środowisko, grupa, która nie tylko rozmawia o teatrze, spektaklach, wydarzeniach, ale przede wszystkim spędza wspólnie czas. To wydaje się najbardziej wartościowe, gdy spektakle biegły swoim rytmem dwóch pokazów dziennie, a wieczory stanowiły oderwanie się od trosk i głębokich przemyśleń w poszukiwaniu metafor i aluzji.
Właśnie, ów specyficzny rytm wyznaczał życie festiwalowe. Zaczynające się leniwo poranki, choć czasem miały miejsce spotkania, promocje książek lub czytania performatywne do popołudnia, gdy rozpoczynał się maraton teatralny. Zawsze problemem stawały się miejsca prezentacji. Dziś to mało zauważalny aspekt – jest Arena, Jordanki, a w najbliższych planach siedziba Europejskiego Centrum Filmowego „Camerimage” oraz budynek dla Teatru Muzycznego. Dawniej oprócz dwóch przestrzeni w teatrze grano w: klubie Od Nowa, Teatrze Baj Pomorski, kręgielni „U Mnicha”, podróżowało się do bydgoskiej Opery Nova. I oczywiście kultowy „Olimpijczyk”. Sale gimnastyczne, gdzie mury nasiąknięte potem nie dawały zapomnieć o sobie, że jesteśmy w miejscu sportowej rywalizacji. Czasem rzeczywiście niektóre spektakle był to wyczyn maratoński, gdyż dłużyły się niemiłosiernie. Wówczas atrakcją stawało się studiowanie katalogu i gazetki festiwalowej, a w przypływie szlifowania języka angielskiego przestawianie kanałów w urządzeniach słuchawkowych, gdzie koił głos Artura Zapałowskiego. Miało to swój niebagatelny urok.
Najciekawsze bywały spotkania z artystami, które każdorazowo odbywały się na pierwszym piętrze miejscowej sceny, tuż przy kawiarni. Przybytek serwował kanapki – wszyscy byli głodni i z przyjemnością pałaszowali i popijali jasnym trunkiem z pianką. Loterią stawało się wytypowanie prowadzących, choć ówczesny rzecznik prasowy Grzegorz Janikowski dbał o w miarę jednolite grono zadających pytania. Każdy wieczór to istna, powielana układanka na szachownicy – kto usiądzie przy którym stoliku? Po środku Pani dyrektor z mężem. Dalej bliżej okna – nestorzy z Józefem Opalskim na czele. Potem, dalej ówczesna „młodzież” – a grono to bywało niebagatelne, sięgające dziesięciu osób zgranej paczki. I kolejne miejsca zajmowali widzowie, goście, każdy kto był spragniony komentarza do widzianego widowiska. Jednak najciekawszy moment następował po ostatniej odpowiedzi zaproszonego zespołu. Wówczas rozpoczynały się prace w grupach. A szczególnym miejscem stał się klub „Zezowate Szczęście”. Tam już alkohol lał się strumieniem, tańce na stołach, a wschód słońca wyganiał ostatnich gości. I niezapomniany spacer nad Wisłą, droga ku jasności, tęsknocie, że ta chwila może być ulotną, jedyną i niepowtarzalną. Ten rytuał toruński posiadał oczywiście różne twarze. Były i chwile nerwowe, napięcia, szczególnej pokoleniowej rywalizacji. Dziś na to wszystko patrzy się z przymrużeniem oka. Gdyż każdy wiek ma swoje prawa. Podobno obecnie mało osób przyjeżdża na cały festiwal, dawniej była to pokaźna grupa zapaleńców, choć widownie są pełne, ale w głównej mierze to lokalna publiczność. I to jest wielki sukces i pociecha. Spoza Torunia odwiedzają festiwal recenzenci i teatromani, gdy w repertuarze pojawi się gorące i ekscytujące nazwisko twórcy.
