„Co po Grace?” Carey Crim w reż. Krzysztofa Dracza w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (8/10) – bardzo dobry
Twórczość Carey Crim zaczyna właśnie wyraźniej zaznaczać swoją obecność na polskich scenach – i to w sposób, który trudno zignorować. Po niedawnych „23 i pół godziny” w Teatrze Współczesnym w Warszawie, „Co po Grace?” w Teatrze Polonia działa niemal jak dopowiedzenie – ale nie powtórzenie – jej dramaturgicznego języka. To dobry moment, by przyjrzeć się temu, co właściwie Crim robi z komedią i dlaczego jej teksty tak skutecznie wymykają się prostym klasyfikacjom.
Między farsą a egzystencjalnym rozrachunkiem
Punkt wyjścia „Co po Grace?” brzmi jak klasyczna komedia pomyłek: dwoje starszych ludzi budzi się po zakrapianej nocy, nie do końca pamiętając, co się wydarzyło. Sytuacja ma w sobie potencjał farsowy – i rzeczywiście, pierwsze sceny spektaklu wykorzystują go z pełną świadomością. Dialogi są szybkie, oparte na niedopowiedzeniach, wstydzie, zderzeniu wyobrażeń o sobie z rzeczywistością.
Ale to tylko maska.
Crim bardzo sprawnie „podkopuje” komediową konwencję. Z każdą kolejną sceną okazuje się, że śmiech nie jest celem, lecz narzędziem. Pod powierzchnią lekkiej historii pulsuje temat znacznie poważniejszy: jak żyć dalej, kiedy życie – wydawałoby się – jest już w fazie domykania.
Bohaterowie, którzy nie chcą być „na marginesie”
Najciekawsze w tej sztuce jest to, komu Crim oddaje głos. Abigail, Angus i Ollie to postaci, które rzadko bywają protagonistami komedii romantycznych: ludzie po sześćdziesiątce, z bagażem doświadczeń, rozczarowań i niespełnionych spraw.
A jednak autorka nie traktuje ich protekcjonalnie. Nie ma tu „ciepłej historyjki o staruszkach”. Jest raczej próba odzyskania dla nich pełni życia – także w wymiarze emocjonalnym, erotycznym, towarzyskim. Crim rozbraja stereotyp, że pewne rzeczy „już nie wypadają”.
Pod tym względem „Co po Grace?” idzie o krok dalej niż „23 i pół godziny”. Tam dominowała konstrukcja bardziej formalna, niemal eksperymentalna – oparta w większym stopniu na ramie czasowej i samej sytuacji scenicznej niż na klasycznie prowadzonej fabule, co czyniło formę bardziej widoczną i umowną. Tu – mimo lekkiej formy – mamy większą psychologiczną gęstość i wyraźniejsze zakorzenienie w relacjach.
Komedia, która zmienia temperaturę
Najbardziej charakterystyczny dla Crim jest moment przesilenia. Spektakl, który przez długi czas działa jak dobrze naoliwiona maszyna komediowa, nagle zwalnia. Śmiech ustępuje miejsca ciszy. Bohaterowie przestają się ukrywać za żartem.
To ryzykowny zabieg – łatwo w takiej chwili popaść w ton dydaktyczny albo sentymentalny. Tymczasem „Co po Grace?” utrzymuje równowagę. Emocjonalne odsłonięcie nie unieważnia wcześniejszego humoru, lecz nadaje mu sens. Śmiech okazuje się mechanizmem obronnym, a nie tylko rozrywką.
Reżyseria i aktorstwo: precyzja zamiast efekciarstwa
W inscenizacji Krzysztofa Dracza widać zaufanie do tekstu. Nie ma tu nadmiaru środków ani prób „unowocześniania na siłę”. Reżyser pozwala wybrzmieć relacjom i dialogom, co w przypadku tak precyzyjnie napisanej sztuki okazuje się decyzją trafną.
Siłą spektaklu jest aktorskie trio: Hanna Śleszyńska buduje Abigail jako postać jednocześnie komiczną i kruchą – balansując między autoironią a autentyczną potrzebą bliskości, Krzysztof Dracz nadaje Angusowi ciężar wewnętrznego konfliktu, szczególnie w scenach rozliczenia z przeszłością, Andrzej Zieliński jako Ollie wnosi energię, ale też subtelnie rozbija oczywiste interpretacje swojej postaci.
To właśnie dzięki nim zmiana tonu – z komedii w coś znacznie bardziej gorzkiego – nie wydaje się sztuczna.
Crim i jej „teatr drugiej szansy”
Jeśli szukać wspólnego mianownika dla dramaturgii Crim, to nie jest nim ani temat starości, ani nawet relacje międzyludzkie. Jest nim raczej moment przejścia. Chwila, w której bohaterowie – często przypadkiem – zostają zmuszeni do przewartościowania swojego życia.
W „Co po Grace?” tym momentem jest śmierć (choć paradoksalnie sztuka nie jest o śmierci), w „23 i pół godziny” – sytuacja graniczna wpisana w samą konstrukcję dramatu. Crim interesuje się tym, co dzieje się „pomiędzy”: między końcem a początkiem, między żałobą a nowym otwarciem.
„Co po Grace?” to spektakl, który najpierw uwodzi lekkością, a potem zostawia widza z czymś znacznie cięższym – ale i bardziej wartościowym. Nie jest to komedia „do śmiechu i zapomnienia”. To raczej opowieść o tym, że życie nie kończy się wtedy, gdy przestajemy się go spodziewać.
Na tle „23 i pół godziny” widać wyraźnie, że Carey Crim potrafi operować różnymi formami, ale zawsze zmierza w tym samym kierunku: ku bohaterowi, który – mimo wszystko – dostaje jeszcze jedną szansę.
I może właśnie dlatego ten tekst działa tak dobrze. Bo nie obiecuje wiele. Ale bardzo uczciwie pokazuje, że „po Grace” naprawdę coś jeszcze jest.