Rozbawiam ludzi i za to mi płacą. Rozmowa z aktorem Sebastianem Stankiewiczem.
Tomasz Barański: Wróciłeś z festiwalu Filmowego w Cannes. Jak wrażenia?
Sebastian Stankiewicz: Za mną wspaniały tydzień. Uczestniczyłem w przepięknym święcie kina. A czerwony dywan i to, kogo można na nim spotkać, to temat na osobną opowieść (śmiech).
Paweł Pawlikowski został nagrodzony Złotą Palmą za reżyserię filmu „Ojczyzna". Jak na ten obraz reagowała publiczność?
Ludzie wychodzili z sali ewidentnie poruszeni. Czuliśmy dumę, że Polak pokazał tak niezwykłe, przejmujące kino. A w ogóle być w Cannes to ogromne przeżycie. Nasz film „Spiritus Sanctus" w reżyserii Michała Toczka dostał się do konkursu głównego filmów krótkometrażowych. Z 3186 filmów nadesłanych w tym roku na konkurs filmów krótkometrażowych wybrano 10. Gram w nim główną rolę.
I podobno prawie w ogóle się nie odzywasz?
To prawda. Za dużo to w tym filmie nie mówię (śmiech).
Dlaczego?
Zaufałem reżyserowi, że tak najlepiej pokażemy bohatera i historię. To nasz trzeci wspólny film. Gram zwykłego, szarego człowieka, jakich wielu dookoła nas. Wcześniej było „Być kimś" oraz nagrodzone m.in. główną nagrodą na festiwalu w Palm Springs „Martwe małżeństwo". Przy wszystkich tych produkcjach pracował też Tomek Pawlik, młody, zdolny operator po łódzkiej Filmówce. Spotkaliśmy się na polu naszej wrażliwości, lekko absurdalnego poczucia humoru, który czerpię od dawna, m.in. z Kabaretu na Koniec Świata, czyli Teatrzyku Gędźba.
Ten kabaret jest genialny. Gracie jednak dość rzadko, a składy się zmieniają.
Trudno zgrać terminy, ale uwielbiamy ze sobą pracować. Lubimy się też prywatnie. To jest coś, co bardzo cenię w swoim zawodzie.
Z kabaretami jest często tak, że dla aktorów na początku ich zawodowej drogi to szansa na pracę w zawodzie i złapanie paru groszy.
Dobrze to nazwałeś. Gdy ktoś zaczyna od zera w Warszawie, to człowiek czeka, czeka, a nie idzie i telefon nie dzwoni. Ludzie wtedy pracują w różnych miejscach, żeby tylko utrzymać się na powierzchni. Droga przez mękę
W amerykańskich filmach aktorzy latami czekają na rolę życia.
Tak dzieje się nie tylko w amerykańskim kinie (śmiech).
Wiesz coś o tym?
Robiłem w tym zawodzie już chyba prawie wszystko. Oprowadzałem wycieczki, prowadziłem różne imprezy, tzw. kotlety. Dla telewizji Polsat przygotowywałem „Wstawaj! Gramy". Były to takie sondy uliczne, nagrywane do puszki. Leciały potem o piątej rano. Robiłem to przez 10 lat, żeby było na czynsz. Nie zawsze miałem z górki, ale o tym nie należy za dużo mówić...
Dlaczego nie? Niech ludzie wiedzą, że latami pracowałeś nad dykcją, korygując zgryz z aparatem na zębach, Rozumiesz?
A dziadek oprócz tego, że pracował w hucie, był też wspaniałym krawcem. Żałuję, że nie nauczyłem się od niego szycia. Miałbym teraz pewny fach w ręku.
Rozmawiałem niedawno z Pawłem Koślikiem. Po tym, jak zaczął grać w „Uchu Prezesa" Adriana, czyli prezydenta RP Andrzeja Dudę, jego kariera nabrała tempa, ale poczułem, że coś dobiegło końca. Odszedłem, bo zrozumiałem, że potrzebuję nowych wyzwań. I to był dobry ruch. W odpowiednim momencie.
Jesteś bardzo lubiany w branży. Wywołujesz jedynie pozytywne emocje?
Krytyka też się zdarza, ale podchodzę do tego ze spokojem.
Zasada jednej trzeciej mówi, że komuś Sebastian Stankiewicz może się podobać, ktoś może go nie lubić, a do szkoły teatralnej zdawałeś chyba z pięć razy.
Dlatego teraz dziękuję Bogu za to, jaką mam pracę. Szanuję też innych, dzięki którym mogę to robić. Gdy przyjeżdżam na plan, to z każdym się witam, podajemy sobie rękę. Pan od agregatu jest od 4 rano, żebyśmy mieli prąd i mogli grać. Nie lubię jednak opowiadać o różnych swoich rozterkach, bo wiele razy słyszałem, że jak coś mi się nie podoba, to mam poszukać sobie normalnej roboty.
Ludzie uważają, że praca aktorów jest łatwa i przyjemna?
