Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Requiem dla snu

5.05.2026, 08:26 Wersja do druku

„Requiem dla snu” Huberta Selby'ego Jra w reż. Jakuba Skrzywanka, koprodukcja STUDIO teatrgalerii w Warszawie i Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Natalia Kabanow

Zwykle, gdy na horyzoncie pojawia się informacja o tym, że kolejny teatr będzie stawał w szranki z „Requiem dla snu” to zastanawiam się, dlaczego tak bardzo uparto się akurat na tę powieść Selby’ego; potem przypominam sobie o filmie Aronofskiego i zaczynam łączyć wątki. Nadal czekam, aż ktoś w teatralnym uniwersum zauważy o wiele bardziej interesujący moim zdaniem „Piekielny Brooklyn”. Jednocześnie zawsze jestem ciekawy jak do tekstu źródłowego podejdą twórcy; trzymając się blisko tego, co proponował film, możemy dostać jedynie próbę imitacji, która będzie raczej dzwoniła mi dzwonkiem z pytaniem: po co opowiadać to, co już zostało opowiedziane dobrze i wrosło jako kultowe? Przy wykorzystywaniu „Requiem dla snu” jako pretekstu do prowadzenia historii o czymś innym niż materiał wyjściowy dostajemy intrygującą przestrzeń do interpretacji, jednak można się potknąć i rozbić sobie nos – taki przypadek miał miejsce w Teatrze Barakah, w którym jakiś czas temu widziałem „Requiem dla snów”, które okazało się bardzo nietrafioną próbą zmierzenia się ze skomplikowanym światem Selby’ego. No i teraz pytanie graniczne (Zofia Nałkowska): jak to wypadło w Narodowym Starym Teatrze i Teatrze Studio w rękach Jakuba Skrzywanka?

Na samym starcie trzeba zaznaczyć, że nie mamy tutaj do czynienia ze stuprocentowym przełożeniem ani filmu ani książki na scenę. Jakub Skrzywanek i Jan Czapliński popełnili wspólnie scenariusz i adaptację na potrzeby tego przedstawienia przesuwając akcent z dosłowności narkotyków na rzeczy, czy też procesy i zachowania, które mogą stać się odpowiednikiem narkotyku. Spokojnie, używki gdzieś tam migają cały czas w tle, ale są jedynie wynikiem tego, co przy pisaniu scenariusza panowie wspólnie wysunęli na pierwszy plan przy zachowaniu szkieletu oryginału. Podobnie jak w materiale wyjściowym obserwujemy kilka zagubionych w rzeczywistości bohaterów - Sarę Goldfarb (w tej roli mega zajebista Anna Radwan, mam wrażenie, że strzela tutaj życióweczkę) samotną, owdowiała kobietę, która wierzy w to, że została zaproszona do programu telewizyjnego i za cel stawia sobie schudnięcie do wymarzonej czerwonej sukienki, którą miała na bar micwie swojego syna Harry’ego i w której tak bardzo się podobała swojemu mężowi. Postanawia więc zacząć przyjmować chore ilości leków odchudzających – do tego stopnia, że jej syn-ćpun Harry zauważa, że aż jej szczęka lata od bycia nafukaną. Jednocześnie, dzięki obecności wcześniej wspomnianego Harry’ego, który ucieka z odwiedzin od swojej matki tak szybko, jak szybko się tam pojawił, poznajemy plejadę innych osób które przyjmują narkotyki, te mniej lub bardziej legalne, aby poczuć się lepiej. A – jak wiadomo z filmu i książki (mam nadzieję, że nie z doświadczenia) – takie ekscesy nie mogą skończyć się dobrze. Teraz jednak warto spytać – co w centrum spektaklu postawili twórcy, skoro temat narkotyków mimo wszystko został zmarginalizowany? Otóż, z pełną powagą, jako nowy narkotyk i prawdziwy problem zostaje nam przedstawiona obsesja bycia pięknym, kult ciała i jednoczesna potrzeba ciągłej walidacji i czucia się potrzebnym. Wszyscy bohaterowie robią to, co robią tylko i wyłącznie dlatego, że dążą do perfekcji forsowanej przez social media i otoczenie. Sara chce być chuda za wszelką cenę, Harry i Marion (jego dziewczyna) opętani niemalże seksualnym pragnieniem nie do ugaszenia, skupieni jedynie na swoich ciałach, uprawiają cyber-petting. Jednocześnie Tyron (mega fajna rola Daniela Dobosza) spotyka się z żonatym mężczyzną, aby chociaż na chwilę poczuć się potrzebnym i pożądanym, a finalnie kończy się to jeszcze większym upadkiem emocjonalnym.

