„Pokolenie Y” w reż. i wyk. Marcina Januszkiewicza z Teatru Rampa w Warszawie, pokaz w Teatrze im. Mickiewicza w Częstochowie. Pisze Sylwia Bielecka w cgk.czestochowa.pl.
To jest ten rodzaj projektu, na który wybierasz się z lekkim sceptycyzmem, bo już masz trochę dość kolejnych koncertów łączących pokolenia. Wychodzisz jednak stamtąd z poczuciem, że ktoś właśnie całkiem sprytnie opowiedział o tobie, niezależnie od daty twojego urodzenia.
W takim nastroju właśnie publiczność opuszczała Teatr im. Adama Mickiewicza 18 stycznia. Raczej uśmiechnięta, choć zapewne większość refleksyjnie.
Bo umówmy się, spotkanie Jacka Cygana (rocznik, który pamięta czasy, gdy kasetę magnetofonową uznawano za technologię przyszłości) z Marcinem Januszkiewiczem (dzieckiem Spotify i egzystencjalnych pytań o sens pracy, a już zwłaszcza tej etatowej) mogło skończyć się przewidywalnym wydarzeniem. Na szczęście skończyło się czymś ciekawszym - rozmową. I to taką bez mentorsko uniesionego palca i bez przewracania oczami (tych młodszych).
Januszkiewicz (rocznik 1987) od lat konsekwentnie udowadnia, że nie ma zamiaru spędzać życia w jednej artystycznej szufladzie (a już na pewno nie tej z napisem „aktor musicalowy, śpiewa ładnie”). Wymyka się wszelkim kategoriom, co udowodnił projektami „Osiecka po męsku” czy „Perfect Lady Pank” oraz autorskimi kompozycjami zawartymi na EP „Wolny Spokój”. Tym razem wziął na warsztat piosenki Cygana (rocznik 1950) i przepuścił je przez filtr własnego doświadczenia. Przez niepokój, ironię, czułość i różne milenialsowe pytania.
Doskonale znane teksty Cygana w wykonaniu zaledwie (prawie) czterdziestolatka zabrzmiały świeżo. „Czas nas uczy pogody”, „Pokolenie”, „Wszystko ma swój czas”, „C’est la vie - Paryż z pocztówki” i „Wypijmy za błędy” nagle przestały być piosenkami z radia w Skodzie rodziców. Okazało się, że są świetnym komentarzem do świata, tego tu i teraz, z jego tymczasowością, zaburzonymi relacjami, gdzie upragniona stabilizacja podejrzanie przypomina stagnację.
Ogromną rolę gra tu warstwa wizualna Oli Knedler (poznaliśmy już jej możliwości w projekcjach zrealizowanych dwa lata temu dla „Uroku likwidacji” w reżyserii Agaty Biziuk). Momentami senna, momentami jakby Salvador Dalí dostał zaawansowanego smartfona i konto na Instagramie. Deklarowany cel, czyli poCZUCIE utworów Jacka Cygana na nowo – nie tylko za pomocą słuchu, ale także wzroku, doświadczenie przedstawianej historii na różne sposoby został zrealizowany.
Muzycznie to miks nowoczesnych brzmień, elektroniki i klasycznej piosenki literackiej. Nie jest to więc - z całym szacunkiem - ani muzeum polskiego popu, ani wpisująca się w trendy pusta efektowność. Klasyczne teksty, odważne aranżacje prowokują do rozmyślań o tym, co po sobie zostawi pokolenie Y. To projekt dla tych, którzy lubią myśleć na koncercie. I dla tych, którzy po wyjściu z teatru łapią się na tym, że nucą stare piosenki, ale z nowym sensem.