Logo
Magazyn

Reymont nadal aktualny? „Sprawiedliwie” wczoraj i dziś

7.01.2026, 10:24 Wersja do druku

Czy kryzys jednostki może stać się tragedią całej wspólnoty? „Sprawiedliwie” w reżyserii Ewy Platt w Teatrze Nowym w Łodzi, bada mechanizmy społecznej niesprawiedliwości, które nie zmieniły się od czasów Reymonta. W rozmowie z Karoliną Czepkiewicz reżyserka opowiada o pracy nad adaptacją noweli, o łączeniu indywidualnych historii bohaterów z siłą zbiorowości i o tym, dlaczego w teatrze podąża za tym, czego się boi.

fot. mat. teatru

„Sprawiedliwie” w Twojej reżyserii powstało w ramach projektu „Reymont od_nowa” w Teatrze Nowym w Łodzi. Na początek chciałabym zapytać, dlaczego zdecydowałaś się sięgnąć właśnie po tę nowelę Władysława Reymonta?

Ewa Platt: W Reymoncie od początku interesuje mnie jego spojrzenie na mechanizmy rządzące zbiorowością. Fascynuje mnie to, jak powstaje mechanizm kozła ofiarnego, jak społeczność, będąca pozornie jednością, nagle zwraca się przeciw jednostce i wyrządza jej krzywdę. Takim sztandarowym przykładem są oczywiście „Chłopi”. Jednak kiedy szukałam tekstu z myślą o małej scenie i ograniczonym czasie, czułam, że adaptowanie tego utworu na ośmiu aktorów byłoby wbrew mnie i tej powieści. Ten materiał potrzebuje co najmniej pięciu godzin. Jednocześnie, już podczas pracy nad „Śmiercią”, rysem scenicznym realizowanym w pierwszym etapie projektu „Reymont od_nowa”, zaczęłam czytać coraz więcej nowel Reymonta. Okazały się one być takimi „pigułkami” tematów, które mnie interesują: jednostka w sytuacji kryzysowej, jednostka wobec społeczności, jednostka wobec kryzysu całej wspólnoty. Nie chciałam tworzyć kolażu wielu nowel. I wtedy trafiłam na „Sprawiedliwie”. Okazało się, że zawiera wszystko, co odnajdywałam w innych tekstach Reymonta, a tematycznie i sytuacyjnie jest niezwykle bliskie „Chłopom”. Później natrafiłam na źródła mówiące, że „Sprawiedliwie” bywa traktowane jak rodzaj prologu do „Chłopów”. Znajdujemy tam podobne mechanizmy: wspólnota przeciw jednostce i wykluczenie outsidera – tu Jaśka, tam Jagny. To był złoty środek.

A jak wyglądała praca nad adaptacją „Sprawiedliwie”? Wiem, że realizowałyście ją w duecie – jak dzieliłyście między siebie zadania?

Ewa Platt: W swojej praktyce reżyserskiej prawie zawsze zajmuję się też adaptacją i pisaniem scenariuszy, co odpowiada mojemu sposobowi myślenia o spektaklu jako całości.  Adaptację „Sprawiedliwie” przygotowywałam sama, następnie Zuzia Pajowska otrzymała ode mnie tekst i dzieliła się swoim feedbackiem. Przeniosłyśmy potem ten podział pracy na próby. Jeśli chodzi w ogóle o pracę nad adaptacją, staram się do tego podchodzić w miarę „niewinnie” i intuicyjnie. Przy adaptacjach prozy, zwłaszcza Reymonta, nie jest to łatwe – on uwielbia opisy i tworzenie światów, więc oderwanie się od tego albo znalezienie surowego, czystego rdzenia historii wymaga pracy. Starałam się więc jak najbardziej iść intuicyjnie za tym, co działa, co mi się podoba, jednocześnie dbając o linearność i prowadzenie opowieści. Jeśli trzeba było połączyć niektóre wątki lub postaci, starałam się to zrobić tak, żeby całość pozostała spójna i integralna wobec historii.

Reymont opisywał mechanizmy społeczne swojej epoki, które dziś powracają w innych formach — choćby w hejcie czy cancel culture. W jaki sposób te współczesne zjawiska pojawiały się w Twoim procesie adaptacyjnym i w pracy nad spektaklem?

