„Bujdagranda” wg scen. i w reż. Joanny Drozdy w Teatrze Żydowskim im. Estery Racheli i Idy Kamińskich w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Prouszi Panstwo! W Teatrze Żydowskim zapanowała dyktatura poetariatu. Skandalizująco głośna, fermentująca twórczym słowem i żonglująca inteligentnym humorem. Pijąca jak popadnie do tego i owego, ale głównie z gwinta. Nie stroniąca od sprośnego żartu, powiewających pantalonów i owłosionej klaty nagistki. Oto premiera premiery. W malutkim wnętrzu sali przy Senatorskiej rozkwitła atmosfera półpięterka „Małej Ziemiańskiej” i przedwojennych kabaretów literackich z Qui Pro Quo na czele. A wszystko za sprawą reżyserki i autorki scenariusza Joanny Drozdy oraz światłego scenografa i współtwórcy tekstów piosenek Michała Głaszczki, którzy przywołali klimat warszawskiego teatrzyku 1926 roku w spektaklu „Bujdagranda”.
Na początku dowiemy się, że zwyczaje są tu takie, że szwendać się do tualet i baru można cały czas. Skromna salka Teatru Żydowskiego przeszła bowiem rozstrój kolejnej transformacji i zamieniła się w stołeczną kawiarnię literacką ze stolikami i krzesłami w delikatnym nieładzie, na których godnie, choć niewygodnie spędzić można najbliższe dwie godziny. W okienku wyszynk „Niezłego ziółka” z napitkiem wszelakim zero procent i strawą na ząb gotów zaopatrywać jest nasze przyziemne potrzeby. O potrzeby duchowe dbać będą dwie ległe naprzeciw siebie sceny, okrągły podest pośrodku, szczęśliwie bez rury i kontrastowo orurowane poetyckie półpięterko. Szczwany to zamysł, bowiem nie grozi tu przypisywana Narodowemu „frekwencja przypominająca modę męską – latem na jeden rząd, zimą na dwa rzędy”. Jedynym zagrożeniem jest ewentualny skręt szyi lub kiszek ze śmiechu.
Prym wiodą „szwoleżerowie literackiego teatrzyku”: Antoni Słonimski, Julian Tuwim i Lopek Krukowski, którzy w towarzystwie „ależ Miry” Zimińskiej przygotowują właśnie nowy program kabaretowy. Obserwujemy narastającą burzę mózgów, twórczą gorączkę i kiełkowanie tekstów, wśród których zaczerwienione ucho wychwyci fragmenty „Balu w operze”, „Na pewnego endeka…”, znane cytaty i pikantne anegdoty. Obok nich zaś udatnie podpatrzone trawestacje tuwimowskich fraz, gdzie córa Koryntu zostaje afiszową Koryntówną, a reflektor świeci nagistce kontrą na fałdę. Wszystko w delikatnych oparach absurdu, gdy Tuwimowego pegaza zastępuje ujeżdżany rogacz na kółkach i permanentnego językowego świntuszenia, którego esencję wyraża opowieść o zmokłej łasiczce. Joanna Drozda zaprasza do świata bandy Qui Pro Quo i jego barwnej historii, którą uzupełnią wkrótce postacie przybyłego do stolicy syna Sinaja Pticy Fryderyka Járosy’ego i jego olśniątka – Hanki Ordonówny. Literacko-rewiowy kabaret zakwita wówczas smakowitą piosenką doprawioną muzyką maestro Tomasza Filipczaka wykonywaną przez miejscowego opoja, to jest pijanistę Krzysztofa Brzezińskiego. Żart i kuplety ścielą się gęsto zahaczając niekiedy o współczesność, publika wciągana jest do elokwentnej zabawy, a na przerwę udajemy się z wybrzmiewającą w uszach, dziwnie aktualną pieśnią „Bujać to my”, czyli udanym upiosenkowieniem wiersza „Do prostego człowieka”. Po antrakcie zaś oglądamy finalny rezultat zmagań z materią słowa we względnie uporządkowanej scenicznie formie. Żeby premiera była udana nie może zabraknąć ni erotyki, ni polityki. Prócz kabaretowych monologów, skeczów, „Ballady bazarowej” i „Wspomnienia” rywalizacji scen kabaretowych („Perskie Oko konia tuczy, Morskie zaś konia tłucze”) swe wdzięki i choreograficzny kunszt prezentuje Bartosz Dopytalski wcielając się nie tylko w pantomimicznie fikającego siup i cyk Adolfa Dymszę, rozkładającą nogi… w szpagacie Tacjannę Wysocką, ale i cały wymachujący nóżkami kwintet Tacjan Girls. Na finał twórcy proponują muzyczny, humorystyczny teatrzyk futurystyczny z cyklu „A gdyby nie było wojny”, który mami piękną wizją niespełnionej przyszłości przedwojennych gwiazd z podziemi Galerii Luxenburga.
