„Bérénice” wg koncepcji i w reż. Romea Castellucciego z Societas, Cesena and Cité européenne du théâtre Domaine d’O, Montpellier na 46. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Tomasz Miłkowski na AICT Polska.
To było prawdziwe święto – korona tegorocznych WST. Przyjazd Isabelle Huppert z monodramem „Berenice” wg Racine’a w reżyserii Romeo Castellucciego ekscytował teatromanów. Już samo połączenie tych ikon awangardowych poszukiwań we współczesnym teatrze stanowił dostateczny magnes. Ci, którzy spektakl zobaczyli nie zawiedli się.
Opracowany precyzyjnie przez Romeo Castellucciego tekst, okrojony do monodramu tytułowej bohaterki tragedii Racine’a o niespełnionej miłości otworzył przed Isabelle Huppert możliwość podjęcia niebywałego wyzwania – przełożenia klasycystycznej tragedii na język współczesności, z jego nerwowością, przyspieszeniami, bezdechem, zacięciami, wrzaskiem i wyciszeniem, z całym bagażem doświadczeń, przez jakie przeszła ludzkość od czasów powstania tej tragedii, a do tego jeszcze niejako prywatna walka Huppert z aleksandrynem – tak wspaniale przekształconym w trzynastozgłoskowiec w „Cydzie” w genialnym przekładzie Jan Andrzeja Morsztyna.
Nie trzeba było wyczuwać tych subtelnych zmagań artystki, wspomaganych elektronicznym przetwarzaniem jej głosu przez Scotta Gibbonsa, z anachronicznym dwunastozgłoskowcem, by dotknąć za pośrednictwem artystki wielkiej rany pożegnania z miłością, jej rozwibrowania emocjonalnego bliskiego szaleństwu i ostatecznego kresu. A do tego jeszcze wizja plastyczna widowiska, pozostająca w zdumiewającej jedności i zarazem kontraście z emocjami bohaterki, występującej w olśniewającej sukni, poruszającej się z wytworną wystudiowaną godnością, surowe zadziwiające piękno czerwonej nitki życia, jak strużki krwi przetaczanej na kołowrotkach, albo zaskakujące zderzenia ze sprzętami gospodarstwa domowego, tutaj występującymi jako obce, zakłócające równowagę elementy, a jednak w wizji scenicznej związane z gęstniejącą samotnością Berenice. Wszystko to razem tworzy oszałamiającą grę przedmiotów i ludzi-tancerzy-statystów budujących swymi ciałami jedno ciało zbitej masy albo przeciwnie powidoków zmysłowej pokusy, traconej na zawsze.
Czy taki spektakl, łączący prywatność samotnej aktorki z grupą towarzyszących jej(jako tło) wykonawców jest jeszcze monodramem? Czy bogata warstwa dźwiękowa, powstała z przetworzonego głosu Isabelle Huppert, w której ogłuszające dudniące niskie dźwięki brzmią jak wybuchy albo odgłosy dogasającej walki nie osłabia obecności aktorki w jej jednoosobowym teatrze? Okazuje się, że nie, że można monodram tak rozciągnąć jako formę, który wchłonie odlegle na co dzień od teatru jednoosobowego składniki, nie zakłócając zasadniczego toru samej formy, będącej przecież wyznaniem tylko tej jedynej, ważnej postaci. Bo to Ona, jak zapowiadali organizatorzy, bo to Isabelle Huppert jest Teatrem.