Logo
Recenzje

Przestrzenie opowieści

13.05.2026, 16:49 Wersja do druku

„Żywot i śmierć Pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia” Ishbel Szatrawskiej w reż. Adama Orzechowskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Maciej Kwaśniewski.

fot. Natalia Kabanow/mat. teatru

„Żywot i śmierć Pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia” doczekał się swojej drugiej inscenizacji, tym razem w reżyserii Adama Orzechowskiego na scenie Teatru Wybrzeże. Niestety jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu widz zostaje pozbawiony tego, co w dramacie Ishbel Szatrawskiej najcenniejsze: niepewności, napięcia i odkrywania kolejnych warstw historii. Materiały promocyjne w nachalny sposób wykładają fabułę jeszcze przed podniesieniem kurtyny, odbierając odbiorcy przyjemność z odnajdywania ukrytych sensów, plot twistów i subtelnych dramaturgicznych tropów, które w tekście Szatrawskiej stanowią fundament konstrukcji dramatu.

Łukasz Kos (reżyser kieleckiej inscenizacji) powiedział kiedyś, że „to jest taka sztuka Ishbel Szatrawskiej którą jak się pierwszy raz czyta to ma się wrażenie że jest wszystko i cały kosmos jednego człowieka”. W interpretacji Orzechowskiego oglądamy co najwyżej jedną planetę. Gdańska realizacja została niemal całkowicie pozbawiona wielowymiarowości. Ginie kwestia żydowskiej tożsamości, rozmywa się doświadczenie emigracji, a amerykański sen zostaje sprowadzony do banalnego schematu. Holocaust, maccartyzm i historyczne tło dramatu istnieją jedynie na marginesie opowieści.

Reżyser koncentruje spektakl przede wszystkim wokół wątku miłosnego Hersha, jednak również tutaj interpretacja Dawida Goldfarba wydaje się niezrozumiała i w rażący sposób oddalona od tego, co proponuje dramat Szatrawskiej. Bohaterowie Orzechowskiego są zaskakująco
płascy - pozbawieni psychologicznego zaplecza, wewnętrznych sprzeczności i życiowego ciężaru. Większość postaci niemal nieustannie krzyczy, funkcjonuje w agresji i nie dopuszcza do siebie innych emocjonalnych tonów.

Choć pojedyncze sceny komediowe wywoływały reakcje widowni, potencjał humorystyczny dramatu pozostał niewykorzystany. Reżyserowi nie udało się również osiągnąć zamierzonego efektu kiczu, przez co historia Hersha momentami niebezpiecznie osuwa się w patos. Gdy bohater mówi: „Zawsze miałem wyrzuty sumienia, że byłem szczęśliwy w getcie. Ludzie nie są szczęśliwi w getcie”, trudno uwierzyć w te słowa, ponieważ spektakl niemal całkowicie odbiera mu momenty szczęścia i światła. Hersh istnieje tu wyłącznie w cierpieniu (trip na LSD się nie liczy).

Zachwiana zostaje także dynamika samego dramatu oraz rozwój głównego bohatera. Woodstock nie staje się dla Hersha żadnym realnym przełomem, a zapowiadany „natychmiastowy życiowy ogar” w ogóle nie wybrzmiewa. Problematyczny okazuje się również całkowity brak psychologicznego realizmu. Hersh - człowiek straumatyzowany i zastraszony - zostaje pokazany jako agresywny i prowokujący agentów FBI. Jego ekspresja seksualna również nie koresponduje z jego doświadczeniami i wewnętrznym zahamowaniem. Mildred, europejska Żydówka, zostaje sprowadzona do roli pustej, naiwnej kobiety, a Ruth Libkin jest odarta ze swojej amerykańskości, jakby reżyser wyciągnął ją z archetypu „American housewife” o kilka scen za wcześnie.

Spektakl rozczarowuje również na poziomie muzycznym (choć “O Mein Papa” w wykonaniu córek Hersha robi wrażenie)
Sama scenografia pozostaje natomiast poprawna, funkcjonalna i momentami estetycznie interesująca, ale nie pozwala w pełni poczuć klimatu czasów w jakich dzieje się akcja dramatu. Spełnia swoje zadanie jedynie budując kolejne przestrzenie opowieści, jednak poza kilkoma bardziej efektownymi momentami jak noc Sylwestrowa 1970r, duża amerykańska flaga i wentylatory imitujące helikoptery - nie wnosi do spektaklu dodatkowej warstwy znaczeniowej. To scenografia raczej użytkowa niż twórcza; obecna, ale niebudująca własnego języka przedstawienia. Tym bardziej szkoda, bo pojedyncze elementy pokazują potencjał tej realizacji.

Na wyróżnienie zasługuje Frank Stern, sugestywna scena pożaru scenografii imitującej wioskę Komanczów, świetnie wykorzystane „Alabama Song” oraz teleturniej „Jak rozpoznać Żyda” - jeden z nielicznych momentów, w których spektakl rzeczywiście dotyka groteski i niewygodnego humoru obecnego w tekście Szatrawskiej. To właśnie tutaj inscenizacja na chwilę odzyskuje pazur, balansując między absurdem, społeczną satyrą a podszytym niepokojem komentarzem dotyczącym stereotypizacji i uprzedzeń. Scena jest rytmiczna, dobrze poprowadzona i wreszcie pozwala aktorom wyjść poza jednostajny rejestr emocjonalny dominujący przez większość przedstawienia. To jednak zdecydowanie za mało, by uratować spektakl, który zamiast wielowymiarowej opowieści o pamięci, emigracji i tożsamości staje się jedynie uproszczonym, emocjonalnie przerysowanym melodramatem.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także