„TrueMoms Show” wg konceptu Małgorzaty Coello Czajowskiej i Marty Mietelskiej-Topór w Teatrze KTO. Pisze Piotr Gaszczyński w Teatrze dla Wszystkich.
„TrueMoms Show” w Teatrze KTO to muzyczno-taneczna podróż przez dzień z życia współczesnej matki — wielozadaniowej istoty, będącej pod ciągłą presją i nieustanną obserwacją. Nikt tak jak ona nie musi walczyć na tylu frontach jednocześnie.
Bycie mamą w trzeciej dekadzie XXI wieku to sport ekstremalny. Nie dość, że oczekuje się od niej śledzenia najnowszych parentingowych trendów w wychowaniu, odżywianiu, ubieraniu, edukowaniu, spaniu, spacerowaniu, sprzątaniu, dokarmianiu, rozszerzaniu, zawężaniu, obserwowaniu i zapobieganiu, to jednocześnie oczywiste jest, że będzie to wszystko łączyć z rozwojem zawodowym i osobistym oraz szukaniem siebie w czasie popołudniowej relaksacji.
Tak skrzywiony i mający niewiele wspólnego z rzeczywistością obraz mamy idealnej stawia na głowie to, czym realnie jest macierzyństwo. I na głowie (choć nie tylko) stają z tego powodu Małgorzata Coello Czajowska oraz Marta Mietelska-Topór. Dwie tancerki, za pomocą prostych, a jednocześnie pomysłowych środków, wspólnie z widzami przedzierają się przez kolejne fazy dnia spędzanego z dzieckiem.
Mamy zatem zabawną scenę stopniowego zawężania osobistej przestrzeni przez nadciągające z każdej strony zabawki (każdy, kto ma lub miał małe dziecko, wie, że zabawki rozmnażają się samoistnie przez pączkowanie, co jest jedną z największych zagadek wszechświata). Dla przeciwwagi ta sama przestrzeń, przy zgaszonym świetle, staje się bezpiecznym azylem, w którym dziecko i matka wtulają się w siebie nawzajem. Scena snu to najważniejszy moment spektaklu, pokazujący dwoistość uczuć występujących u każdego rodzica, zwłaszcza młodego: niby chciałoby się delikatnie odłożyć malucha i iść odpocząć, ale gdy ten na to nie pozwala, demonstrując całym sobą swoje przywiązanie i bezgraniczne zaufanie, sfrustrowani i zmęczeni otrzymujemy nagle emocjonalnego kopa, którego nie da się z niczym porównać.
Takich dwoistości jest w spektaklu wiele. Trzeba w jednej chwili zrzucić koszulę poplamioną płynącym z piersi mlekiem i założyć strój superbohatera, jakim dla milionów dzieciaków jest Messi? Nie ma sprawy — da się zrobić. Społeczeństwo pełne „życzliwych”, symbolizowane przez wiszące nad sceną monstrualnie wielkie tetrowe pieluchy, czeka z niecierpliwością na każde potknięcie młodej matki. Nikt nie zauważa, ile godzin dziennie argentyński geniusz spędza na treningach. Z kolei o popełnionym błędzie rozpisują się wszyscy. Matka jak Messi — ciągle w świetle jupiterów.
Dalej — rozszczepienie osobowości jako stan poporodowy. Przejmujące słowa, które padają ze sceny, mówiące o obcości wobec swojego zmienionego ciała, pragnieniu powrotu do własnego „ja”, odzyskaniu pierwotnego stanu rzeczywistości, uświadamiają widzom, jak złożonym psychicznie i fizycznie procesem jest fakt urodzenia dziecka. I znowu, dla przeciwwagi, pojawia się zabawna, słodko-gorzka pieśń Matek Polek nieustannie piorących, wykonana przez aktorki wraz z wskakującą znienacka na scenę, rapującą Marią Cecylią Niemojewską.
Choć można byłoby przyczepić się do kilku dramaturgicznych niedociągnięć, są one na tyle małe, że „TrueMoms Show” jako całość ogląda się dobrze. Zabrakło może większego akcentu położonego na ciemniejsze strony macierzyństwa, jak chociażby depresja poporodowa czy baby blues. Rozumiem jednak, że nie taka była koncepcja. Oczekuję zatem części drugiej — mrocznej, o zdecydowanie większym potencjale dramatycznym. Co oczywiste, najbardziej przekonujące partie spektaklu to te taneczne, w których bohaterki czują się najlepiej.
Truman w zakończeniu kultowego filmu odzyskał życie, zostawiając fikcję za sobą. TrueMoms, powołując życie, rzucają wyzwanie rzeczywistości. Peter Weir nie mógł mieć pojęcia w 1998 roku, jak blisko będziemy dziś sytuacji, w której egzystował jego bohater. Prawie 30 lat później każda mama jest jak Jim Carrey, którego osaczają zewsząd niezliczone pary oczu. Tym bardziej chwała im za każdy dzień, w którym na nowo ubierają strój superbohaterki.