„Urząd Przyjemności” w reż. Yulii Shevchuk i Ramana Shytsko z Fundacji Wolny Teatr Białoruski w ramach programu OFF Polska. Pisze Lesia-Stefania Michalevic.
Na widowni wyłapuję wzrokiem znajomą, której nie widziałam od pół roku. Radość niespodziewanego spotkania znika po pytaniu „jak leci”: rozmawiamy o zawieszeniu przez Polskę procedury rozpatrywania wniosków o ochronę uzupełniającą.
Z przerażeniem wracają do mnie wspomnienia dni spędzonych na Taborowej 33 w Warszawie. Punkt ósma rano otwierają się drzwi do budynku, zaczyna się walka o numerek, ramię w ramię z innymi zmęczonymi, zmarzniętymi ludźmi. Później, siedząc godzinami w kolejce, dowiaduję się, że ktoś nocował w samochodzie. Ktoś inny – na ławce obok, żeby mieć pewność, że będzie pierwszy.
Zadaję sobie pytanie, czy ze znajomą rozmawiamy o dokumentach z powodu charakteru spektaklu, na który przyszłyśmy i dochodzę do wniosku, że nie. Po prostu to najważniejszy, a czasem wręcz wyznaczający los na emigracji temat: być albo nie być. Mam czasem wrażenie, że przestrzeń rozmów o dyktaturze przesunęła się u nas w stronę rozmów o procedurze. Choć przecież dyktatura nie zniknęła.
Urząd Przyjemności to kolejna sztuka Wolnego Teatru Białoruskiego, który przez ponad piętnaście lat funkcjonował w podziemiu, wewnątrz reżimu Aleksandra Łukaszenki. Spektakle zespołu zawsze miały wyraźny, polityczny wydźwięk: poruszały tematykę kary śmierci, wciąż stosowanej w Białorusi, mówiły o represjach i dyskryminacji osób o nieheteronormatywnej tożsamości. Po wymuszonej emigracji teatr poszerzył pole – pojawiły się tematy uchodźstwa, początku pełnoskalowej wojny w Ukrainie, niszczenia dziedzictwa narodowego. Teraz centrum uwagi staje się doświadczenie zderzenia z systemem biurokratycznym.
Spektakl rozgrywa się w przestrzeni warszawskiego skłotu Syrena. Sam pomysł wykorzystania tego miejsca staje się znaczący – podkreśla napięcie polityczno-kulturowe. Podwórko z trzech stron otoczone jest murami starej kamienicy. Gęste graffiti, wielkoformatowe muralowe twarze i roślinność przebijająca się przez beton tworzą naturalną scenografię. Akcja toczy się przede wszystkim na poziomie widowni; schody, które również stają się elementem gry scenicznej, prowadzą piętro wyżej – właśnie tam pojawia się Pavel Haradnitski w roli Japończyka. I dokonuje harakiri. Język japoński, grupa ninja otaczająca jego ciało z wywiniętymi na zewnątrz organami – wszystko to dezorientuje. Wojownicy działają technicznie, bez emocji, jakby wykonywali procedurę. Zamiast znajomego polskiego kontekstu oraz zapowiedzianych białoruskiego, ukraińskiego, polskiego i angielskiego języków pojawia się coś odległego, a jednocześnie uniwersalnie czytelnego. Świat spektaklu od pierwszej minuty jest szerszy niż konkretne państwo. Z Japończyka pozostaje tylko głowa – resztka sprawczości odciętej od ciała.