No tak, a ciężko pracują tylko robotnicy. Do których pracy mam zresztą dużo szacunku. Mój dziadek był zatrudniony w Hucie Miedzi Głogów, a wujkowie, bracia mojej mamy, w kopalni Sieroszowice.
Rodzice są z ciebie dumni?
Wychowałem się bez ojca, bo tata zmarł w bardzo młodym wieku. A mama zawsze mnie wspierała. Zawsze dodawała otuchy. Wierzyła we mnie. A gdy kiedyś zobaczyła mnie w telewizji, stwierdziła: ty jesteś cały Stankiewicz.
Co miała na myśli?
Mama zakochała się w moim ojcu, ponieważ był inny. Wiem z jej wspomnień, że gdy przychodził do domu, to nie siadał z butelką piwa przed telewizorem, tylko zabierał mamę na maratony filmowe. Miłość gwałtownie przyspieszyła.
A ty na jaki przełomowy moment w swoim zawodowym rozwoju byś zwrócił uwagę?
Pierwsza większa rola to serial „Singielka". Pojawiłem się też u Bodo Koxa, w „Człowieku z magicznym pudełkiem". No i potem „Pan T". w reżyserii Marcina Krzyształowicza. Te rzeczy doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem teraz.
W „Edukacji" grałeś mecenasa Korytko, a w „Lala Poland" nauczyciela wf. Niby nic wielkiego, ale te dyskusje w pokoju nauczycielskim były przezabawne.
Jestem aktorem charakterystycznym. Rozbawiam ludzi i za to mi płacą. Od dziecka uwielbiałem komedie, m.in. te z Louisem de Funesem. Ale potem, wiadomo. Życie pewne rzeczy weryfikuje.
Ten wizerunek wesołka trochę ci już doskwiera?
No wiadomo, człowiek szuka czegoś więcej. Była kiedyś sytuacja, że jednemu reżyserowi powiedzieli, żeby mnie nie brał, bo mu „zaśmieszkuję film". Ale się dogadaliśmy.
Długie lata grałeś w serialach oglądanych przez miliony Polaków. Można powiedzieć, że trochę za długo tam siedziałeś?
Nie powiedziałbym tak. Pracowałem m.in. w „Barwach szczęścia". Uczyłem lubić Sebastiana Stankiewicza, a z pewnością ktoś przejdzie obojętnie, bo nawet nie wie, kim ten Sebastian Stankiewicz jest.
Ostatnio jeden youtuber pytał cię o podniecenie seksualne podczas kręcenia intymnej sceny z Agatą Buzek. Czy takie sytuacje są dla ciebie krępujące?
Nie, jesteśmy profesjonalistami. Aktor jest w stanie zrobić wszystko, jeśli czuje się bezpiecznie. A robimy różne rzeczy i jeśli scena tego wymaga, to mamy zbliżenie seksualne, jeśli scena tego wymaga, dokonujemy zabójstwa albo gwałtu. To ciężkie rzeczy i ktoś musi potem zaopiekować się nami na planie. Dlatego nad całością czuwa koordynator scen intymnych.
Może i czuwa, ale jak to się mówi, krew nie woda.
Nie. Nie ma mowy o żadnym podnieceniu. Wiadomo, że są pewne emocje, ale one są związane bardziej z jakimś wstydem, z taką jakąś niekomfortową sytuacją. Bo w życiu te sytuacje też są mało komfortowe i stresujące zazwyczaj (śmiech). Kino trochę straszy
A co myślisz o tzw. influencerkach? To głównie ładne aktorki. Zagrała jedna z drugą w jakimś serialu-tasiemcu, ma znaną twarz i teraz świetnie zarabia na reklamowaniu różnych produktów albo wycieczek zagranicznych.
Nie przeszkadza mi to. Uważam, że każdy człowiek na tym świecie ma takie same prawa. To my tworzymy różne bariery i sztuczne zakazy, ale gdyby to wszystko odrzucić, to okazałoby się, że ludzie wszędzie są tacy sami. I niczym się nie różnimy. Dlatego chciałbym robić takie kino, które porusza wszystkich.
Są filmy, gdzie właściwie każda scena jest wybitna. A inne produkcje, nawet te nakręcone za dziesiątki milionów dolarów w Hollywood, przechodzą bez echa. W czym tkwi tajemnica dobrego kina?
Gdybym to wiedział, byłbym milionerem (śmiech). Lubię wracać do „Forresta Gumpa". Uwielbiam ten film, on mi dobrze działa na serducho. Podczas oglądania śmieję się, wzruszam. Często mówi się, że jakiś aktor zagrał w filmie daną postać. A w przypadku tego filmu Tom Hanks i Forrest Gump to jedno.
A polskie produkcje? W jakiej kondycji jest polskie kino?
Uważam, że w bardzo dobrej. Paweł Pawlikowski to reżyser wybitny. Sporo zmieniły platformy streamingowe, ale dzięki m.in. Netflixowi pojawiła się szansa, aby produkować więcej lepszych, wartościowych rzeczy. „Heweliusz", w którym brałem udział, to rewelacyjny serial. A Janek Holoubek wyrósł na jednego z topowych polskich reżyserów.