Do Torunia powracałem łącznie siedmiokrotnie. Nigdy nie mogłem zrozumieć decyzji o zmianie wydarzenia z cyklu corocznego na dwuletni, naprzemiennie z Festiwalem „Pierwszy Kontakt”. W moim odczuciu zniszczyło to imprezę, oderwało tych co stale bywali od swoistego rytuału corocznych wizyt. Z czasem nawet zapomniałem, że „Kontakt” istnieje. Ale przecież to niezwykle ważne miejsce w moim teatralnym życiu. To właśnie w trakcie jego trwania, zobaczyłem po raz pierwszy spektakle: Eimuntasa Nekrošiusa, Luka Percevala, Alvisa Hermanisa, Alaina Platela, Viktora Bodo i wielu innych. Gdybym miał stworzyć własny ranking zwycięzców, to niewątpliwie wygrałby Alvis Hermanis i jego Teatr Nowy z Rygi z Sonią. Siła teatralnego rażenia, dowcip, nostalgia i magia. Wstrząsem stał się The Blue Boy dublińskiego Brokentalkers, który w roku 2014 miał wielką siłę artystycznego rażenia poruszając temat zbiorowej odpowiedzialności za to co działo się w instytucjach dla dzieci prowadzonych przez księży w Irlandii. Obecnie komentujemy Prałata z Teatru Telewizji, ale owa problematyka w Toruniu już pojawiła się dwanaście lat temu! Teatr zawsze reagował na to co ważne, bieżące, aktualne, a nie z historycznym opóźnieniem. I trzecie miejsce należy się Arpadowi Schilingowi i jego Mewie z miejsca, które już nie istnieje - Kretakor Szinhaz w Budapeszcie. Obraz skupiony, kameralny, oparty na słowie, dialogu, spojrzeniu, geście. Choć jestem orędownikiem innych spektakli artysty, to ten przez swoją skromność umiał oczarować i zachwycić. Nie ulega wątpliwości, że to czasy dawne, niektórzy powiedzą, a należy żyć teraźniejszością. Może jestem staromodny, ale właśnie ci dawni mistrzowie pozostają w mojej głowie i współgrają z moim kosmosem myślenia o teatrze.
Festiwal „Kontakt” to trzydzieści edycji, choć trzydzieści pięć lat trwania. Jak już zauważyłem w latach 2011-2020 odbywał się on w cyklu biennale. Raz festiwal został odwołany. Miało to miejsce w roku 2020 i wiązało się z pandemią COVID-19. Wydarzenie jest oceniane przez starannie dobrane jury, które przyznaje swoje nagrody. Dwukrotnie tego nie uczyniono. Było to w roku 2021 – gdy festiwal miał charakter hybrydowy oraz 2022. Wówczas ster rządów instytucji przejęła Renata Derejczyk, która powróciła do cyklu corocznego, ale pierwsza edycja, pod jej kierownictwem, charakteryzowała się zagranicznymi pokazami mistrzowskimi, a nie konkursem. Najwięcej razy (trzykrotnie) został wyróżniony główną nagrodą Eimuntas Nekrošius (1994, 1999, 2001), następnie dwukrotnie Alvis Hermanis (2008, 2010) i Alain Platel (2007, 2018). Jeżeli spojrzymy na państwa to najwięcej nadrzędnego lauru przypadło reprezentantom Polski, Litwy i Niemiec (czterokrotnie). Wśród naszych zwycięzców znaleźli się: Grzegorz Jarzyna, Jan Klata, Katarzyna Szyngiera i Łukasz Twarkowski. A z grupy zachodnich sąsiadów: Jossi Wieler, Christoph Marthaler i Florentine Holzinger. I ostatnia, może nieadekwatna w dzisiejszych czasach, statystyka. Dwadzieścia trzy razy wygrywali mężczyźni, a zaledwie pięciokrotnie kobiety.
Jednak spoglądając na owe trzydzieści edycji najważniejszym artystą, który aż dziesięciokrotnie prezentował swoje prace był Alvis Hermanis. W rozmowie z Grzegorzem Janikowskim, dla Polskiej Agencji Prasowej w roku 2024, mówił: „Przyjazd na Kontakt trzydzieści lat temu z Markizą de Sade nie tylko był pierwszą prezentacją mojego spektaklu za granicą, ale można powiedzieć, że wypromował prowadzony przeze mnie Teatr Nowy w Rydze i w pewien sposób zaprogramował moją działalność twórczą. To było moje pierwsze spotkanie z międzynarodowym środowiskiem teatralnym. (…) Pamiętam też te nocne spotkania po spektaklach i dyskusje z widzami i krytykami. One były pełne pasji, sporów estetycznych, poezji. Tłumy we foyer Teatru im. W. Horzycy, kłęby dymu papierosowego. Wszyscy gorąco dyskutowali o sztuce, wartościach, grze aktorskiej i formie przedstawień, a nie, jak teraz, o polityce. Mogę powiedzieć, że twórczyni tego festiwalu, nieżyjąca już dyrektor Krystyna Meissner była moją «teatralną matką chrzestną»".