Reżyserują Yulia Shauchuk i Raman Shytsko. Raman jest także autorem tekstu i – co okaże się ważne później – wciela się w postać urzędnika, Antychrysta Macieja. Apokaliptyczny nastrój wykreowany dźwiękami i obrazami natychmiast zostaje przełamany atmosferą zwykłego dnia pracy: tą samą, którą zna każdy, kto choć raz stał w kolejce w urzędzie. Te gwałtowne przeskoki między mitem a codziennością utrzymują rytm całego przedstawienia. Warunki tej codzienności są znajome wszystkim, którzy kiedykolwiek składali dokumenty lub o nie walczyli: w kolejce obok Ewy pojawia się także Polak, co pokazuje, że system nie wybiera sobie ofiar. Ewa, Białorusinka (w tej roli Stanislava Shablinskaya), musi złożyć nowy komplet dokumentów, bo jej obecne wygasają, ale nie jest w stanie nawet dotrzeć do okienka. Urzędnik radzi jej przyjść o świcie, w „najpiękniejszym ubraniu”, tak jakby uzyskanie prawa do życia w Polsce miało być jej świętem. Można dopuścić, że jest to propozycja nacechowana seksualnie – ta myśl przyjdzie do mnie dopiero kilka dni po spektaklu. W pierwszej chwili brzmi to jednak jak coś całkowicie zgodnego z zasadami, którymi naprawdę trzeba się kierować: przyjść w dobrym nastroju, być gotową na zniecierpliwienie i pozorną obojętność, wyglądać schludnie, dobrze, ale nigdy zbyt bogato. Uśmiechać się, gdy czujesz, że druga strona tego oczekuje i nie przesadzać z pogodą ducha, jeśli urzędnik wygląda na przepracowanego.
System bywa absurdalny, lecz pozostaje przerażająco konsekwentny w logice władzy: musisz się przed nim ukorzyć, zanim jeszcze cokolwiek powiesz. Autoprezentacja zaczyna się od pierwszego kroku: próby mówienia bez akcentu do ochrony przy wejściu, ustawienia się tak, by znaleźć się w polu widzenia pracownika. Jeden dzień oczekiwania przechodzi w drugi, trzeci, czwarty – aż ktoś cię zapamięta i okaże łaskę.
Rolę gabinetu urzędnika pełni tu inspekt ogrodowy. Dostęp do niego rzeczywiście odczuwa się jak przywilej. Przestrzeń kontrolowanego wzrostu, gdzie życie istnieje tylko w dozwolonych parametrach. Przezroczystość nie oznacza bliskości – to przezroczystość nadzoru. Ten obraz przywodzi na myśl Kantorowską pułapkę z Umarłej klasy: miejsce pozornie otwarte, w którym człowiek zamienia się w obiekt ustawienia i oceny.
Wśród intensywnych obrazów szczególnie zostaje mi w pamięci scena z żoną Macieja, Martą (Valentina Sizonenko). Przychodzi do jego pracy z niemowlętami-skinami – zdeformowanymi lalkami o poczwarnych cechach. Te „dzieci” wyglądają tak, jakby zostały ukształtowane bardziej przez chłodne reguły świata, niż przez opiekę. Zamiast wózka pojawia się metalowa, zimna etażerka, zamiast daszka nad nią – kolczasty drut, zamiast zabawek są małe czaszki. „Dzieci przyszłości” od razu trafiają tu na swoje miejsca, zgodnie z logiką przestrzeni, która je otacza.
W pewnym momencie scena wybucha transmisją wiadomości: syczące głoski, przesadzone polskie imiona i nazwy miejscowości, komentarze balansujące na granicy kpiny. Jest mi od tego nieprzyjemnie – pamięć językowych upokorzeń jest zbyt świeża. Ale tutaj obowiązują inne reguły. Przypominam sobie o teorii ugruntowanej, najczęściej łączonej z teorią feministyczną, choć ujawnia ona mechanizmy władzy w ogóle. Według twierdzenia amerykańskiej filozofki Sandry Harding „społeczna pozycja osób uciskanych daje pełniejszy obraz relacji władzy niż punkt widzenia osób uprzywilejowanych”1. Śmiech skierowany ku temu, co znajduje się w centrum, nie jest więc szyderstwem, lecz ujawnieniem asymetrii. A także czymś na kształt wyzwolenia: przyznaniem na głos, że polski pozostaje tu językiem władzy.