Tak więc, z pełną powagą: całym sensem spektaklu jest to, że kult ciała jest zły i on właśnie stał się naszym współczesnym narkotykiem; podkreśla się to dodatkowo elementem scenografii, w którym w kościelnym ołtarzu zamiast świętego obrazu znajduje się ekran, na którym wyświetlani są bohaterowie, żebyś przypadkiem głupiutki widzu nie przegapił tego, że człowiek, jego ciało i obsesje są tutaj bogami. Najgorsze jednak jest to, że Skrzywanek z Czaplińskim serwują nam te przemyślenia jako mega głębokie i odkrywcze (może takie są jak ma się na oko 16 lat) i ewidentnie są z tych wniosków dumni. Mi osobiście byłoby chyba wstyd podpisać się pod czymś takim i zrobić z tego ponad 2 godzinny spektakl, a chciałem zauważyć, że podpisuję się imieniem i nazwiskiem pod swoimi recenzjami, a to już o czymś świadczy (np. o tym, że nie mam wstydu). Czy naprawdę o tym jest i powinno być “Requiem dla snu” Anno Domini 2026?

Pomimo początkowych, zachęcających momentów spektaklu skupionych na rozmowie matki z synem, na emocji, potem reżyser popuszcza cugle i gubi odrobinę skupienie na historii, aby skoncentrować się jedynie na z góry ustawionej w tekście tezie, której w moim odczuciu naprawdę nie starcza na tak długi spektakl. I, co zaskakujące, nie mam tutaj pretensji do Skrzywanka – reżysera, bo mimo wszystko „Requiem dla snu” jest poprowadzone i pomyślane bardzo zgrabnie, aktorzy na scenie robią co mogą, aby ukręcić z tego scenariusza cokolwiek, ale tutaj realnie Skrzywanek-scenariuszowiec sam sobie wkłada kij w szprychy.

Nie ukrywam, że ten spektakl jest popisem aktorskich możliwości; wspomniana wcześniej Anna Radwan i jej Sara są niesamowite: jest gołą emocją, która panicznie chwyta się tego, co jej zostało w życiu, czyli tej przeklętej czerwonej sukienki, w której widzi spełnienie swoich marzeń. Bez względu na koszty chce osiągnąć swój cel; bolesna determinacja wypisana na jej twarzy jest naprawdę przytłaczająca.

Podobnie z Doboszem (tym aktorem, a nie chłopem z bębnem): jego Tyron w swojej bezradności również jest smutny i dotykający tego wrażliwego miejsca w serduszku. Bardzo dobrze skalibrowana rola, która w swoim zdesperowaniu balansuje na granicy bycia śmiesznym w swoich zachowaniu, ale nie popada w to, a jedynie podbija żałość jego sytuacji.

Wspomnę też o Robie Wasiewiczu w roli Harry’ego – naprawdę dobrze oddaje człowieka wyrzuconego na mieliznę, który stracił kontrolę nad swoim życiem na tyle, że nawet nie odważa się na większe marzenia. Bardzo podobało mi się to, co było proponowane ze sceny przez Wasiewicza, pokazał swoją miękką stronę, która mnie urzekła i była naprawdę dusząca. Zwykle widziałem go w rolach twardych i drapieżnych, dlatego ta bezsilność działała podwójnie, bo miałem poczucie, że widzę zdruzgotanego kogoś, kto zawsze był silny.

Poza aktorami mega robotę robi muzyka Marcina Maseckiego dopełniająca obrazu grozy i scenografia Grzegorza Layera – zbudowana z nieprzystających do siebie elementów, bardzo kolażowa i niedosłowna. I, tak realnie mówiąc, te elementy niosą „Requiem dla snu”: aktorzy, muzyka i scenografia. Cała warstwa treściowa w moim odczuciu grzęźnie i jest jeszcze mniej lotna niż by się mogło wydawać z tego, co tutaj szkicuję. Finalnie dostajemy kolaż fragmentów książki i filmu przepisanych na współcześniejsze warunki, które ledwo składają się na coś koherentnego. Trafiają się sceny, które naprawdę wybudzają z tego letargu np. wybornie poprowadzona sekwencja zamawiania na żywo przez aktorów narkotyków przez OLX. Niepokojące, z jaka łatwością można ot tak znaleźć ogłoszenia – jednak potem od tematu, który mógłby być interesujący, wracamy do pitolenia o tym, jak bardzo piękno stało się naszym balastem (co dodatkowo zaczyna śmieszyć, bo podawane jest ze sceny przez super pięknych ludzi, ale to już zupełnie na marginesie).

Nie wiem jak się z tym wszystkim czuć; może zmęczony, może zażenowany, może wdzięczny, bo też poczułem się znowu jak w liceum dzięki natchnionemu ubieraniu oczywistości w okrągłe słowa na scenie. No, ciężko - warto się wymęczyć dla wyplusowanych przeze mnie elementów, całą resztę zaorać i zasypać solą.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

05.05.2026

Sprawdź także