„Jak uszczęśliwić faceta” Pierre’a-Henriego Théronda w reż. Richarda Dicka w Teatrze Capitol w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
Kieliszki prosecco, stoliki zamiast tradycyjnego układu widowni i dwaj aktorzy, którzy doskonale wiedzą, jak rozśmieszyć publiczność. „Jak uszczęśliwić faceta” Pierre’a-Henriego Théronda w Teatrze Capitol to propozycja, która nie sili się na teatralną powagę. Jej żywiołem jest komedia, narzędziem – erotyczna prowokacja, a największym atutem – Michał Rolnicki i Mateusz Znaniecki. To właśnie oni sprawiają, że opowieść balansująca między pikantnym żartem a refleksją nad męską naturą nabiera scenicznej energii.
Już sama przestrzeń przedstawienia wpływa na jego charakter. Nie siedzimy w tradycyjnej sali teatralnej, lecz we wnętrzu przypominającym kawiarnię, przy stolikach, z kieliszkiem prosecco w zasięgu ręki. Formuła Capitol by Night sprzyja swobodnej atmosferze, w której teatr spotyka się z klimatem wieczornego spotkania towarzyskiego. Publiczność nie tylko obserwuje perypetie bohaterów, lecz także reaguje na ich poczynania, stając się częścią tego wydarzenia.
Punktem wyjścia jest pomysł tyleż prosty, co wdzięczny komediowo: mężczyzna prowadzi rozmowy z własnym seksualnym alter ego, które ma na jego życie zupełnie inny pomysł niż rozsądna, racjonalna część osobowości. Zderzają się tu potrzeba bliskości i pragnienie trwałej relacji z biologicznym impulsem, niecierpliwością i niechęcią do komplikowania sobie życia uczuciowego. Z tego konfliktu rodzą się nieporozumienia i okazje do żartów, których autor nie zamierza przesadnie łagodzić.
Pod warstwą erotycznych aluzji kryje się jednak temat ciekawszy niż sama możliwość opowiadania o seksie bez skrępowania. Chodzi o mężczyznę, który nie zawsze potrafi pogodzić własne deklaracje z rzeczywistymi pragnieniami. O rozdźwięk między tym, co wypada, jak chciałby postrzegać siebie, a tym, co podpowiadają instynkty. Thérond przygląda się męskiej niedojrzałości z przymrużeniem oka, choć nie wszystkie sytuacje prowadzą do równie odkrywczych wniosków. Sztuka mogłaby mocniej wybrzmieć jako opowieść o odpowiedzialności, intymności i trudnościach w budowaniu relacji. Nie zawsze jednak jej potencjał zostaje w pełni wykorzystany.
Na szczęście aktorzy potrafią wydobyć komizm nawet z sytuacji opartych na dość oczywistym pomyśle. Michał Rolnicki z łatwością nawiązuje kontakt z publicznością. Uważnie reaguje na jej zachowanie, umiejętnie podaje żart i potrafi wyczekać właściwy moment na puentę. Ta swoboda ma szczególne znaczenie w spektaklu, którego rytm zależy nie tylko od tekstu, ale również od porozumienia między sceną a widownią.
Mateusz Znaniecki wnosi natomiast szczególny rodzaj scenicznej lekkości i wdzięku. Jego komediowość nie polega wyłącznie na podkreślaniu dosadności sytuacji. Liczą się także sposób prowadzenia dialogu, reakcje na partnera i umiejętność budowania postaci, która nie staje się jedynie pretekstem do kolejnych obscenicznych skojarzeń. Znaniecki ma wyczucie konwencji, dzięki czemu przedstawienie nie zamienia się w konkurs na najbardziej prowokacyjny dowcip. Pokazuje, że nawet frywolna materia może zyskać sceniczną klasę, jeśli aktor nie zapomina o formie.
Najwięcej dzieje się w momentach, kiedy spektakl otwiera się na improwizację i bezpośrednią interakcję. Aktorzy opuszczają wówczas bezpieczny teren wyznaczony przez tekst i sprawdzają, jak zachowa się konkretny widz. Powodzenie takich scen bywa nieprzewidywalne: wiele zależy od reakcji osoby wciągniętej do zabawy i umiejętności zachowania komediowego tempa. W najlepszych momentach przedstawienie nabiera niepowtarzalności, a publiczność ma poczucie uczestnictwa w zdarzeniu, którego nie da się dokładnie odtworzyć następnego wieczoru.
Nie każdemu jednak taka formuła musi odpowiadać. Bezpośrednie angażowanie widzów może przynieść znakomity efekt, ale również wywołać zakłopotanie, zwłaszcza gdy żart dotyka intymności lub obyczajowych przyzwyczajeń. Także sam temat nie wszystkich rozbawi w równym stopniu. Jedni przyjmą go z entuzjazmem, inni uznają, że spektakl zbyt łatwo korzysta z seksualnych stereotypów. Wiele zależy więc od wykonania, a Rolnicki i Znaniecki na ogół potrafią nadać scenom odpowiednią temperaturę.
Warto pamiętać o doświadczeniu obu aktorów, od lat związanych z Teatrem Śląskim w Katowicach, gdzie stworzyli role pozwalające docenić ich warsztat w znacznie szerszym repertuarze. W Capitolu korzystają z innych środków niż w dramacie psychologicznym czy klasycznej inscenizacji, ale komedia wcale nie jest zadaniem łatwiejszym. Wymaga precyzyjnego rytmu, umiejętności operowania pauzą i wyczucia, kiedy podkreślić pointę, a kiedy pozwolić jej wybrzmieć. Doświadczenie wykonawców wyraźnie procentuje.
„Jak uszczęśliwić faceta” nie próbuje wywracać teatralnych przyzwyczajeń do góry nogami ani proponować pogłębionej analizy męskiej psychiki. Najważniejsza pozostaje dobra zabawa. Szkoda jedynie, że historia o zderzeniu instynktu z potrzebą emocjonalnej bliskości niekiedy ustępuje miejsca komediowej prowokacji. Wtedy śmiech mógłby prowadzić do refleksji, zamiast jedynie zamykać kolejne sceny efektowną puentą.
Spektakl spełnia jednak swoje podstawowe zadanie. Publiczność bawi się znakomicie, a kameralna przestrzeń Capitolu sprzyja swobodnej, niemal klubowej atmosferze. Największą wartością tego wieczoru pozostają Rolnicki i Znaniecki – ich sceniczna chemia, doświadczenie i umiejętność nadawania lekkości nawet najbardziej dwuznacznym sytuacjom.
To propozycja dla tych, którzy od teatru oczekują przede wszystkim rozrywki i nie boją się humoru przekraczającego granice konwencjonalnej przyzwoitości. Pod pikantnym tytułem kryje się bowiem nie tyle recepta na szczęście mężczyzny, ile komediowa opowieść o jego wewnętrznych sprzecznościach. A jeśli po wyjściu z teatru pozostanie coś więcej niż wspomnienie udanych żartów, będzie to dodatkowa wartość tego spotkania.