Logo
Recenzje

Tragedia wojenna, trauma rodzinna

8.06.2026, 12:12 Wersja do druku

„Sprawa Davida Frankfurtera” w reż. Marcina Wierzchowskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Kamila Zębik.

fot. Dawid Stube/mat. teatru

W wykładach zuryskich, wydanych później pod zbiorczym tytułem „Wojna powietrzna i literatura”, W.G. Sebald pisze:
„Indywidualna i zbiorowa amnezja, zapewne sterowany podświadomymi procesami autocenzury instrument, służący zawoalowaniu tego, co przekracza wszelkie pojęcie. Milcząco zawarty i wszystkich na równi obowiązujący pakt nie zezwalał na opisywanie prawdziwego stanu materialnej i moralnej destrukcji, która ogarnęła cały kraj. Najbardziej ponure aspekty finału zniszczeń, jakiego na własnej skórze doświadczyła znaczna większość niemieckiej ludności, pozostały zatem haniebną, obłożoną tabu tajemnicą rodzinną i nie wolno jej było wyznać nawet przed samym sobą”. Mowa, oczywiście, o ogromie zniszczeń materialnych i ofiar wśród niemieckiej ludności cywilnej będących następstwem zwycięskiej ofensywy wojsk alianckich I1944/1945.

Ponad pół wieku od zakończenia wojny Günter Grass postanowił wydobyć z ciszy jedną z takich tragedii wojennych i opowiedzieć o wielorakich konsekwencjach zamilczenia. 30 stycznia 1945 roku radziecka marynarka wojenna storpedowała na wodach Bałtyku uciekający z Gdańska MS Wilhelm Gustloff. Statek, wycieczkowiec zwodowany w 1937 roku (nosił imię niemieckiego nazisty, „męczennika” Trzeciej Rzeszy, zastrzelonego w Szwajcarii przez chorwackiego Żyda, Davida Frankfurtera. Wypływając z Gdańska w styczniu 1945, statek był oczywiście przeciążony, zapakowany niemieckimi uciekinierami z terenów już zdobytych przez Armię Czerwoną i z samego Gdańska. Utopiło się około dziesięciu tysięcy osób: dzieci, kobiety, także ranni i niemieccy żołnierze. Na tym właśnie statku umieścił Grass swoją bohaterkę, Tullę Pokriefke, niezamężną Niemkę w dziewiątym miesiącu ciąży, i jej rodziców. Oni zatonęli, ją uratowano – na łodzi ratunkowej, jeszcze na morzu, urodziła syna, Paula – narratora powieści. On, cudownie ocalony, miał być w oczach matki tym, który opowie światu historię tragedii. Stało się inaczej. Paul, trochę dziennikarz bez właściwości, trochę leń, a trochę mistrz mimikry, całe życie uciekał przed matką, stosując uniki, nie chcąc zająć się kwestią Gustloffa (ani żadną inną ciężką kwestią społeczno-polityczną). Rozpadło się w milczeniu jego małżeństwo, nie znajdował też (ani nie szukał) wspólnego języka z kolejnym męskim potomkiem Pokriefke’ów – swoim synem, Konnym.

Pisze Sebald: „Nowe społeczeństwo (…) poddało doświadczenia swojej prehistorii nienagannie funkcjonującym mechanizmom wyparcia”. Grass podważa tę tezę. Może i udawało się przez dłuższy czas nie konfrontować się z historią, ale grzech zaniechania zemścił się na Niemcach i na bohaterze Grassa stukrotnie. To Konny zaczyna szukać (i znajduje) u babki Pokriefke „prawdy” o Gustloffie, to Konny szuka sprawiedliwości dziejowej i winnych śmierci tysięcy ofiar na morzu, to Konny wreszcie zabija swojego żydowskiego adwersarza, mówiąc „Pomszczenie go (landesgruppenleitera NSDAP Wilhelma Gustloffa) było dla mnie świętym obowiązkiem” i „Strzelałem, ponieważ jestem Niemcem”. 