Od pięciu edycji dyrektorem artystycznym festiwalu Kontakt jest Renata Derejczyk. Corocznie liczba spektakli pokazywanych w Toruniu w ramach międzynarodowego przeglądu oscyluje około dziesięciu-dwunastu, dawniej bywało ich mniej więcej czternaście. Przedstawień jest mniej, ale to nie znaczy, że festiwal jest krótszy czy biedniejszy. Wprost przeciwnie, w Toruniu pojawiają się realizacje artystów z pierwszej ligi teatralnej: Wilsona, Lepage’a, Marthalera, Papadopoulosa, Thoma Luza, Milo Raua z renomowanych scen europejskich, co oznacza, że wydatki na ich sprowadzenie do Polski są naprawdę spore. To był wybór artystyczny i strategiczny: co lepsze więcej spektakli ze średniej półki cenowej czy kilka mocarnych blockbusterów scenicznych? Derejczyk zdecydowała się na to drugie rozwiązanie. Zagraniczne widowiska prezentowane są zazwyczaj dwukrotnie, a krajowe jeden raz. Na Kontakcie w ostatnich latach została wyraziście zwiększona reprezentacja polskich przedstawień. Efektem tej decyzji jest lekka modyfikacja pierwotnej idei festiwalu, która swego czasu dotyczyła konieczności twórczego „kontaktu” wschodu i zachodu. Dziś akcent został położony bardziej na relacji Polska i świat.
Szefowa Kontaktu zauważa: „Uważam, że nasz teatr jest w fantastycznym momencie rozwoju. Mamy wielu znaczących twórców. Kiedyś za czasów Krystyny Meissner polscy artyści uczyli się od festiwalowych gości nowych estetyk teatralnych. Dziś rozmawiamy jak równy z równym, więcej - to my jako polski teatr jesteśmy źródłem inspiracji. Owszem można na festiwalu odczuć deficyt zagranicznych spektakli polskich twórców, ale to także kwestia dylematu programowego i wyborów, jakie dokonuję. Czy zaprosić gigantyczne Oracle Łukasza Twarkowskiego czy pokazać pierwszy raz po 20 latach nowy spektakl Roberta Lepage’a? Czy przywieźć jeden ze spektakli oklaskiwanej w Niemczech Eweliny Marciniak jak choćby Wielki Gatsby z Schauspielhaus we Frankfurcie, czy przedstawiać w Toruniu zagranicznym gościom takich reżyserów jak Wiktor Rubin czy Katarzyna Minkowska”.
Pełnoskalowa wojna w Ukrainie i zerwanie relacji, również w sferze kultury, z Rosją wpłynęło także na konieczność przeformułowania repertuaru. Należy pamiętać, że teatr rosyjski zawsze stanowił istotny punkt dawnych edycji Kontaktu. Teraz bojkotujemy artystów z Rosji, którzy nie sprzeciwiają się wojnie Putina. Jednak zawsze będziemy otwarci na rosyjskich dysydentów. Przecież tak kiedyś Europa pomagała polskim artystom, którzy nie mogli wrócić do kraju w czasie stanu wojennego. Tym samym rzeczywistość nas otaczająca mocno wpływa na poszukiwania repertuarowe. Mówiąc dosadnie niektóre artystyczne drzwi zamknęły się zapewne na długi czas. W kilku poprzednich edycjach były mocne akcenty ukraińskie w postaci spektakli i czytań nowych dramatów, powstałych już po rosyjskiej inwazji. Ukraińscy artyści wyjeżdżali od nas z nagrodami i gestami wsparcia. Interesującym jest, że obecny konflikt na Bliskim Wschodzie utrudnił również transport dekoracji do jednego ze spektakli i dlatego na razie w Toruniu nie pojawi się wielka francuska aktorka Isabelle Huppert.
