EN
16.03.2022, 12:34 Wersja do druku

W laboratorium umierania

fot. Magda Hueckel

Tomasz Domagała: Zacznijmy od początku: czy pamięta pan dzień 2 kwietnia 2005?

Michał Kaleta: Tak, byłem w pracy, bo próbowaliśmy akurat tu, w teatrze, spektakl Marka Fiedora Biesy, w którym grałem Mikołaja Stawrogina. Premiera była zaplanowana na 10 kwietnia, więc spektakl był prawie gotowy. Ponieważ Jan Paweł II nigdy nie był mi szczególnie bliski, nie przeżywałem tego wydarzenia w jakiś szczególny sposób, ale pamiętam, że wiele osób w teatrze śledziło komunikaty o jego stanie zdrowia. Gdy odszedł, próba została przerwana, choć do jej końca zostało tylko dwadzieścia trzy minuty. Premiera odbyła się planowo, tyle pamiętam.  

TD: Ten czas żałoby był w sumie ostatnią manifestacją jedności naszego społeczeństwa… czy to pana nie fascynowało? Oczywiście już wiem, że na pewno nie na poziomie wiary, ale może w związku ze swoją widowiskową teatralnością.

MK: Byłem chyba wtedy nastawiony mało optymistycznie, bo od razu zacząłem się zastanawiać, kiedy to wszystko runie. My przecież lubimy wychodzić na ulicę i sobie pokrzyczeć, żeby chwilę później się rozejść, i do tego jeszcze się w tym samym gronie pokłócić…

TD: Pokolenie JP2…

MK: … i co się z nami stało?

TD: Jakie były początki pracy nad Śmiercią Jana Pawła II?

MK: Jakiś czas przed rozpoczęciem prób zadzwonił do mnie dyrektor Maciej Nowak i poinformował mnie, że kolejny raz będzie u nas w teatrze pracował reżyser Jakub Skrzywanek i ma dla mnie pewną ciekawą propozycję. Niezmiernie się ucieszyłem, bo po obejrzeniu jego dwóch spektakli w naszym teatrze bardzo chciałem z nim pracować, a tak się do tej pory złożyło, że nie spotkaliśmy na scenie. Kuba do mnie zadzwonił, wyjaśnił, co to za projekt, nie do końca jeszcze precyzując, na czym to wszystko będzie polegało. Wiedziałem tylko, że mam zagrać papieża, więc od razu pojawił się w mojej głowie ogromny znak zapytania. Dlaczego akurat ja, jest przecież mnóstwo starszych, doświadczonych, fajnych aktorów, którzy bez problemu odnajdą się w tej roli.

TD: Rozumiem, że pomysł odtworzenia ostatnich godzin życia papieża, pojawił się już na samym początku?

MK: Dokładnie tak. W rozmowie z Kubą wyraziłem swoje wątpliwości, informując go jednocześnie, że jeśli to ma być spektakl biograficzny, to ja nie chcę w nim brać udziału, zwłaszcza że mój stosunek do Kościoła jest dość sceptyczny. Jakub mi wtedy wytłumaczył, że to będzie Śmierć Jana Pawła II i, że nie chodzi tu o „granie papieża”, a o przejście przez proces jego odchodzenia poprzez wejście w jego stany chorobowe i zmagania się z ciałem. Zacząłem wtedy rozumieć, dlaczego dostałem tę propozycję. Jako że część moich ról w teatrze opierała się na fizyczności, ucieszyłem się, czując, że to jak najbardziej rola dla mnie. Fantastyczne zadanie – zagrać kogoś w takim wieku, schorowanego i na dodatek jeszcze będącego w agonii. Biorę, powiedziałem sobie, zwłaszcza że nie będę się musiał w ten proces angażować psychicznie. Kiedyś bowiem w naszym teatrze, nim nastały czasy Macieja Nowaka, wymagano od nas głębokiego zaangażowania w procesy psychiczne postaci, a to przecież w tym przypadku wydawało się wyczerpujące. Jakub zapewnił mnie, że nic takiego nie będzie potrzebne, bo rola będzie przede wszystkim oparta na fizyczności i ruchu. I rzeczywiście – od razu na próbach pojawiła się choreografka Agnieszka Kryst, dzięki której przez ten cały proces budowania roli przeszedłem suchą nogą.