Publiczność wybucha śmiechem, gdy okazuje się, że serwis informacyjny dotyczy dzika Zdzisława, proroka. Dzik jako symbol natury, kultury i polskich memów popełnia samobójstwo. Archetyp siły nie wytrzymuje ciężaru systemu. Wybierając śmierć, wykonuje ostatni akt wolności. Skoro nawet symbol nie potrafi żyć w warunkach procedur, to może apokalipsa już przyszła, tylko zdążyliśmy się do niej przyzwyczaić? Maciej przeżywa rozpad wewnętrzny, co ujawnia się cieleśnie. Relacja z seks-pracownicą (w podwójnej roli żony i kochanki już wspomniana Valentina Sizonenko) balansuje między satyrą a horrorem. Czarny, groteskowo długi członek, utrata kontroli, orgazm pozbawiony jakiejkolwiek erotyki, wywołujący obrzydzenie – ciało traci godność, kiedy staje się narzędziem. Gdy kobieta mówi, że jest Tatarką i pochodzi z miasta na terytorium Rosji, Maciej radzi jej mówić, że z Białorusi. W tej jednej scenie odsłania się logika całego systemu: pochodzenie ma ogromne znaczenie, ale tylko wtedy, gdy jest „właściwe”. Wszystko inne można ułożyć wedle potrzeby. Informacje o tatarskiej tożsamości, o historii kolonizowanych terenów – to dla systemu nadmiar szczegółów, które nie mają żadnej wartości. Tożsamość narodowa nie jest tutaj czymś nienaruszalnym: można ją przekładać, skracać, podmieniać, traktować propozycję Macieja jako „pożyteczną radę”. Nie liczy się to, kim jesteś naprawdę, lecz czy da się z ciebie zrobić kategorię, którą system potrafi obsłużyć. Cała reszta okazuje się zbyt złożona, więc znika.
Pogrzeb dzika w rytmie rocka zamyka ten świat groteskową klamrą. Na pożegnanie postaci z polskiego imaginarium, które nie nadąża za światem, przychodzą inne zwierzęta. Nadchodzi czas na skinów, którzy, w logice widowiska, przejmują władzę.
Do urzędu wraca Ewa – w najpiękniejszym stroju, uśmiechnięta, z błyszczącą torebką, czyli tak, jak jej kazano. Maciej traktuje to jak randkę, ale kamera zamontowana w inspekcie-gabinecie odbiera temu intymność. W dokumentach urzędnik znajduje błąd, ale wzrusza go, że kobieta mimo to przyszła. Tak działa władza: nagradza cię nie za dokładność, ale za uległość. Spektakl przypomina o czymś, co czuje każdy, kto funkcjonuje w biurokratycznym systemie: widzialność istnieje tylko wtedy, gdy spełniasz oczekiwania.
Jeden z założycieli Wolnego Teatru Białoruskiego, Nikołaj Khalezin, powiedział w wywiadzie dotyczącym spektaklu, że polski i białoruski teatr mają o czym rozmawiać. Urząd przyjemności faktycznie otwiera dla tego przestrzeń, ale w moim odczuciu jest także sprawdzeniem, czy polski widz potrafi zobaczyć migranta niekoniecznie wdzięcznego, niekoniecznie cichego, niekoniecznie pięknego i romantycznie pokornego.
Po spektaklu stoję w przejściu podziemnym i prawie krzyczę w wiadomości głosowej do kolegi: „Wygonią nas z tego kraju, to było coś na granicy podżegania do konfliktu międzynarodowego, musisz to zobaczyć. Robią dodatkowy pokaz, bierz bilety”. Biletów już nie było. Tak jak na poprzednie pięć spektakli – rozeszły się przed premierą. To dla mnie potwierdzenie, że ten temat nie tylko trafia w potrzebę – on ją otwiera. I chyba po raz pierwszy pomyślałam, że spojrzenie na sytuację może wyglądać właśnie tak: bez nawoływania o współczucie, z pełnym uznaniem, że możemy pozwolić sobie pomyśleć: może system nie wytrzymuje nie nas – tylko samego siebie.
Urząd Przyjemności
Reżyseria: Yulia Shevchuk i Raman Shytsko
Obsada:
Maciej (Antychryst) – Raman Shytsko
Marta – Valentina Sizonenko
Eve – Stanislava Shablinskaya
Yamamoto Otsuki, Ojciec Święty, Michał Ogiński, Skin – Pavel Haradnitski
Mikołaj Kopernik – Masha Sazonava
Jerzy Golonowski, Skin – Darya Andrejanava
Muzyk rockowy, Skin – Yulia Shauchuk
1 Sandra Harding, Feminist Standpoint Theory, Internet Encyclopedia of Philosophy, dostęp z dnia 17.11.2025.