„Profesor” Anny Wakulik w reż. Jana Hussakowskiego w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Zawsze wiedziałem, że Kielce i okolice to miejsca będące wykopaliskiem różnych dziwnych, ciekawych postaci – Baby Jagi, dzika Kiełka, mojej gorszej połówki, Ryszarda J. pseudonim Profesor oraz dwóch bardzo ważnych osób zasłużonych dla kultury, czyli Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Edyty Herbuś (wiadomo, że Edyta Herbuś bardziej). Z tej listy mniej lub bardziej istotnych osób zwracam swoje umęczone oczy w kierunku Ryszarda J., który jest głównym bohaterem najnowszej premiery w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (Żeromski nie był z Kielc, a w sumie jest go więcej niż ustawa przewiduje – kielczanie, uspokójcie się). „Profesor” w reżyserii Jana Hussakowskiego z dramaturgią Anny Wakulik skupia się na biografii tego chemika, który nie został nową Skłodowską, a poszybował bardziej w kierunku Waltera White’a. Ale na spokojnie, rozłóżmy ten spektakl odrobinkę na czynniki pierwsze, bo czemu by nie.
Główną osią fabularną tego 3-godzinnego widowiska jest życiorys wcześniej wspomnianego Profesora; twórcy podejmują śmiałą decyzję, aby przeprowadzić nas od jego młodzieńczych lat do niemalże końca jego zawodowej kariery. I traktują tę misję bardzo na serio. Jedziemy po datach i miejscach – od wczesnej edukacji do więziennych odsiadek. Przed naszymi oczami budowany jest obraz człowieka ambitnego i głodnego wiedzy od najmłodszych lat, niemalże geniusza; troszkę podbijane jest to do absurdu, na przykład gdy ukazuje się Ryszarda w wieku szkolnym grającego z matką w szachy bez patrzenia na szachownicę, gdy oblicza i obmyśla taktyki w swojej pamięci – niemalże gambit Kiełka. Wielokrotne zwycięstwa w olimpiadach i jego rozwój naukowy stają się preludium do perturbacji w życiu uczuciowym i zawodowym: porzuca ciepłą posadę w państwowej firmie na rzecz produkcji narkotyków dla Wojciecha Papiny i mafii Pruszkowskiej, w tym słynnego ze swoich średnio prozdrowotnych właściwości dopalacza „UFO”, który przyczynił się do śmierci kilku osób. I można by uznać, że ta biografia jest ciekawym materiałem na serial dla Netflixa, bo pełna jest zwrotów akcji, zdrad, wybuchów i wystrzałów, niemniej jednak momentami prowadzona przez Hussakowskiego staje się dla mnie wręcz nieznośnie męcząca. W teorii na scenie jest dużo akcji i dzieje się jeszcze więcej, ale z grubsza jest to w kółko to samo. Dostajemy obyczajową historię, która zostaje rozdmuchana do rozmiarów ogromnej willi i wygląda to tak, jakby zabrakło już czasu i kasy, żeby tę willę umeblować – imponuje, ale w środku okazuje się dość pusta.
Wspomniałem o tym, że w formie Netflixowego show ta opowieść działałaby lepiej – bo tak jest: 45 minut z akcją i koniec odcinka daje widzowi okazję, żeby zgłodnieć za dalszym ciągiem. W przypadku 3-godzinnego spektaklu nie mamy okazji zatęsknić za bohaterami i zacząć się zastanawiać jak rozwinie się całość. Przez to napięcie siada i bywały spore segmenty, które były dla mnie męczące i miałem poczucie, że do niczego nie prowadzą.
Jednak, żeby nie było, że jedynie się czepiam (jak zawsze) to poza warstwą fabularną znajduję punkty, które do „Profesora” przyciągały mnie w sposób niemalże magnetyczny. Bardzo trafnie Wakulik i Hussakowski łapią na scenie moment przemian społecznych i wkraczania Polski i całego społeczeństwa w szalone lata 90 i 2000 – tego dziwnego momentu zachłyśnięcia się wolnością i tego, na jakich zasadach działa nowy rynek. Obserwujemy upadek PRL-u i szybki skok w nowy, kapitalistyczny świat, który zdaje się mieć tyle samo okazji co pułapek. To jest ciekawa perspektywa i zostaje ona odmalowana na kieleckiej scenie z ogromną klasą i dbałością o dobór najbardziej reprezentatywnych przypadków.