TD: Czy dostaliście jakiś scenariusz?

MK: Jakub rozdał nam teksty, ale był to właściwie tylko zarys fabuły; sporządzony na podstawie relacji świadków zapis tego, co ma się wydarzyć na scenie. Jakub z Pawłem [Dobrowolskim, dramaturgiem spektaklu – przyp. TD] mówili nam, że mają ogromne ilości materiału w postaci relacji osób towarzyszących papieżowi w ostatnich chwilach, aczkolwiek w trakcie pracy wyszło, że są to często strzępki relacji, z których musieliśmy wyłuskiwać słowa czy kwestie nadające się na scenę. Większość z nich to patetyczne zdania, zasłyszane rzekomo przez te osoby od papieża. Mówię „rzekomo”, bo po konsultacji z dr Michałem Błochem, specjalistą od opieki paliatywnej dzieci, okazało się inaczej. Stwierdził on mianowicie na podstawie dostępnych relacji, że stan papieża kompletnie wykluczał możliwość jakiejkolwiek komunikacji werbalnej, a zwłaszcza wypowiadanie jakichś górnolotnych sentencji. Był to bowiem czysto fizyczny, przerażający proces odchodzenia człowieka.

TD: Jak wyglądały próby? Czy takie „bycie na scenie” da się w ogóle próbować, czy trzeba przyjść i się w tę postać po prostu wcielić?

MK: Da się próbować, jak najbardziej. Budowaliśmy z Agnieszką tę postać krok po kroku. Żeby to wszystko było w miarę wiarygodne, zaczęliśmy od wieku. Zastanawialiśmy się, na jakich zasadach funkcjonuje ciało tak starego człowieka, później zaś, gdy już nam się udało zbudować jakiś teatralny zarys tego stanu, zaczęliśmy dokładać jego dolegliwości.

TD: Czy od razu wspomagaliście się jakimiś elementami przestrzeni albo rekwizytami?

MK: Na początku pracowaliśmy bez niczego. Zaczęliśmy od leżenia na podłodze i od pracy przygotowawczej z moim ciałem. Chodziło w pierwszym rzędzie o to, żeby wyłączyć moją fizyczność, albo precyzyjniej: znaleźć w niej to, co ewentualnie mogłoby się przydać w wykreowaniu postaci osiemdziesięciopięcioletniego człowieka.

TD: Czy to było trudne?

MK: Ekstremalnie trudne! Chociażby z tego powodu, że w okresie przed rozpoczęciem prób dosyć ostro trenowałem na siłowni. W związku z tym miałem o wiele więcej masy mięśniowej, niż to było potrzebne. Musiałem więc nie tylko całkowicie zrezygnować z treningów, ale też zrobić coś, żeby moje ciało przestało być takie atletyczne. I chociaż dzięki porzuceniu siłowni i odpowiednim ćwiczeniom osiągnąłem zamierzony cel, najwięcej trudności sprawiło mi znalezienie w moim czterdziestoparoletnim, szybkim jeszcze i bardzo energicznym ciele – słabości.

fot. Magda Hueckel

TD: Cofnijmy się jeszcze na chwilę: jak było z tym dokładaniem dolegliwości?