Ewa Platt: Myślę, że chodzi przede wszystkim o usprawiedliwianie własnych, prywatnych kryzysów, także tych najmniejszych. Bardzo często odbywa się to poprzez oskarżanie drugiej osoby i szukanie kozła ofiarnego. To jest mechanizm, który widzę zarówno u Reymonta, jak i dziś – także w moim najbliższym otoczeniu. Zanim zadamy sobie pytanie, co możemy zrobić ze sobą i jak możemy zmienić własne życie, dużo łatwiej jest znaleźć winnego: kogoś, przez kogo „tak wyszło”, kogoś, kto ma lepiej. Rozwiązywanie własnych, prywatnych problemów lokujemy wtedy całkowicie poza sobą. Jakbyśmy nie chcieli się do tego przyznać, jakby zabrakło nam gotowości, żeby spojrzeć w siebie. I to jest dla mnie bardzo charakterystyczne dla tego świata, który obserwuję wokół. W spektaklu każdy z bohaterów, wprost lub pośrednio, mówi, że został potraktowany niesprawiedliwie. Pytanie „dlaczego mnie to spotyka?” bardzo często wracało podczas prób, przy budowaniu postaci i ich wewnętrznych monologów. Ciekawe było obserwowanie, jak bohaterowie przenoszą swoje poczucie niesprawiedliwości na zewnątrz, nawet wtedy, gdy wszystko w nich krzyczy, że tak naprawdę konfrontują się z własnymi problemami.

W spektaklu widać jednocześnie bardzo silne jednostki i równie silną, zwartą zbiorowość. Jak pracowałaś z aktorami, by osiągnąć ten efekt?

Ewa Platt: Reymont z jednej strony pokazuje ludzi w bardzo prostym, fundamentalnym, wręcz instynktownym wymiarze: chcę, pragnę, jestem głodny. A jednocześnie tworzy niezwykle złożone postaci – nawet te epizodyczne. Bardzo zależało mi na tym, żeby widz najpierw zobaczył każdą postać jako jednostkę: z jej indywidualnym problemem, własną historią i przechodzonym procesem. Każdy z bohaterów funkcjonuje osobno, w bardzo różnych doświadczeniach i kryzysach. Jednocześnie łączy ich kilka fundamentalnych rzeczy: samotność, nienasycenie, niespełnienie. I to jest – moim zdaniem – idealna materia do zintegrowania się we wspólnym gniewie. Poczucie niesprawiedliwości staje się tym, co ich spaja i pozwala im połączyć się przeciw komuś. To właśnie ta integracja w gniewie była czymś, co od początku chciałam zbadać. Od dziecka obserwuję, że możemy funkcjonować zupełnie osobno, w samotności, ale kiedy pojawia się złość, gniew czy potrzeba domagania się sprawiedliwości, nagle zaczynamy działać razem. Widzę to bardzo konkretnie tam, skąd pochodzę. Sąsiedzi, którzy na co dzień się nie znoszą  i „wieszają na sobie psy”, w jednej chwili potrafią się zjednoczyć przeciw komuś. To mechanizm, który do dziś mnie przeraża i który uznałam za niezwykle ważny do przepracowania w tym spektaklu.

Czym dla Ciebie jest „sprawiedliwe przedstawienie bohatera”?

Ewa Platt: Dla mnie sprawiedliwie przedstawić postać znaczy pokazać ją z absolutną empatią. Jako reżyserka zawsze „siadam” przy bohaterach i pytam, za czym płaczą w poduszkę. Nawet jeśli są to postaci, które można oceniać moralnie lepiej lub gorzej, ja tego po prostu nie robię. W mojej pracy nie ma takiego momentu, w którym rozstrzygam, czy to, co bohater robi, jest dobre czy złe. Nie wartościuję ich działań – każdemu daję przestrzeń, by mógł powiedzieć, co go boli. To, jak zostanie to później ocenione, zostawiam widzom.

A jaką przestrzeń dajesz aktorowi w budowaniu postaci?

Ewa Platt: Dla mnie aktor jest zawsze punktem wyjścia – to od niego zależy ostateczny kształt postaci. Bardzo dobrze widać to w sytuacjach zastępstw, kiedy nagle wchodzi inny aktor, spektakl automatycznie staje się innym spektaklem. Jednocześnie w swojej pracy bardzo ufam strukturom i logice. Aktor dostaje ode mnie konkretną biografię postaci, ramę dramaturgiczną i tematy, wokół których się poruszamy. Wchodzi w tę strukturę, ale to, jaki kształt ostatecznie przybierze postać i w którą stronę zostanie poprowadzona, zawsze wynika z jego wrażliwości i pomysłu. Moim zadaniem jest pilnować, żeby to wszystko miało sens, logikę i wewnętrzną spójność. Natomiast nigdy – i mówię to z pełnym przekonaniem – nie zdarza mi się mówić aktorowi, „jak” ma zagrać postać. Mogę powiedzieć, co działa albo co jest dla mnie interesujące, ale nigdy: „zrób to tak”. To „co” budujemy razem, ale „jak” zawsze należy do aktora. Bez aktora jestem w zasadzie sparaliżowana – nawet jeśli wiem, czego szukam w postaci, to bez jego odpowiedzi nie mam jak iść dalej. To zawsze jest wymiana.

Z jakimi trudnościami spotkałaś się podczas pracy nad „Sprawiedliwie”?

