„Antygona” Sofoklesa w reż. Jakuba Roszkowskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pisze Szymon Białobrzeski w Teatrze dla Wszystkich.
Zawsze uważałem, że znaczna część lektur szkolnych nie jest dla młodzieży nudna, tylko obca. Dlatego doceniałem momenty, w których co liberalniejsza polonistka buntowała się przeciwko szkolnemu kluczowi i mówiła nam trochę więcej, niż przewidywała podstawa programowa. „Antygona” Roszkowskiego jest opowieścią właśnie takiej nauczycielki – wolnościowej w deklaracjach, a jednocześnie bezpiecznie wpisanej w system, który tylko pozornie próbuje podważać.
Spektakl zaczyna się współcześnie: panowie w podkoszulkach i wojskowych mundurach, Antygona w bluzie na suwak. To nie głosy starożytnych Greków, lecz echa wojny zza naszej wschodniej granicy. Teksty piosenek wzmacniają ten trop – bohaterowie porównują obsługę drona do gry na konsoli, wspominają czasy słuchania Billie Eilish i oglądania Barcelony. Wojna, która rzekomo się skończyła, wciąż organizuje ich język i myślenie. To proste, ale trafne paralele, które w przystępny sposób zmuszają do ponownego odczytania Sofoklesa.
Kluczową rolę odgrywa tu muzyka. Polonistka jest nowoczesna, więc stawia na rap – gatunek, który pozwala rytmicznie przekazywać informacje o świecie, postaciach i fabule. Kilka utworów rzeczywiście zostaje w głowie, głównie dzięki wykonaniom solowym, silnemu głosowi zbiorowemu i dobrej jakości produkcyjnej. Szczególnie wyróżniają się Wojciech Dolatowski, obdarzony czystym, nośnym wokalem, oraz Daniel Malchar z melodyjnym flow. Julia Kazana nadrabia drobne nierówności intensywną ekspresją.
Problem zaczyna się jednak w miejscu, w którym spektakl próbuje być „blisko młodych”. Trudno nie zadać pytania: który młody widz słucha dziś Bisza? To rap „inteligencki” – wystarczająco szorstki, by udawać bunt, a jednocześnie na tyle oswojony, by bez oporu trafić do szkolnego obiegu. Paradoksalnie to właśnie on okazuje się formą dostosowania. Dużo większe ryzyko – i większą świeżość – niosła ostatnia premiera „Nowego Pana Tadeusza, tylko że rapowego”. Spektakl, mimo swoich własnych problemów, opierał się na kwaśnych brzmieniach, nieskrępowanej ekspresji i bezkompromisowości – wyrastał z realnej kultury młodych, zamiast ją imitować.
Nietrafione są również momenty wykorzystujące generyczne brzmienia, papierosy elektroniczne czy młodzieżowe słowa pokroju „sigmy”. To estetyczne skróty, które symulują kontakt z młodym widzem, zamiast rzeczywiście go nawiązywać. „Antygona” działa najlepiej wtedy, gdy z nich rezygnuje i mówi wprost o stracie oraz bólu – doświadczeniach uniwersalnych.
Na plus należy zapisać tempo narracji, dobrze współgrające z wojennym doświadczeniem bohaterów. Ma ono jednak swoją cenę. Relacje między postaciami zostają potraktowane nierówno: o ile rozmowy Hajmona z ojcem i Antygoną wybrzmiewają wyraźnie, o tyle Ismena niemal znika z opowieści. To poważny problem w przypadku tak kanonicznego tekstu. Bez silnych więzi tragizm zaczyna tracić swoją siłę, a kolejne komentarze na temat wojny – choć ważne – z czasem stają się powtarzalne.
„Antygona” tworzy wiarygodny świat przedstawiony poprzez kostiumy, brzmienie i warstwę językową, a przy tym ma naprawdę niezłe tempo. Czasami jednak przecenia język, którym się posługuje, przez co pozostawia lekki niedosyt. Do tego gubi narrację zdominowaną przez lamenty własnych postaci. Trzymając się nauczycielskiej metaforyki – to spotkanie z kimś, kto ma głowę pełną pomysłów i serce po dobrej stronie, ale czasami brakuje mu wystarczająco szczerego i bezpośredniego języka. Wciąż doceniam.
5,5/10