MK: Na pierwszy ogień poszedł Parkinson. Ta straszna, niezwykle wycieńczająca choroba dotyka przeważnie ludzi starych, ale też nierzadko – młodych. Gdy ma ciężki przebieg, potrafi nawet w ogóle unieruchomić człowieka. Zmaganie się z nią musi być koszmarem, bo cierpi nie tylko ciało, lecz także – poprzez produkcję ciał Lewy’ego z błędnie złożonym białkiem – mózg. Początkowo pojawił się pomysł spotkania z osobami naprawdę chorymi, ale przez pandemię do tego nie doszło. I słusznie, stanowilibyśmy bowiem dla nich zbyt duże zagrożenie. Musieliśmy więc posiłkować się wiedzą specjalistów i… internetem. Wiadomo, że to nie to samo, co na żywo, ale pracowała z nami wspaniała pani Aldona Marciniak, pielęgniarka na co dzień zajmująca się takimi przypadkami, nie byliśmy więc całkowicie odcięci od praktycznej wiedzy na temat tej choroby i jej objawów. Naszym głównym zadaniem było nie tyle poszerzenie wiedzy o Parkinsonie, co wyobrażenie sobie, jak ta choroba mogłaby przebiegać w moim ciele. Pani Aldona korygowała pewne elementy, sprawdzając, czy idziemy w dobrą stronę. Bazując na swoim doświadczeniu, podrzucała nam też czasem szczegóły, o których nawet nie słyszeliśmy. Przykładem – kwestia symptomów choroby, polegających na drganiu głowy i szczęki, niekojarzonych powszechnie z tą chorobą. Okazało się, że pacjenci pani Aldony często w nocy szczękają zębami, a charakterystyczny dźwięk, będący tego efektem, rozchodzi się po całym oddziale. To jeśli chodzi o chorobę Parkinsona. Proces pracy nad ostatnimi godzinami życia, w czasie których papież dostał wstrząsu septycznego, był jeszcze trudniejszy, a to dlatego, że ciężko było w internecie znaleźć na ten temat coś, co mogłyby posłużyć nam za wiarygodne źródło informacji w procesie odtwarzania takiego krańcowego stanu. Kluczową rolę odegrał tu więc nasz przyjaciel, o którym już wspominałem, Michał Błoch. Jako że wielokrotnie był świadkiem takiego wstrząsu, prowadził nas przez ten proces, uwiarygadniając go swoją wiedzą i doświadczeniem. Oglądał naszą pracę i mówił: tak, to mogłoby tak wyglądać.

TD: Czy inni aktorzy towarzyszyli Panu w tym procesie?

MK: Na początku nie, a to dlatego, że mnóstwo czasu pracowałem tylko z Agnieszką. Poranne próby były poświęcone na choreografię i pracę ciałem, wieczorem zaś próbowaliśmy konfrontować to, co udało nam się zbudować z innymi. Najwięcej czasu spędziłem z Mariuszem Adamskim, grającym osobistego pielęgniarza papieża, Massimiliano. Chciałem mu bardzo podziękować, gdyż jego pomoc w tej pracy jest nieoceniona. Ze stoickim spokojem obserwował moje początkowe nieudolne próby wcielania się w tę postać, samemu próbując się  w tym wszystkim jakoś odnaleźć. Pracowaliśmy więc dwutorowo: najpierw z Agnieszką budowaliśmy, żeby móc potem już z reżyserem improwizować sytuacje i sceny, które miały się znaleźć w spektaklu. Było ich oczywiście więcej, ale od razu było wiadomo, że nie można ich będzie wszystkich zmieścić w przedstawieniu.

TD: Czy to pierwsza rola w pana karierze, wykorzystująca w takim stopniu pańskie ciało?

MK: Tak, i jest to chyba najtrudniejsze tego typu zadanie, jakie przyszło mi  wykonać w teatrze. Nie przypominam sobie teraz roli, do której musiałbym się aż tak fizycznie zmienić.

TD: A co tu było najtrudniejsze? Czuł pan brak któregoś z aktorskich narzędzi, na przykład tekstu?