Kierownictwo obecnej liderki domyka triadę kobiet, które nadawały ton „Kontaktowi”. Trzeba wspomnieć o kilku edycjach, gdy dyrektorem był Andrzej Churski i wspólnie z Pawłem Pasztą i Marcinem Zawadą, budowali program imprezy. Ale to właśnie Krystyna Meissner, Jadwiga Oleradzka i Renata Derejczyk, odcisnęły i odznaczają własne piętno programowo-organizacyjne wydarzenia. Dyrektorka festiwalu mówi: „Nigdy nie myślałam o sobie jako o kobiecie w działaniach związanych z teatrem, o sobie jako kobiecie na męskim stanowisku dyrektora. Uważam, że zawsze należy być profesjonalną w tym, co się robi, nie należy szukać usprawiedliwień w postaci dyskryminacji. Owszem dyskryminacja jest, zdarza się, trzeba z nią walczyć, ale na pewno nie jest tak, że jako kobiecie jest mi trudniej robić festiwal. Moje poprzedniczki przetarły szlak. Ja też robię swoje i nie zajmuję się kłodami rzucanymi nam pod nogi. Festiwal nie rodzi się z narzekania tylko z realnych, zawodowych działań. Jednak gdy komponuję program festiwalu każdorazowo zwracam uwagę na proporcje reżyserek i reżyserów. Tak samo pamiętam o równowadze płciowej i wiekowej w gronie selekcjonerów polskich przedstawień. Równowaga jest ważna, aby ukazać różne spojrzenia, stylistyki, narracje”.
Powrót do corocznego cyklu imprezy stał się nadrzędnym postulatem Derejczyk, który zrealizowała. Dzięki temu festiwal powrócił do grupy znaczących wydarzeń teatralnych prezentujących różnorodność estetyczną i aktualność tematyki polskich i zagranicznych dzieł scenicznych. Dyrektor zauważa: „Gdybyśmy zostali przy rytmie biennale, publiczność Kontaktu rozeszła by się do innych miejsc, wybrała inne festiwale, które wykorzystałby tę lukę terminową. Dziś jest pełno możliwości poznania teatru, ale aby widz pozostał przy imprezie, należy go nieco od niej uzależnić, przyzwyczaić do stałych terminów. Powinien wierzyć, że w tym miejscu zobaczy najważniejsze polskie przedstawienia ostatniego sezonu, a także gorące nazwiska zagranicznego teatru”.
To co proponuje „Kontakt”, od pięciu lat, to swoiste działanie wielokierunkowe. Po pierwsze – silna reprezentacja naszego teatru, po drugie – poszukiwanie innowacyjności formalnej i po trzecie, co szczególnie widoczne jest podczas jubileuszowego wydarzenia: postawienie na gwiazdy i rozpoznawalne nazwiska. Derejczyk zaznacza: „Uważam, że w tym roku naszym obowiązkiem jest powrócić do Marthalera i Milo Raua, ale także pokazać pierwszy raz w Toruniu Roberta Lepage’a. Młody europejski teatr reprezentować będzie na Kontakcie rumuński reżyser Andrei Măjeri, kolejny, trzeci już po Radu Afrimie i zeszłorocznym inscenizatorze Teorematu Eugenie Jebeleanu, ciekawy artysta z Rumunii”.
Koszt Kontaktu to trzy miliony złotych. Głównym mecenasem pozostaje Samorząd Województwa Kujawsko-Pomorskiego, który łoży na wydarzenie każdorazowo milion dwieście tysięcy złotych. To bazowa kwota, która wsparta jest, w zależności od edycji, środkami europejskimi – tak było podczas poprzedniego festiwalu. Miasto Toruń wspiera przedsięwzięcie kwotą czterystu pięćdziesięciu tysięcy złotych (w ostatnich latach). Festiwal może liczyć również na mecenat państwowy w ramach programu „Teatr” ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Po trzyletnim silnym wsparciu ministerstwa edycja jubileuszowa trafia na czas posuchy, gdyż z tegorocznego rozdania, w kolejnych trzech latach, festiwal może liczyć na mniej niż dwieście tysięcy w każdym roku. To powoduje konieczność rezygnacji z pewnych zamierzeń artystycznych – ostrzega Derejczyk. W tym roku ograniczono festiwal choćby o spektakl plenerowy. Pula hojnych sponsorów pozostaje w dalszym ciągu marzeniem, gdyż ich wsparcie to kwoty maksymalnie sięgające pięćdziesięciu tysięcy złotych.