Ze swoim aktorskim wizerunkiem świetnie byś pasował moim zdaniem do kina Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby kręcił „Wesele IV", to spokojnie mógłbyś być tam notariuszem, organistą albo kimś takim. Idealnie byś się nadał.
Wojciech Smarzowski to znakomity reżyser, ale obawiam się, że straciłem już swoją szansę.
Dlaczego tak mówisz?
Nie wziąłem kiedyś jednej małej roli w jego filmie.
Ale jak to? Smarzowskiemu odmówiłeś?
Tak się zdarzyło. Przy okazji ci opowiem.
Reżyserów omówiliśmy, a znani aktorzy? Pracowałeś z największymi. Czy od Jana Frycza można się czegoś nauczyć?
O, bardzo dużo! Spędziliśmy ze sobą 30 dni na planie „Edukacji". Zaprzyjaźniliśmy się. Gdy widzisz, jak on buduje rolę, jak kombinuje, to potem zostaje to z tobą na całe życie. Takich aktorów jak Jan Frycz już prawie nie ma. On ma w sobie coś nieprzewidywalnego. Cały czas myśli o postaci, o kolejnych scenach. On chce samego siebie zaskakiwać. Cały czas jest taki rześki. To jest niesamowite, że cały czas jak piec jest rozgrzany do czerwoności. A to, co zrobił w teatrze i filmie, to rzeczy wybitne.
Na czym ta wybitność twoim zdaniem polega?
Rola Daria w „Ślepnąc od świateł" to rzecz kultowa. W polskim kinie, gdy patrzę na aktora, to boję się rzadko. A w przypadku Daria, no i może wcześniej, gdy patrzyłem na Andrzeja Chyrę w „Długu", przeszywał mnie głęboki strach.
Zagrałeś też w kilku ostatnich sezonach „Świata według Kiepskich".
Pan Andrzej Grabowski jest niesamowity. Gdy trafiłem do tej produkcji, to byłem w pędzie, łapałem wtedy pięć srok za ogon. A tak się nie da. Teraz to wiem. Za szybko to wszystko się działo i mogłem zagrać lepiej.
Ktoś ci to wygarnął?
Kiedyś pana Andrzeja spotkałem przypadkowo na stacji benzynowej. Poprosił, żebym dosiadł się do jego stolika i mówi mi tak: - Wiesz co? W tym „Świecie według Kiepskich" to nie była twoja dobra rola. Bo tam, właśnie wbrew pozorom, trzeba grać poważnie. I przyznałem wtedy panu Andrzejowi rację. Potem pochwalił mnie za inne rzeczy, ale w tym miał sto procent racji. W „Świecie według Kiepskich" trafiłem na cztery ostatnie sezony. Świetnie było poznać m.in. Ryszarda Kotysa i Dariusza Gnatowskiego, których już z nami nie ma. Wspaniali ludzie. Świetni aktorzy.
A rola w „Akademii Pana Kleksa" to chyba twój magiczny powrót do krainy dzieciństwa.
Żebyś wiedział. Przyjechałem do Zamku w Gołuchowie pod Kaliszem, gram Szpaka Mateusza, a obok siedzi sam Piotr Fronczewski i mówi do mnie tym swoim niepodrabialnym głosem: - Daję ci cudowną czapkę bogdychanów, którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński. Słyszysz to i myślisz sobie: Wow! To się dzieje naprawdę! Grasz w filmie, który oglądałeś za dzieciaka i marzyłeś wtedy, żeby może kiedyś do tej historii dołączyć. A 40 lat później to się dzieje.
Jak byś ocenił swoją sytuację zawodową i finansową?
Jakoś się to wszystko nienajgorzej kręci. Mam tę komfortową-niekomfortową sytuację, że nie mam na utrzymaniu dużej rodziny, dzieci. Dlatego koszty mojego życia nie są jakieś wielkie.
A stresujesz się tym, co przyniesie przyszłość?
Jakaś niepewność jest zawsze. Przez ostatnie 10 lat pracowałem na pełnych obrotach, a teraz trochę zwolniłem. Zacząłem też dbać o siebie, o swoje zdrowie. Ciało dla aktora to przecież narzędzie jego pracy.
A co chciałbyś na koniec tej rozmowy powiedzieć naszym czytelnikom? Na przykład tym, którym marzy się artystyczna droga, ale się boją?
Słuchajcie siebie, swojej intuicji, tego, co podpowiada wam serce. Ciężko pracujcie i nigdy się nie poddawajcie. Wypowiedziałem teraz kilka banałów, których nie powstydziłby się stadionowy coach, ale zazwyczaj te najbardziej oczywiste rzeczy najtrudniej wdrożyć potem. Też się bałem, ale ważna jest wiara w to, co się robi. Dlatego nigdy nie rezygnujcie z marzeń!