MK: Szczerze mówiąc, w ogóle nie myślałem tu o tekście. Swoją drogą, był taki moment podczas prób, w którym próbowaliśmy te kilka zdań, padających w spektaklu z ust jego współpracowników wcisnąć gdzieś w moją rolę, żeby było zgodnie ze świadectwami. Za przykład niech posłużą tu słynne słowa zasłyszane rzekomo przez jedną z sióstr: pozwólcie mi odejść do domu Ojca. Mnie się to jednak od początku wydawało niemożliwe i nie myliłem się. Okazało się w trakcie procesu, jaki staje się moim doświadczeniem, jest to skrajnie niemożliwe. Trudno zresztą oczekiwać, żeby człowiek, którego ciało się rozpływa, a dusza uchodzi każdą szczeliną ciała, znalazł jeszcze siłę na coś takiego. Zmieniliśmy więc te sytuacje, oddając wszelkie kwestie papieża jego współpracownikom, będącym świadkami ich wypowiadania. Pomyśleliśmy, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że przypisali oni papieżowi słowa, które sami chcieli w tych trudnych chwilach usłyszeć, że może nawet naprawdę je w swoich głowach słyszeli. Co ciekawe, prawdziwy pielęgniarz Massimiliano – w przeciwieństwie do innych świadków – opisywał w swojej relacji, że papież wydawał z siebie tylko niezrozumiałe dźwięki i rzężenie. Bazując więc na moim doświadczeniu bycia w tym procesie i jego relacji – w końcu spędził on z umierającym papieżem najwięcej czasu – zdecydowaliśmy się na charkot. A co było najtrudniejsze w tej pracy? Chyba wyłączenie myślenia. Premiera nigdy nie jest dla mnie końcem procesu twórczego, tak było i tutaj, choć mam wrażenie, że w tym przypadku jest to zadanie dużo bardziej wymagające. Przystępując do prób generalnych, a było ich cztery, byłem perfekcyjnie przygotowany, czując cały ten proces w moim ciele: gardle, szyi, mięśniach. Byliśmy zresztą gotowi trochę wcześniej, więc i przebiegów całości przed premierą było więcej, niż zazwyczaj. Wystarczyło jednak kilka dni przerwy, żeby coś się zacięło. Wczoraj, na początku pierwszego spektaklu w kolejnym secie, długo nie mogłem sobie poradzić z umysłem, który ciągle podpowiadał mi, że tego jest za mało, a tamtego za dużo, że coś tu nie jest tak, jak powinno. Na szczęście bardzo szybko o tym zapomniałem i wszedłem głęboko w proces. Najtrudniejsze chyba więc w tej roli jest to, żeby moje ciało i mózg wróciły do pamięci mojego stanu, osiągniętego w żmudnym procesie prób. Żebym wypracowane narzędzia miał do dyspozycji od pierwszych scen.

TD: Spektakl składa się z dwóch części, rola też: przed i po śmierci. Czy granie osoby nieżyjącej to dla aktora odpoczynek?

MK: Nie jest to odpoczynek, gdyż nadal biorę udział w procesie, nic tu jednak nie gram. Moim zadaniem jest po prostu mieć jak najbardziej luźne ciało, żeby można było przeprowadzić czynności pośmiertne. Staram się powstrzymać różne odruchy, ale jestem na nie gotowy, w końcu jestem tylko człowiekiem. Moje ciało służy więc dalej temu performansowi.

fot. Magda Hueckel

TD: No właśnie: dla pana to spektakl czy performans?

MK: Od początku założenie było takie, że będziemy sobie po prostu pracować, działać, na nic się w gruncie rzeczy nie umawiając. Potem to oczywiście częściowo wzięło w łeb ze względów technicznych, bo gdyby wszystko robić  zgodnie z konwencją wydarzania się, zmiany pomiędzy scenami, gdy rzeczywiście musiano by mnie na przykład rozebrać i ubrać, trwałyby w nieskończoność. Gdy pracowaliśmy we foyer teatru, w bliskim kontakcie z potencjalnym widzem, takie rozwiązanie performatywne robiło duże wrażenie. Wejście na scenę jednak zweryfikowało ten kierunek negatywnie. Okazało się, że ta ciągłość przestała być atrakcyjna, nie byliśmy bowiem w stanie utrzymać  na dłuższą metę tej zapewniającej maksymalną uwagę esencji cierpienia. Upływ czasu został więc przysłonięty filmami, w rezultacie spektakl posuwa się do przodu, ja zaś szybciej przechodzę do kolejnego etapu swojej scenicznej drogi.