Dodatkową kwestią jest też temat relatywizacji odpowiedzialności jak i dziedziczenie winy – Rysiek nigdy w pełni nie przyznał się do produkcji narkotyków, zawsze balansował w szarej strefie usprawiedliwiania się, że przecież to, co produkował, według prawa było substancją legalną, a dopiero po zmieszaniu dwóch składników przez kupujących powstawał narkotyk, więc tak naprawdę jego działanie nie było sprzeczne z prawem. Jednak co dzieje się z punktu widzenia moralności, skoro miał pełną świadomość tego, do czego substancje zostaną wykorzystane? Zdaje się, że główny bohater, wychowany w tym momencie przełomu epok, wyhodował sobie kręgosłup z gumy i nagina się na tyle, na ile się da, aby balansować między zbrodnią a działaniem nadal w świetle prawa. Jednocześnie – syn Ryszarda J., wychowany na nowych zasadach, gardzi swoim ojcem, co jest nie do pojęcia przez Ryśka, bo w jego odbiorze świata robił jedynie to, co musiał robić, aby przeżyć godnie. I to staje się dla niego najważniejsze, mimo, że na końcu pozostał zupełnie sam. Przez to powstaje na scenie postać dość niejednoznaczna – zachłanna na życie, ale zupełnie nie potrafiąca w nie grać. Ustala swoje własne zasady, które na przemian go unoszą i topią – w pewnym momencie zupełnie zapomina, że nie ma znaczenia czy jest na fali czy pod nią – prawdziwym problemem jest to, że został na środku morza bez łodzi i szansy na uratowanie. Co ważne: nie wydaje się, że chce ratunku, bo nie zmieniłby niczego, co zrobił w przeszłości.
Ogromnie podobało mi się, jak tę opowieść opakowała w ciekawą scenografię Joanna Walisiak – kawał dobrej roboty, przestrzenie przez nią proponowane są naprawdę zróżnicowane: od betonowych ścian z przeszkleniami do małego, skromnego wiejskiego domu, przez PRL-owskie mieszkania urządzone z duchem tamtej epoki. Solidna robota, mocno osadzająca wizualnie opowiadaną historię i – co dla mnie fajne – scenografia była tutaj poniekąd osobnym bohaterem, bo także opowiadała w jakim momencie przemiany się znajdujemy, a jednocześnie nie przeszkadzała aktorom na scenie; wielki ciepły uśmiech z mojej strony.
Aktorsko urzekła mnie para Ryśków – czyli Jacek Mąka (stary Rysiek) i Oskar Jarzombek (młody Rysiek). Dopełniali się bardzo dobrze na wszystkich etapach opowieści i wchodzili w ciekawy dialog między sobą – można było obserwować w którym momencie młody Ryszard zupełnie odpiął wrotki i dał się ponieść wirowi narkobiznesu oraz jak z tym skończył. Postacie budowane są na zupełnie innych emocjach, bo na różnych etapach życia, a jednak obu aktorom udało się stworzyć swoisty wspólny rdzeń. Poza tym, no nie ukrywam, że zawsze łaknę Jarzombka na scenie, bo po prostu go lubię. #guilty.
Ogólnie rzecz ujmując „Profesor” w moim odbiorze wyszedł średniawo; ciekawe elementy będące tłem wydarzeń zostają trochę przytłoczone samą warstwą biograficzną w której paradoksalnie dzieje się dużo, a tak naprawdę nie dzieje się nic - bo tak realnie to jest w kółko to samo. Fajna scenografia i dobre aktorstwo dały dużo satysfakcji (kiedy młody Rysiek zjeżdża pod scenę i spogląda na wysoko ustawioną nad nim kamerę – ciary!), ale i tak czuć było ciężar przeładowania treścią. Może gdyby potraktować biografię bardziej pretekstowo i wysunąć wspomniane przeze mnie motywy jeszcze bardziej na pierwszy plan to łatwiej by się przez to płynęło – nie wiem. Jestem tylko małą, słodką blogerką, a nie reżyserem i dramaturgiem. Niemniej, po „Profesorze” miałem smutne uczucie przesytu, tak jak wtedy, kiedy się zje za dużo ulubionych czipsików – było fajnie, ale w połowie czwartej paczki już czuło się, że to błąd.