„Tkocze” Gerharta Hauptmanna w reż. Mai Kleczewskiej z Teatru Śląskiego w Katowicach na 46. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Tomasz Miłkowski na AICT Polska.
Ponad 70 lat czekał Teatr Śląski na ten spektakl – poprzednia próba wystawienia „Tkaczy” Gerharta Hauptmanna nie doszła skutku – przyczyn nigdy do końca nie wyjaśniono, ale to był rok 1955.
Teraz „Tkocze” już są i to po śląsku. To język, którym w tym spektaklu mówią robotnicy. Bo wyzyskiwacze mówią po polsku. Język jest podziałem klasowym.
Maja Kleczewska wspomagana piętrową scenografią Justyny Łagowskiej, wyrazistą muzyką i choreografią stworzyła poruszające widowisko, w który zderza ze sobą sytych i głodnych, włodarzy świata i nędzarzy cierpiących głód. Doprowadza te podziały (świadomie) do przesady, sięgając po środki teatru ekspresjonistycznego. Ten Hauptmann toczy się między Reymontem i Brechtem, jakby Ziemia obiecana przemieszana z Operą za trzy grosze. Przy czym niekoniecznie chodzi o bunt sudeckich tkaczy w roku 1844, ale o naturę wszelkiego buntu przeciw wyzyskowi, który staje się nie do zniesienia.
Nikomu się ten spektakl nie podlizuje, dla nikogo nie chce być miły. Opowiada o świecie, jaki był i jest, o jego brutalnych podziałach, które trwają, choć na pozór wszystko się wokół zmienia. Nie zmienia się jednak władza pieniądza i bunt, jaki budzi poniżenie, zależność, pogarda. Może głód też, ale dziś to raczej głód władzy. Choćby na chwilkę. Głód używania życia, głód równości. Chociaż opowiada się tutaj też o głodzie prawdziwym: w pierwszej scenie dzieciak mdleje z niedożywienia.
Prowadzi nas Kleczewska przez rewiry poddaństwa i buntu. Najpierw do wyczekiwalni po wypłatę, gdzie dochodzi do gorszących scen poddaństwa w imię zdobycia choćby paru groszy więcej. Potem do wnętrza robotniczego domu, gdzie rządzi zawodząca królowa-matka – jak zawsze wyśmienita Grażyna Bułka – która śpiewa swoją pieśń upokorzenia i nędzy. Jej zawodzenia są wyraźnie przesadzone, na pokaz, to raczej epatowanie biedą, trochę w obawie, że biedniejsi mogą od niej czegoś chcieć. Ale to także czyhanie na odwet. Kiedy pojawi się elegancik Moritz Jagger – urodzony podszczuwacz (Michał Piotrowski), narasta potrzeba zemsty. Potem w piwiarni będzie już wrzało, robotnicy popijają i szykują się na fabrykanta (brawurowa rola Matusza Znanieckiego jako wcielonego manipulanta i wyzyskiwacza, wilka w owczej skórze). Buntownicy atakują jego siedzibę, gdzie na tle Guereniki wiedzie dostatnie życie pasożyta. Kiedy wychyla się z wysoka, oglądając kłębiący się tłum protestujących, przypomina Borowieckiego, który za chwilę da znak do oddania strzałów. Ale to on zostanie powieszony i potem dyndając do końca spektaklu będzie złośliwie komentował wrzenie niesfornych tkaczy.
Jest jeszcze wstrząsający monolog Grażyny Bułki, tym razem po polsku, uosabiającej buntowniczki i buntowników wszystkich epok. To ona w rozdartej sukni, spod której zwisają sztuki bielizny, zapowiada walkę do ostatniego tchnienia w imię wyrównania rachunków: „Podpaliłabym ten świat, ale jak podpala się piekło?”.
Na koniec zostaną odwetowe pieśni jak Krwawy sąd, straceńcze marsze i narastający huk wystrzałów. Świat się chwieje. Ale szansy dla niego nie ma. Ten bunt nie ma przecież na widoku nowego sprawiedliwego ładu, ale odwet tylko, a więc tak naprawdę utrzymanie kogoś w rodzaju Muska przy władzy, co najwyżej o innym nazwisku, ale z takim samym stosunkiem do własności i podległych mu ludzi. To nie jest spektakl, wzywający do buntu, ale diagnoza rejestrująca nastrój buntu, który nie zwiastuje nadejścia nowego wspaniałego świata.
Maja Kleczewska wraca tym spektaklem do Hauptmanna po latach – w Teatrze Powszechnym w roku 2014 wystawiła „Szczury”. Przepisana wówczas wersja tego dramatu była ostrzem krytyki wymierzona we własne kulturalne towarzystwo, zadowolone z siebie, ignorujące społeczne podziały i niesprawiedliwości. Teraz dostaje się wszystkim.