I to jest punkt wyjścia spektaklu Marcina Wierzchowskiego „Sprawa Davida Frankfurtera” zrealizowanego w gdańskim Wybrzeżu. Jeden chłopiec nie żyje, drugi siedzi w areszcie, rodzice obu z niedowierzaniem, bezradnie rozkładają ręce, nie potrafiąc sobie wyobrazić, jak doszło do tragedii. Odtwarzają momenty z przeszłości, w których coś poszło nie tak. U Grassa rodzicom ofiary nie poświęcono wiele miejsca, zaledwie kilka akapitów, jako że cała opowieść jest niejako spowiedzią Paula i – w mniejszej mierze – przywołaniem świadectw Tulli i Gabi, byłej żony Paula, matki Konny’ego.  Marcin Wierzchowski postanowił w spektaklu zrekonstruować również tę drugą rodzinę. Opowieść o obu stronach tragedii i relacjach rodzinno-międzypokoleniowych to pierwsza część spektaklu. To ten rodzaj teatru, oglądany pod szkłem powiększającym dramat międzyludzki, który u Wierzchowskiego funkcjonuje zawsze perfekcyjnie. „Sekretne życie Friedmanów”, „Alte Hajm” czy „Piękna Zośka” to najlepsze przykłady. Ogląda się to zawsze w najwyższym napięciu i z zachwytem nad precyzją, z jaką dokonuje się wiwisekcja relacji rodzinnych, chociaż upieram się, że w „Sprawie Davida Frankfurtera” tam, gdzie jest podpórka w postaci tekstu Grassa, jest jednak subtelniej niż tam, gdzie zdano się jedynie na improwizacje aktorskie.

Druga część to w znacznej mierze osobny spektakl – retrospekcja wojenna. Jest styczeń 1945 roku w Danzig. Rodzina Pokriefke’ów –rodzice Tulli i ona sama – zostali zamienieni przez Wierzchowskiego na bardziej pasujące do koncepcji powtarzającego się losu trzy pokolenia, babcia/ojciec/Tulla, i szykują się do desperackiej ucieczki MS Gustloffem z miasta. Tulla spodziewa się dziecka, którego ojcem może być albo niemiecki żołnierz, albo żydowski (ma na imię Moritz) uciekinier ze Stutthofu – to też modyfikacja tekstu Grassa. W oryginalnym tekście „Idąc rakiem” Tulla jest raczej zwykłą niemiecką dziewczyną z Wrzeszcza, nie mającą związków z untermenschami: Polakami ani tym bardziej Żydami. W „Sprawie Davida Frankfurtera” zmian literackiej wizji Grassa jest zresztą więcej, a ostatnia z nich nie jest najniewinniejsza. Stoi wręcz stoi w kontrze z Grassową oceną przyszłości. Jeśli finałowa scena w spektaklu miała być momentem nadziei na lepszą przyszłość, to nie podzielam tego – nawet umiarkowanego – optymizmu, możliwości ekspiacji, ani nie widzę jego osadzenia w rzeczywistości. Rozglądam się wokół siebie i jestem raczej po stronie Grassa. Zamilczana trauma nie znika, wyparte wraca nową katastrofą. Tak na planie indywidualnym, jak i społecznym.  „To się nie kończy. To się nigdy nie skończy”.

I to jest może mój największy żal do Marcina Wierzchowskiego. To kolejny raz, po „Schronie przeciwczasowym” zrealizowanym w 2024 roku na podstawie prozy Georgi Gospodinowa w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, kiedy Wierzchowski, skupiając się na losach jednostek, na zmaganiach międzyludzkich, ogranicza, ociosuje literackie pierwowzory z historiozoficznej refleksji. Lub - żeby użyć określenia Jacka Cieplaka z recenzji tegoż „Schronu przeciwczasowego”- „przenosi ramę narracji z finalnego globalnego poziomu - na egzystencjalny, rodzinny”. W „Schronie…” poskutkowało to zredukowaniem wielowymiarowości koncepcji gaustynowego azylu, w „Sprawie…” przyciemniło polityczno-społeczny kontekst dramatu, który w Niemczech, Polsce – ba, w całej Europie – złowrogo zyskuje na aktualności.

To powiedziawszy podkreślam jednak, że to przede wszystkim świetny, misterny  psychologicznie teatr. Spektakl trwa prawie cztery godziny i przez cały czas przykuwa uwagę. Fundamentalna w tym zasługa ósemki aktorów,  przede wszystkim Anny Kociarz, Marzeny Nieczui Urbańskiej i debiutujących na gdańskiej scenie (jeszcze) studentów: Błażeja Szymańskiego i Kuby Dyniewicza, konsekwentnie podążających, a raczej współtworzących wizję Wierzchowskiego. 

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Kamila Zębik

Sprawdź także