Tegoroczna edycja pełna jest artystycznych niespodzianek i nasycona magią dobrego teatru. Polski teatr będą reprezentować hity ostatnich miesięcy: Krzyżacy w reżyserii Jana Klaty (Teatr im. S. Jaracza, Olsztyn), Sceny z życia małżeńskiego w inscenizacji Katarzyny Minkowskiej (Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej, Kraków) oraz Mai Kleczewskiej Ziemia obiecana (Teatr Zagłębia, Sosnowiec), a także spektakle: Wiktora Rubina, Anny Augustynowicz, Dominiki Knapik. Programu międzynarodowego może pozazdrościć niejedna teatralna impreza. Oprócz wspomnianego, jednego z najmłodszych na festiwalu Andrei Măjeri, a także Milo Raua i Christopha Marthalera, szczególną uwagę przykuwa ostatni, symboliczny, pożegnalny spektakl Roberta Wilsona. Przygotowany przez toruński zespół, wspólnie z Teatrem Dramatycznym w Kownie i współtworzony inscenizacyjnie przez Charlesa Chemin, został dokończony miesiąc przed śmiercią przez amerykańskiego wizjonera teatru. 7 samotności na podstawie Oskara Miłosza kumuluje w sobie świat słowa poezji z wizyjnością plastyczną. Obrazy, widziane na zdjęciach, oczarowują, są jak ostatnie pożegnanie z niewyobrażalną, urzekającą stylistyką Wilsona.
Jednak magnesem „Kontaktu” 2026 stanie się na pewno blisko pięciogodzinna opowieść Wiara, pieniądze, wojna i miłość zrealizowana dla berlińskiego Schaubühne am Lehniner Platz przez świetnego, kanadyjskiego reżysera Roberta Lepage. Cztery różne historie skonstruowane bez pierwotnego scenariusza, do którego punktem wyjścia stały się cztery słowa tytułu. Tekst powstał na podstawie pracy z aktorami, z wykorzystaniem ich własnej przeszłości i życiowych zdarzeń. Lepage mówi: „Dla aktorów w Niemczech było to wcześniej nieznane doświadczenie. Niektórzy mieli praktykę w improwizacjach, ale nie w tworzeniu tekstu do prezentacji na scenie. Tu aktor nie jest tylko wykonawcą, ale współtwórcą treści, ukazania własnego doświadczenia, które jest opowiedziane w spektaklu. Przez to są oni bardziej odpowiedzialni za przedstawienie, za historię, którą prezentują. Było to wspólne poszukiwanie, eksperymentowanie. Dla nich stanowiło to wielkie zaskoczenie, nową metodą pracy”.
Owe epickie widowiska są znakiem rozpoznawczym artysty. Prezentował on swoją twórczość już dwukrotnie w naszym kraju. Pierwszy raz we Wrocławiu w roku 1987, gdy wystawiono spektakl bez tłumaczenia, ale ze świetnym odbiorem publiczności. Stanowiło ono również niezwykłe doświadczenie dla Lepage’a, który odnosi się do naszej tradycji teatralnej z wielkim szacunkiem i uznaniem. Druga wizyta miała miejsce w Warszawie podczas Festiwalu Festiwali Teatralnych „Spotkania” w 2004 roku. Wówczas kanadyjski zespół artysty Ex Machina przedstawił Trylogię smoka. Lepage uwielbia opowieści, które zgłębiają charaktery i dusze. Stwierdza: „jeżeli zdecydowałeś się iść do teatru, to powinieneś zostać tam długo i spędzić czas ze społecznością. Nie tylko z wykonawcami, ale także publicznością. To wyjątkowe doświadczenie, gdy przez kilka godzin zagłębiasz się w historię, aktorzy zajmują ciebie jej opowiadaniem, a także poznajesz siedzącą obok osobę. Przez to rodzi się już kolejna opowieść”. Czeka nas zatem niesamowite spotkanie artystyczne.
Trzydzieści edycji, trzydzieści pięć lat wspomnień, wzruszeń, pamięci. Niektórych faktów już nie da się przywołać. Ale każda historia buduje przeszłość. Tak jak i tych kilka moich refleksów z toruńskiego „Kontaktu”.