„Paprykarz szczeciński” Michała Kmiecika w reż. Marcina Libera w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Strasznie się ociągałem z zobaczeniem tego spektaklu Marcina Libera, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że do Szczecina jedzie się absurdalnie długo (już szybciej jestem w stanie się dostać do Olsztyna, mieszkając na drugim końcu globusa polski), paprykarz mam w domu, bo jest to moje guilty pleasure – danie, przez które najpewniej dostanę raka żołądka i wykończy mnie ono szybciej niż polski teatr – oraz w sumie to chciałem załatwić dwie pieczenie przy jednym ogniu, czyli zobaczyć przy okazji jednego wyjazdu też „Sztukę protestu” Michała Buszewicza, ale na złość jakoś nigdy oba spektakle nie były grane obok siebie. Ale finalnie udało się zobaczyć chociaż to, co tam Liber nakombinował z Kmiecikiem. A poza tym, że bardzo lubię Marcina Libera solo za konsekwencję od lat w tym, jak tworzy spektakle, to jeszcze mam w sercu i w pamięci nadal fakt, że to duo stworzyło spektakl, który do dziś żyje rent free w mojej głowie, czyli „Być jak Steve Jobs. Bohaterowie polskiej transformacji. Ballada o lekkim zabarwieniu heroicznym”. Wspomnienie o spektaklu z 2013 odhaczone – można przejść do „Paprykarza szczecińskiego”.
Michał Kmiecik naprawdę napisał superzgrabny tekst, który z pozoru składa się na kolaż mniej lub bardziej ze sobą powiązanych scen, gdzie antropomorfizowane puszki tytułowej potrawy przeżywają mniej lub bardziej realne przygody, takie jak rodzenie dzieci, pracowanie w pracy, powodowanie wypadków drogowych, zakochiwanie się w sobie czy bycie uprowadzonymi przez UFO. Na pozór zwyczajne sytuacje, dzięki całej formie tekstu i ogrania go paprykarzami, nabierają mocno absurdalnego wydźwięku, pokazując codzienne ludzkie rozterki i losy („Człowieczy los” by Anna German softly playing in the background) jako nie tylko ciężar do odbębnienia, ale przede wszystkim okazję do odnalezienia w nich małej iskierki niezwykłości, absurdu czy też realizmu magicznego (to ja, Jan Jakub Kolski – bójcie się). Dodatkowo bardzo zmyślnie całość zostaje zamknięta w podwójnej klamrze, bo paprykarzowe puszki co jakiś czas budzą się spocone jak matka, kiedy budzi się ją o 23:00 i mówi, że na jutro ma być zielnik, kryształ z soli i wyhodowana rzeżucha, mówiąc, że śniło im się, iż są człowiekiem. Jednocześnie co jakiś czas jak echo powraca pytanie: „Czy dobrze się pan czuje? Uderzył się pan w głowę”, z lekkimi przebłyskami realności, że ten cały paprykarzowy haj to jedynie zniekształcony odbiór rzeczywistości przez faceta, który uderzył się w głowę w czasie wypadku.
Jednocześnie kolejną klamrą jest też fakt, że jawnie zostaje nam pokazane to, iż całą tę historię pisze na laptopie w kąciku sceny jeden mały paprykarz, który ewidentnie ma za niskie poczucie własnej wartości, jest w ogromnym kryzysie twórczym i szuka potwierdzenia, że to, co robi, jest dobre i godne uwagi. I chyba to jest dla mnie najistotniejszy element całości, który spina spektakl w coś więcej niż tylko mozaikę mniej lub bardziej zabawnych scenek – pochylenie się nad kryzysem twórczym i czuciem się jak pusta puszka po paprykarzu to clou spektaklu Marcina Libera. Jest to próba nakreślenia przestrzeni emocji, jakie towarzyszą osobom tworzącym coś, ale jednocześnie niepotrafiącym same siebie docenić. Ponadto fakt, że samemu nie jest się w stanie określić, czy to, co zrobiliśmy, nam się podoba, czy nie, nie jest wyznacznikiem tego, czy odbiorca nie uzna tego za coś pysznego jak dobrej jakości paprykarz. Mniam, mniam.
Poza dopakowaniem całości elementami humorystycznymi (uwielbiam cały motyw uprowadzenia paprykarza przez UFO, które kończy się tragicznym w skutkach porodem i sprowadzeniem na świat pasztetu podlaskiego) i ogromną ilością sucharów-gier słownych (Olga Paprykarczuk – kocham ciebie jak gwiazdki na niebie), znajduje się też przestrzeń na opowieści smutniejsze, które realnie mnie poruszyły, bo są to obawy z kategorii moich obaw ludzi chorych na głowę, czyli na przykład: co zrobić, jak nikt nie przyjdzie na moje urodziny i okaże się, że nikt mnie nie kocha, i nic nie jestem wart, a czerwień mojej krwi to tylko jakiś żart (siedzę sam w tej wieży bez dna).
„Paprykarz szczeciński” stoi naprawdę mocnym, zespołowym aktorstwem, bo na scenie dzieją się cuda wianki: tańce, piosenki, granie w różnych konwencjach w ciągu minuty, a aktorzy dowożą to wszystko bez zająknięcia. Ogromne wrażenie na mnie zrobiła zwłaszcza scena zbiorowego tańca puszek paprykarza – mega choreografia HASHIMOTOWIKSY.
No i nie mogę sobie odpuścić. Mirek Kaczmarek zrobił bardzo fajne kostiumy, duże puszki, w których przez prawie cały czas biegają aktorzy, są bezbłędne. Podobało mi się też to, jak łatwo można było je zmieniać w trakcie grania poprzez odczepianie wieczka z frontu puszki, aby ukazać swoją zawartość. Naprawdę fajna robota, idealnie dopełniająca ten absurdalny Liberowo-Kmiecikowy świat.
Bawił mnie mocno ten spektakl, fantastycznie napisany, dobrze poprowadzony reżysersko, z rozumem i godnością człowieka, rozbraja żartem wiele środowiskowych żali i jednocześnie przyjemnie prowadzi nas przez bliski ludzki wymiar życia twórczego. Mocno absurdalny, jakby wyciągnięty z sennej mary. Muszę się też zgodzić z tym, co padło ze sceny: nie ma nic gorszego niż rapujący aktorzy, a przynajmniej po 1939 roku. Ubawiłem się doskonale, wzruszyłem się bardzo mocno w niektórych momentach, ale przede wszystkim cieszę się, że Marcin Liber wrócił do bardziej spektaklowych spektakli, bo ostatnio miałem nieodparte wrażenie, że coraz bardziej jego projekty przypominały mini koncerty zespołu Nagrobki (nie mówię, że to coś złego, po prostu ja oczekuję od niego jako od twórcy czegoś innego). No, jestem prostym człowiekiem – rozczula mnie Konrad Beta w puszce wydający dźwięki spania i tańcowania. I jednocześnie najważniejsze pytanie na koniec: czy paprykarze śnią o paprykarzowych owcach?