„Nagle, ostatniego lata” Tennessee Williamsa w reż. Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Maciej Ulewicz na swoim profilu facebookowym.
Z wielką przykrością muszę stwierdzić, że dawno się tak nie rozczarowałem i zirytowałem spektaklem teatralnym, a takie uczucia wywołało we mnie najnowsze przedstawienie w reżyserii Michała Borczucha „Nagle, ostatniego lata” Tennessee Williamsa w nowym tłumaczeniu Jacka Poniedziałka w Nowym Teatrze.
Sam temat reinterpretacji klasycznego amerykańskiego dramatu, jak i postać reżysera, tłumacza oraz świetni aktorzy wzbudzały we mnie mnie dużą ciekawość i nadzieję. Dlatego może zawód był tym większy. Poubierana w dość kuriozalne kostiumy gwiazdorska obsada, ofiarnie i z oddaniem godnym lepszego spektaklu gra wielkimi literami, dla mnie za dużymi, tworząc przerysowane postaci: rozchwianej emocjonalnie i uzależnionej od różnych środków matki, dopuszczającej lobotomię na kuzynce, aby ukryć niewygodna prawdę o zmarłym synu, ową kuzynkę o manierze dresiary influencerki, jej brata kowboja, cwanego półgłówka czy niby demonicznego lekarza dopuszczającego operację na zdrowej osobie. Godzina pięćdziesiąt dialogów w półciemności z trawnikiem, które mimo intensywności buzujących emocji pozostawiły mnie kompletnie obojętnym wobec tych granych na grubo, ale paradoksalnie papierowych postaci. Do tego trochę wiuwających materii i obowiązkowe dymy, ukraszone różnymi środkami wyrazu artystycznego, mającymi uatrakcyjnić to statyczne i niestety dość nudne przedstawienie. Takim środkiem jest na przykład grająca jedną z głównych ról w spektaklu, umiejscowiona centralnie na środku sceny, tablica (o dziwo w nic nie ubrana), informująca na bieżąco o środkach psychoaktywnych i ich ilości spożywanych przez postaci dramatu. Na początku chwilę śmieszyło, potem irytowało powtarzalnością, no i w sumie zabrakło opisu, jak wszystkie te substancje oddziałują na organizm człowieka i wpływają na losy i postępowanie bohaterów.
Trochę podpowiadała mi autopsja, ale przecież nie wszystko człowiek wie, a chętnie by się dowiedział i podszkolił z wiedzy farmakologicznej, ale nie, były tylko nazwy i ilości branej przez daną postać dawki. Do tego wiernie odtworzone odgłosy rzeczywistości, czyli śpiew ptaków ogrodowych, sygnał pilota samochodu, dźwięk oddawanego moczu, które jak rozumiem miały służyć dekonstrukcji i lekkiej kpinie z klasycznego teatru, podobnie jak atrakcyjna wizualnie scena z cofaniem i przyspieszaniem akcji (kłania się Haneke z „Funny games”).
Niestety, kompletnie intelektualnie poległem na próbie interpretacji bardzo długiego filmu, który pojawia się znienacka w środku przedstawienia na ekranie. Opowiada on w dwóch sekwencjach, najpierw o chłopcach kanibalach (w tym jeden w zabawnej blond peruce), co się spotkali na basenie a potem uprawiali seks i się konsumowali, wycinając sobie nawzajem powoli i z precyzją, a następnie smażąc uważnie różne swoje części, podczas gdy druga część pokazuje analitycznie proces shopliftngu w lokalnym Rossmannie, połączony z kleptomanią postaci kobiecej. Wiem, że nie wszystko trzeba tłumaczyć, że teatr jest też sztuką wrażeniową, ale chyba nie mam akcesu do wyobraźni twórców, bezskutecznie próbując połączyć kropki z seansu filmowego i historii postaci dramatu. Bo banalna interpretacja tej projekcji, że wszyscy na sobie żerują, a biedna i pogardzana część rodziny musi sobie jakoś radzić, wydaje mi się zbyt oczywista jak na tak długi seans filmowy.
Z tego dość krótkiego i jednocześnie bardzo długiego przedstawienia, w głowie pozostały mi dyplomatycznie mówiąc „intrygujące” kreacje Magdaleny Cieleckiej (kostium gwiazdy filmowej z lat 40. typu Lana Turner pożeniony z teletubisiem oraz drugi typu pierrot, od domu mody Gucci czy inna Alaia), kowbojki i koronkowa bluzka drugoplanowej męskiej postaci lekarskiej i ledwo niestety zarysowany choreograficzne rodzinny taniec country. No ale Borczuch to nie Minkowska, więc długich sekwencji tanecznych nie ma co oczekiwać.
Wyszedłem smutny i lekko przybity, bynajmniej nie losem dramatis personae, ale przeczuwaną obawą, że pewnie po tym wpisie już mnie nigdy do Nowego nie zaproszą. A tak przy okazji, od jakiegoś czasu zastanawia mnie zauważalna coraz bardziej nowa tradycja w różnych gatunkowo i poziomowo teatrach. Podczas gdy w samolotach powoli acz nieubłaganie zanika tradycja klaskania przy lądowaniu, aktualnie w wielu polskich teatrach, kiedy literalnie jeszcze nie wybrzmiało ostatnie słowo ze sceny, publiczność już trwa w frenetycznej owacji na stojąco. Co w sumie przecież dobrze rokuje jeśli chodzi o recepcję teatru, a ja się tylko głupio dziwię.