Michał Urbaniak był jednym z największych muzyków jazzowych XX wieku.
Michał Urbaniak, a właściwie Michał Edmund Michałowski, zmarł 20 grudnia br. w wieku 82 łat. Był kompozytorem, aranżerem, saksofonistą i skrzypkiem, producentem płyt i odkrywcą talentów oraz liderem licznych zespołów jazzowych. Nagrał dziesiątki albumów, komponował muzykę filmową, m.in. do „Długu".
W muzyce hołdował zasadzie, że jazzu nie należy rozumieć, stawiając na pierwotne instynkty, a więc uczucie, feeling i rytm. Zasłynął jako muzyk zawsze poszukujący nowych brzmień. Skonstruował nawet nowy instrument – „talking violin", łączący brzmienie skrzypiec i ludzkiego głosu. Był jazzmanem wykształconym klasycznie, ale ujawniał temperament w stylach fusion, łącząc jazz z hip-hopem, rockiem, a także formami symfonicznymi, m.in. w projekcie „UrbSymphony".
Urodził się w 1943 r. w Warszawie, dzień przed wybuchem powstania matka wywiozła go do Piotrkowa. Później wysłała go do szkoły muzycznej w Łodzi, gdzie uczył się gry na skrzypcach. Już jako 13-latek koncertował z Filharmonią Łódzką. Jednocześnie zainteresował się jazzem, słuchając w Głosie Ameryki audycji Willisa Conovera, która z założenia była narzędziem dyplomacji kulturowej w czasach zimnej wojny. I choć klasyki uczył się u wybitnego prof. Tadeusza Wrońskiego, to już jazzu – u Zbigniewa Namysłowskiego, łącząc klasyczne koncerty i nocne granie w klubach jazzowych. Również mama podarowała mu pierwszy saksofon, mówiąc potem, że w ten sposób straciła syna, ale dała światu wybitnego muzyka.
W latach 60. był jedną z czołowych postaci polskiego jazzu. W 1962 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych z zespołem The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego. Po powrocie związał się z grupą Krzysztofa Komedy. W 1970 r. wystąpił na Jazz Jamboree z własnym kwartetem i wokalistką Urszulą Dudziak, która prywatnie została jego żoną na wiele lat. W następnym roku zdobył Grand Prix na Festiwalu Jazzowym w Montreaux. W 1973 r. wyjechał na stałe za ocean, gdzie podpisał kontrakt z wytwórnią Columbia. W Ameryce szybko zyskał renomę muzycznego eksperymentatora i osiadł w Nowym Jorku, mieście, które – jak mówił – jest jedynym domem dla jazzmana. Stając się Nowojorczykiem, został reprezentantem amerykańskiej kultury muzycznej. Do Polski wrócił po raz pierwszy dopiero w 1986 r. i od tego czasu coraz częściej koncertował w kraju, nawiązywał współpracę, nagrywał płyty. Po latach przyznał, że choć jest wyznawcą teorii, iż jazz ma czarne i amerykańskie źródła, postanowił dorzucić do nich polskie tropy, np. na płycie „ Atma" (1974), która przeszła do historii muzyki jako oryginalna fuzja nowoczesnego, elektronicznego jazzu oraz tradycyjnego polskiego folkloru.
W 2019 r. Muzeum Powstania Warszawskiego w ramach obchodów 75. rocznicy jego wybuchu wydało płytę Urbaniaka „For Warsaw with Love". Kiedy w latach 70. musiał ograniczyć alkoholowe ekscesy, zachorował na serce, co zmusiło go także do ograniczenia grania na saksofonie. Wtedy powrócił do skrzypiec, choć – jak zawsze twierdził – nie lubił ich brzemienia w jazzie. Na scenie lub w studiu nagraniowym pojawiał się obok sław, takich jak Herbie Hancock, Quincy Jones czy Kenny Garrett. I rzecz jasna Milesa Davisa, współpracując przy jego słynnej płycie „Tutu" (1986). Z genialnym trębaczem udało mu się zagrać koncerty na Broadwayu, później wcielił się w rolę interpretatora jego kompozycji na płycie „Miles of Blue" (2009). Rozpoznawał i doceniał wpływy jazzu w bluesie, rocku, reggae czy hip-hopie, a także w twórczości Bacha, którego kompozycje przypominały mu improwizacje jazzowe. „Dla mnie Bach był jednym z pierwszych jazzmanów" – przekonywał.
W ostatnich czasach narzekał jednak, że nawet w jazzie pojawiło się wielu imitatorów. Zwracał uwagę, że nowa generacja muzyków uczy się coraz lepiej grać, ale niestety raczej kopiuje i mało tworzy na żywo. Muzyka bowiem – a jazz w szczególności – była (jak wszystko w jego życiu) traktowana z przesadą i obsesją. Ale nie tylko, bo gdy się budził, pierwszą rzeczą, po którą sięgał, był nieodłączny szalik. „Noszę je nawet do piżamy" – zapewniał. Miał ich podobno ok. 200.