TD: Podsumowując, czego pana nauczyła tak wnikliwa i drobiazgowa praca nad umieraniem… właśnie – kogo? Papieża czy człowieka?

MK: Na pewno ta rola zmieniła mój osobisty stosunek do śmierci. Doświadczenie to znacznie przybliżyło mi ten temat. Nasza cywilizacja stara się za wszelką cenę śmierć od siebie odsunąć, nie chcemy jej oglądać, w niej uczestniczyć, umieszczamy najczęściej dziadka w szpitalu, żeby sobie tam w spokoju umarł, daleko od nas. Wychowałem się w dużym mieście, we Wrocławiu, byłem więc naprawdę daleko od śmierci. Moja babcia umarła wprawdzie w domu, ale w nocy, nic więc nie widziałem, ale też i nie byłem z nią konfrontowany, gdy była chora. Mimo że odchodziła w domu, nie chcąc pójść do szpitala. Pamiętam tylko jak przez mgłę, że pewnego dnia jacyś ludzie wynieśli ją na noszach, miałem wtedy cztery czy pięć lat. Później, w wielu  momentach mojego życia się z tą śmiercią konfrontowałem, mniej lub bardziej świadomie; czy to w odniesieniu do doświadczeń prywatnych czy na przykład literatury. W czasie tej pracy zacząłem myśleć o relacjach, jakie panują w mojej rodzinie, analizować, jak się ze sobą żegnamy, zwłaszcza że ostatnio temat śmierci znowu do nas powrócił. Mając lat czterdzieści pięć, zacząłem też myśleć,  że za chwilę być może będę się z tym musiał mierzyć osobiście, kimś opiekować w taki sposób, w jaki opiekuje się mną Mariusz, grający Massimiliano, a jeszcze chwila i możliwe, że to mną będzie się trzeba zająć w taki sposób. To z kolei wywołało pytania, czy ja bym chciał tak męczyć siebie i innych, czy chciałbym żyć za wszelką cenę. Jakie emocje będą towarzyszyły prawdziwym zdarzeniom tego typu w moim życiu, bo na razie jest to stricte, jak w większości ról, które tu w teatrze gram, artystyczne wyobrażenie takich doświadczeń.

TD: Jaki jest odbiór spektaklu, jak przyjęli go najbliżsi?

MK: Przedstawienie już widziała moja żona oraz dwóch moich przyjaciół. Wizyta Ani to zawsze dla mnie najtrudniejsza weryfikacja. Byłem pewien, że będzie się musiała do tego wszystkiego zdystansować, inaczej mogłoby to być dla niej mocnym przeżyciem. Po spektaklu długo o nim rozmawialiśmy, ale teraz, gdy osiągnął on etap codziennej eksploatacji, do niego nie wracamy. Przyjaciele wyszli z teatru z mieszanymi odczuciami, natomiast rodzice jeszcze nie widzieli, tato ostatnio trochę nie domaga, nie chcemy więc w czasie pandemii nadmiernie ryzykować. Są zadowoleni, bo czytają recenzje i gratulują.

TD: A odbiór publiczności? Czy ma pan w ogóle przestrzeń dla publiczności w tej roli?

MK: Jestem na scenie na tyle pochłonięty procesem, że – szczerze mówiąc – nie ma tam na to miejsca. Najbardziej bałem się tego, że po filmie, w którym Rita mówi, że papież jest dla niej papieżem, gra Barkę i próbuje ją potem śpiewać, za każdym razem wzbudzając na widowni śmiech, rozbawiona publiczność obejrzy inny spektakl. Gdy rozpocznie się całe to moje odchodzenie, dalej będzie się śmiać, bo pomyśli, że skoro zaczęło się śmiesznie, to znaczy, że ma być śmiesznie. Oznaczałoby to też brak akceptacji formy, którą zaproponowaliśmy.

