Był lipiec 1989 roku. Tytułowe operowe niebo otworzyło się nad małym Vaison la Romaine na południu Francji, gdzie reżyser Pierre-Jean de San Bartholome prowadził próby generalne do premiery „I Capuleti e i Montecchi” Vincenzo Belliniego.
W inscenizacji brały udział orkiestra i chór Opery Krakowskiej a ja przy tej realizacji pełniłem funkcję assistant interprète du metteur en scène auprès des choeurs, czyli asystenta-tłumacza francuskiego reżysera w jego współpracy z polskim chórem. (Po latach wypada mi tutaj przeprosić polskich artystów, bo poziom mojego francuskiego nie był wystarczająco wysoki i nie pomagałem im na tyle, ile zasługiwali; ratowało mnie przygotowanie reżyserskie i intuicyjne podążanie za intencjami reżysera…). To było doświadczenie teatralnego piękna, które pozostało mi w sercu na całe życie – byłem wtedy w operowym niebie.
Zawdzięczam to wzniosłe doświadczenie dyrektorowi warszawskiego Ateneum i prezesowi polskiego oddziału Międzynarodowego Instytutu Teatralnego (ITI) – Januszowi Warmińskiemu. Najpierw, w roku 1984, dyrektor Warmiński wydelegował dwóch świeżo upieczonych reżyserów – Edwarda Wojtaszka i mnie – do Nancy na staż artystyczny dla młodych artystów teatralnych z całego świata, w ramach Centre Universitaire International de Formation et de Recherche Dramatiques, w czasie gdy miał tam miejsce Festiwal Teatru Narodów. To tam nawiązałem kontakty i przyjaźnie, które zaowocowały właśnie późniejszą asystenturą przy realizacji opery Belliniego.
Była to produkcja francusko-polska. Pierwsze próby opery miały miejsce w Krakowie w czerwcu 1989 roku – reżyser Pierre-Jean de San Bartholome w sali prób przy ulicy Lubicz układał z krakowskim chórem w zamarkowanej przestrzeni sceny zbiorowe. Był dla krakowskich artystów niezwykle serdeczny i pełen szacunku. Nad chórem czuwała pani Ewa Bator. Po kilkudniowych próbach w Krakowie udaliśmy się wszyscy (chór i orkiestra Opery Krakowskiej) do Francji na próby z solistami i na festiwalową premierę, do położonego w regionie Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże miasteczka Vaison-la-Romaine. Dobrze zachowany rzymski amfiteatr położony na obrzeżach małego francuskiego miasteczka, miejsce premiery, sam w sobie robił urzekające wrażenie – skapane w słońcu kamienie rzymskiej architektury teatralnej, spowite zapachem lawendy porastającej tu całą okolicę, gorące lipcowe powietrze nabrzmiałe graniem niezliczonej ilości cykad… Całą tę zniewalającą zmysłowość rozedrganego lawendowego powietrza tylko Bruno Schultz potrafiłby opisać.
Premiera „Romeo et Juliette (I Capuleti e I Montecchi)” była przygotowywana w ramach 37. Festiwalu de Vaison-la-Romaine, którego dyrektorem artystycznym był również reżyser spektaklu. Orkiestrę krakowskiej opery prowadził Arturo Tamayo. Na afiszu jako godzina rozpoczęcia spektaklu figurowała 21.45, ale ze względu na natarczywie grające cały dzień cykady premierę można było rozpocząć dopiero około godziny 22 – kiedy milkły po pracowitym dniu. Było w tym coś z magii – cała ta niezliczona zgraja boskich muzykantów milkła nagle „jak nożem uciął”, na jakiś wspólny znak i oddawała pole muzykom, solistom i chórowi („Teraz wasza kolej grać i śpiewać na chwałę Vincenzo Belliniego i całego zespołu pod wodzą reżysera Pierre-Jean de San Bartholome”). Gdy maestro Tamayo – kiedy w rozgrzanym powietrzu nastąpiła nagła cisza – dawał znak do rozpoczęcia uwertury, w rzymskim amfiteatrze nastawał porządek bogów i muzyki. Przez dwie godziny razem z premierową widownią (15 i 17 czerwca 1989 r.), zasiadając na rozgrzanych wiekowych kamiennych ławach, wciągając w nozdrza aromat lawendy, którą niósł dający ulgę powiew wieczornego chłodu, nasze dusze unosiły się ponad nami. Bel canto, aromat powietrza, zapisane w muzyce wielkie emocje, piękno kostiumów i dekoracji taktownie wpisujących się w zabytkową kamienną architekturę – wszystko to spowodowało, że razem z licznie zgromadzoną widownią znalazłem się w operowym niebie…
Kiedy trzy lata później na scenie Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze reżyserowałem „Romea i Julię” (prem. 8 marca 1992 r.) nie mogło w spektaklu zabraknąć boskiego wspomnienia spotkania z muzyką Belliniego w Vaison-la-Romaine. Do spektaklu została zaproszona zielonogórska artystka – pani Jolanta Sipowicz, sopran – absolwentka Wyższej Akademii Muzycznej im. K. Kurpińskiego we Wrocławiu, Wydziału Wokalno-Aktorskiego w klasie śpiewu solowego prof. Barbary Ewy Werner, która wplatała w akcję tragedii arie z „I Capuletti e I Montecchi” nadając zdarzeniom dodatkowy (chciałoby się powiedzieć boski – jak boska jest muzyka tej opery) wymiar. Szczęśliwie się złożyło, że w zielonogórskim zespole artystycznym była Dobrosława Trębacz, posiadająca wykształcenie muzyczne i głos, którym poprowadziła zespół w przejmującej pieśni z II aktu (odsłona druga) opery, kiedy orszak żałobny odprowadza Giuliettę do grobowca Capulettich:
Pace alla tua bell'anima
dopo cotanti affanni!
vivi, se non fra gli uomini,
vivi, o Giulietta, in ciel,
ah! sventurata!
Kiedy w czerwcu o północy graliśmy „Romea…” na dziedzińcu zamku w Łagowie, zapach francuskiej lawendy zastąpił zapach kwitnącego po środku dziedzińca łagowskiego zamku krzewu jaśminu. Ten aromat połączony z bel canto i Shakespeare'em, jak i ten wcześniejszy – lawendowy – okazały się po latach trwale zapamiętaną mieszanką. Niebiańskie wspomnienie z Vaison-la-Romaine i to z Łagowa powróciły znowu przy realizacji „Hamleta” (Teatr Lubuski w Zielonej Górze, prem. 1 czerwca 1996) – w scenie składania do grobu ciała Ofelii. Znowu z pomocą przyszła Dobrosława Trębacz – pod jej przewodnictwem orszak pogrzebowy zaintonował rozdzierającą serce pieśń z opery Belliniego: Pace alla tua bell'anima… (imię Giuletta zastąpiliśmy w tym wypadku imieniem ukochanej Hamleta).
Francuska ścieżka, na którą skierował mnie dyrektor Janusz Warmiński, wiodła z Nancy, przez operowe niebo nad Vaison-la-Romaine, do Paryża – pod szczęśliwą gwiazdę Marcela Prousta i gwiazdę Bernarda-Marie Koltèsa, zaowocowała trzema realizacjami adaptacji teatralnych arcypowieści Prousta („Ach, Combray!...”, 1991, „Ach, ten Marcel!...”, 2007, „Nie chcę matki piękniejszej od mojej”, 2023) oraz prapremierą polską „Roberto Zucco” (1992). Dziękuję, Dyrektorze!