Ewa Platt: W teatrach instytucjonalnych trudności są zawsze te same, na przykład to, że aktorzy etatowi nie są dostępni na wszystkich próbach. Dla mnie proces jest najważniejszy  – chciałabym, by byli obecni cały czas, a to często niemożliwe: spektakle repertuarowe i ich inne obowiązki to uniemożliwiają. Jeśli chodzi o sam zespół Teatru Nowego w Łodzi – to są aktorzy, którzy bardzo jasno komunikują swoje potrzeby, spierają się, zadają pytania, więc pod tym kątem nie było żadnych trudności. Trudności miały charakter czysto instytucjonalny, nie artystyczny.

W twoich spektaklach pojawiają się tematy trudne. Co sprawia, że to właśnie po nie sięgasz? Dlaczego stają się punktem wyjścia w twojej pracy?

Ewa Platt: Teatr jest dla mnie przestrzenią, w której pracuję nad sytuacjami, których się boję albo których nie potrafię do końca pojąć. A najczęściej jest tak, że jeśli czegoś nie rozumiem, to właśnie zaczynam się tego bać. Nie umiem zajmować się tematami, które mam „przepracowane”. Jeśli coś rozumiem w pełni, przestaje mnie to interesować. Dlatego wracam do tego, co budzi we mnie lęk albo niepewność i to naturalnie staje się materiałem moich spektakli. Nie postrzegam tych tematów jako trudnych. To jest po prostu świat, który znam najbliżej. Nie potrafię robić spektakli o rzeczach, które są mi obce. Tworzę z tego, co jest mi intuicyjnie najbliższe, z pewnych „majaczeń” rzeczywistości, w których się obracam. One później mogą być nazywane trudnymi przez widzów, ale dla mnie to po prostu konkretny świat, który znam.

Czy kiedy już zrealizujesz spektakl, te lęki są mniejsze?

Ewa Platt: Nie. Im więcej rozumiem, tym bardziej się boję. Wciąż jest bardzo wiele rzeczy, których się obawiam. W „Sprawiedliwie” jest sporo scen będących realizacją moich największych lęków – szczególnie ostatnia scena linczu na Jaśku. To dla mnie obraz najgorszej możliwej śmierci.

Jak Twoje pierwsze wykształcenie, mam tu na myśli studia na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, wpływa na Twoją pracę?

Ewa Platt: Studiowałam krytykę sztuki, to bardzo teoretyczny kierunek. Dał mi „plecaczek” lektur i narzędzi, które pomogły ukształtować moje myślenie formalne. Na ASP sprecyzowałam, co mnie interesuje w literaturze, a w szkole teatralnej mogłam to przełożyć na formę sceniczną.

Czy to w trakcie studiów na ASP w Gdańsku zrodziła się w Tobie myśl, że chcesz zostać reżyserką?

Ewa Platt: To zabrzmi romantycznie, ale ja właściwie reżyseruję od dziecka, tylko przez lata przybierało to różne formy. Mój pierwszy scenariusz napisałam na zakończenie szóstej klasy podstawowej, ale już wcześniej realizowałam krótkie formy. To zawsze gdzieś mi towarzyszyło, robiłam to zupełnie naturalnie. Moment „sformalizowania” tej drogi faktycznie pojawił się dopiero na ASP. Działała tam nieformalna grupa, coś w rodzaju koła naukowego skupionego na teatrze i teatroterapii. Pracowaliśmy na materiałach Teatru Gardzienice, Jerzego Grotowskiego czy Sarah Kane. Wtedy zrozumiałam, że bardziej interesuje mnie tworzenie spójnych światów i prowadzenie aktora niż reżyserowanie samej siebie jako aktorki czy performerki. Akademia dała mi też ogromną multidyscyplinarność w warstwie teoretycznej. Pisałam licencjat z antropologii ciała, pracowałam z eseistyką, prozą, a także korzystałam ze sztuki performansu i wizualności. Moim zdaniem to połączenie jest świetnym zapleczem do pracy reżyserskiej.

Jak Ty, prywatnie, rozumiesz sprawiedliwość?

Ewa Platt: Odpowiem jednym zdaniem: Sprawiedliwości nie ma.

A z czym chciałabyś, by widzowie wyszli po obejrzeniu „Sprawiedliwie”?

Ewa Platt: Dla mnie tworzenie „Sprawiedliwie", zresztą jak każdego spektaklu, jest lustrem, które odbija mnie samą i ludzi, których znam. Mam nadzieję, że widzowie, patrząc na bohaterów, odnajdą w nich choć cząstkę siebie i zadadzą sobie pytania, których ci bohaterowie nie zdążyli sobie zadać.

***

„Sprawiedliwie”

reż. Ewa Platt

Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi 

Obsada: Damian Sosnowski, Monika Buchowiec, Magdalena Kaszewska, Paweł Audykowski, Michał Kruk, Sławomir Sulej, Katarzyna Żuk, Matylda Wojsznis (gościnnie) 

Premiera: 21.11.2025

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także