TD: Wczoraj jakiś mężczyzna roześmiał się w dość niefortunnym momencie i od razu wzbudziło to reakcję starszej pani w rzędzie za mną, która od razu głośno wyraziła swoje oburzenie: bardzo śmieszne, naprawdę bardzo śmieszne!

MK: Kompletnie tego wydarzenia nie zarejestrowałem, ale wie pan, specyfika mojej pracy w tym spektaklu sprawia, że moja fizyczność całkowicie mnie tu wygłusza na to, co zewnętrzne. Oddech, kaszel, skupianie się na tym, żeby nie wyjść z tego mojego stanu. Nie ma w przedstawieniu oklasków, więc nie mamy możliwości zobaczyć, jakie wrażenie na widzach zrobił spektakl.

TD: Czy to nie jest zatem taka samotna podróż w nieznane? Koledzy nie mają dostępu do tego procesu, reakcje publiczności nie dochodzą…

MK: Nie, ja się w tym w ogóle nie czuję samotnie, wprost przeciwnie – czuję, że się mną bardzo dobrze zaopiekowano. Gdy przenieśliśmy się na scenę, pewne wypracowane rzeczy trzeba było zmienić, gdyż przestały działać. Staraliśmy się jednak przede wszystkim ocalić nasze relacje manifestujące się w mikrodziałaniach, które zbudowaliśmy na próbach. Mam tu na myśli gesty takie jak dłuższe przytrzymanie ręki czy serdeczny uścisk. Walczyliśmy o nie, bo dawały nam poczucie wspólnoty, przekonanie, że jesteśmy razem. Tym bardziej, że przecież mniej lub bardziej zamierzonym celem spektaklu było właśnie zbudowanie samotności Wojtyły w tym jego odchodzeniu, drobne więc gesty empatii czy wsparcia ze strony towarzyszy kontrastowały z faktem, że odchodził sam, bo w gruncie rzeczy ile by nam osób w życiu nie towarzyszyło, rodzimy się i umieramy w samotności. Z tym odbiorem spektaklu jest różnie. Osoby, które w finale wychodzą na scenę, czasem coś powiedzą, czasem zrobią sobie zdjęcie, a czasem nawet zrobią mikroperformans. Była na przykład taka para młodych ludzi, która uklękła i powiedziała na głos: dziękujemy ci, Janie Pawle II, za pedofilię, Bóg zapłać. Są ludzie, którzy przychodzą i ocierają łzy, są tacy, którzy klękają i rzeczywiście się żegnają, na co ja nie mogę patrzeć, bo mnie to w jakiś sposób przeraża. Ktoś na poważnie klęczy przede mną, wykonując znak krzyża, zdarzyło się to dwa razy i było to dziwne, bardzo dziwne przeżycie. Jestem w ogóle umówiony z reżyserem, że moje działanie się wtedy kończy, przestaję grać, mam otwarte oczy. Charakteryzacja mi pozwala,  oglądam więc sobie widzów, słucham ich, a nawet mogę ustawić się im oczami do zdjęcia.

TD: A czy jacyś księża bądź przedstawiciele duchowieństwa byli na spektaklu?

MK: Nie wiem, ale chcę podkreślić, że w nikogo nie chcemy naszym spektaklem uderzyć, więc naprawdę nie jest ważne, kim są nasi widzowie. Ważne, że są.

TD: Myślę, że uderzacie we wszystkich, bo spektakl jest o śmierci, a każdy przecież kiedyś umrze. Dziękuję bardzo za rozmowę.

MK: I ja dziękuję. Zapraszam też do Teatru Polskiego w Poznaniu, czekamy na Państwa. 

PS. Rozmowa została przeprowadzona 11 lutego 2022 roku w Teatrze Polskim w Poznaniu.

fot. Magda Hueckel

Tytuł oryginalny

W laboratorium umierania – rozmowa z aktorem Michałem Kaletą

Źródło:

domagalasiekultury.pl
Link do źródła

Wątki tematyczne