W literackiej kawiarni szaleją z wdziękiem usposobieni schizofrenicznie aktorzy i aktorki Teatru Żydowskiego. Nie starają się doganiać interpretacyjnie tuzów polskiej kultury czy stawiać ich na piedestale, by jedynie odkurzyć wyblakły na stuletnich fotografiach wizerunek. Zamiast tego poszukują w sobie najlepszej wyimaginowanej wersji swych bohaterów, skupiają się na energii tworzenia, młodzieńczym entuzjazmie i pozwalają sobie na czas spektaklu delikatnie zwariować. Zachwyca wyznawanym przez swą postać witalizmem Mateusz Trzmiel sięgając po groteskowe pozy i wyśpiewując prorocze „Tuwim ci wszystko wypaczy”. Wokalem, nie tylko w nastrojowej piosence „Pan Światełko”, imponuje Izabella Rzeszowska, filuternie puszczając do publiki oko Ordonki odzianej w świetnie leżący koronkowy „bandaż”. Piotr Chomik wręcz przeistacza się w Járosy’ego smakując wyszukany akcent i konferansjerską pozę, a dławiące go uczucia do olśniątka unaocznia w pięknym lirycznym duecie o „pijanej pewności” i „nieodpuszczaniu”. Niepokojąco wyuzdana i trzaskająca z impetem udami Mira Zimińska w wykonaniu Moniki Chrząstowskiej nie zamierza się ustatkować bałamucąc nawet komornika, choć z braku forszmaku w bufecie, do konsumpcji nie doszło. Czarująco ulopkowiony Henryk Rajfer z nutką humoru „kupców wyznania handlowego” udowadnia, że „język polski jest potrzebny do szmoncesu jak Rozencwajgowa potrzebuje sęk”. Aktorską trupę uzupełnia zerkający spod szkieł okularów Piotr Sierecki, pielęgnujący z dbałością frazę Słonimskiego, z ironią, złośliwością i dystansem nakłuwając nie zawsze wygodną rzeczywistość.
Joanna Drozda proponuje nam nietuzinkową podróż w ubarwioną słowem przeszłość. Obiecuje „szansony i kancony”, szampana i łoskot składanych szapoklaków, podwiązki, brokat kiszony na finał oraz apetyt na skandal, a co najważniejsze - dotrzymuje słowa. Żywiołowa „Bujdagranda” nie zostawia jeńców i klapą nie grozi. Drwi wbrew chwili powołując do życia świat pięknych niepokornych, których orężem była zjadliwa satyra, giętki język i swawolne poczucie humoru. Obudzony w Teatrze Żydowskim pozytywny wariat przypomina o sile słowa i żartu, które poza bujdą i grandą potrafią też wnikliwie przyglądać się otaczającym nas realiom, nieść w sobie troskę o jutro i otuchę w momentach zwątpienia. Przywraca z przedwojennych zakamarków Senatorskiej ducha kabaretu, którego już nie ma. Literacki sznyt Warszawy zmieciony wichrem czasów. Cudownie wskrzeszony teatrzyk jak się patrzy.