„Oresteja” na motywach trylogii Ajschylosa w reż. Luka Percevala w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”.
W warszawskim Narodowym na dużej scenie odbyła się premiera „Orestei” według Ajschylosa, tragedii otwierającej dzieje europejskiego dramatu.
Teatr wraca do źródeł, zatacza koło czy też ukazuje, jak silnie wiąże się współczesność z odległą przeszłością? Luk Perceval, jeden z najważniejszych twórców europejskich, nie patrzy na teksty sprzed 2,5 tys. lat jak na znaleziska czy zapiski wydobyte z archiwów. Dostrzega w nich ten sam gorący puls emocji, idei i myśli, które towarzyszą ludziom od zawsze. Klasyka jest dla niego żywą częścią teraźniejszości.
W półmroku sceny wznosi się potężna piramida. Wypełnia niemal całą przestrzeń. Światło padające na schody maluje na niej rozmaite kształty, cienie, półcienie i jasne plamy. Na szczycie majaczy postać. To trojańska królowa Hekuba (Danuta Stenka), która z trudem wydziera z trzewi pieśń skargi po ostatecznej zagładzie miasta. Troi już nie ma, najeźdźcy zrównali miasto z ziemią. Majestat piramidy jest milczącym świadkiem lamentu.
Zwycięzcy wracają z brankami i łupami do domów. Niektórzy błąkać się będą latami jak Odyseusz. Inni pojawią się u siebie szybko jak Agamemnon, zwycięski wódz Greków, powracający do Argos, miasta Pelopidów. Nie będzie to jednak powrót triumfalny.
Klątwa zawisła nad rodem Pelopidów od czasów, gdy Pelops zdobył podstępem tron. Kiedy jego wnuk Agamemnon śpieszy na wojnę trojańską, poświęca bogom swoją córkę Ifigenię, aby sprowadzić przychylne wiatry. Budzi to nienawiść jego żony Klitajmestry, która podczas wojny wiąże się z Ajgistosem. Kiedy król wraca spod Troi, kobieta dokonuje krwawego mordu. I uznaje swój czyn za sprawiedliwe wyrównanie rachunków. W budzącej zgrozę spowiedzi z dumą opowiada o zapłacie za śmierć córki i wiarołomstwo Agamemnona. Zbrodnia rodzi zbrodnię, pomstę dopada pomsta. I tak bez końca.
Na odwet czeka córka Agamemona, Elektra. Wspiera swojego brata Orestesa w postanowieniu dokonania matkobójstwa. Orestes skrycie przybywa do pałacu i zabija najpierw Ajgistosa, potem matkę. U Ajschylosa tu zatrzymuje się karuzela dziedziczonej przez pokolenia przemocy – zamiast zemsty wkracza prawo, Orestes postawiony przed sądem zostanie uniewinniony. Następują czasy sprawiedliwości, z odmętów zbrodni wyłania się państwo prawa. Perceval podaje to kojące przesłanie w wątpliwość.
Swoją skondensowaną opowieść o przemocy i zemście jako regulatorach życia zamyka po zbrodni Orestesa, zostawiając matkobójcę w rozpaczy. Krąg przemocy wcale nie zostaje przerwany – kto wie, co nastąpi, doświadczamy tego niemal codziennie. 2,5 tys. lat po prapremierze „Orestei”, tragedii założycielskiej Europy, zasada zemsty, odwiecznej szafarki życia i śmierci, nadal obowiązuje.
Perceval w nadpisanym na trylogii Ajschylosa, jak powiada, „palimpseście” dokonuje nie tylko kondensacji, ale i znamiennych modyfikacji.
Pozostawia na scenie Chór (w tej roli Mariusz Bonaszewski), ale pozbawia go głosu. Zamiast jego komentarzy słyszymy nieartykułowane dźwięki. Reprezentant ludu został wyzuty ze swoich prerogatyw, już nikt go nie słucha. Można to różnie czytać – jako świadectwo utraty prawa głosu wobec upadku znaczenia opinii publicznej, pozbawionej narzędzi oddziaływania (śmierć prasy, śmietnik internetu, manipulacje), albo jako pokaz starcia wielkich zbrodniarzy, które i tak traci na znaczeniu, skoro kołem historii obraca kto inny.
W „Orestei” Percevala pojawia się jeszcze jedna niema postać. To Ifigenia (Hanna Wojtóściszyn) tkwiąca na stopniach piramidy jak wyrzut sumienia. Jest ciężarem, którego nie można przeoczyć.
Na stopniach piramidy, co pewien czas wprawianej w majestatyczny, kolisty ruch, pojawiają się kolejne bohaterki. Każda przybywa ze swoją misją. Kasandra (Karolina Staniec), cierpiąca poniżenia siostra pięknej Heleny, branka Agamemnona, zapowiada zagładę zwycięzców. Ale prorokini nikt nie słucha. Klitajmestra (Aleksandra Justa) przygotowuje się do odwetu na mężu, który dla kariery zamordował własną córkę. Elektra (Ewa Bukała), siostra zamordowanej, czuje się strażniczką zasad etycznych, rozgrzesza ojca, przyznając sobie prawo osądzania.
Mężczyźni w tej rozgrywce znaczą mniej. Mimo że tragedia tytuł zawdzięcza Orestesowi, mściciel pojawia się dopiero w czwartej części widowiska. Najpierw poznamy Ajgistosa (Cezary Kosiński), kilkakrotnie obiegającego piramidę jak czujny strażnik. Potem jako wierny wykonawca woli Klitajmestry, mający także swoje porachunki z Agamemnonem, schodzi z pierwszego planu. Wreszcie przybywa Agamemnon (Robert Czerwiński), morderca-ofiara. Na szczycie piramidy rysuje się zwalista postać ponurego zwycięzcy w czarnym garniturze. Powoli schodzi ze schodów, aż rozbrzmiewa echo tej przyciężkiej wędrówki, podczas której widać, że bierze w posiadanie swoje królestwo.
Piramida znowu obraca się niczym młyny sprawiedliwości. Te obroty poprzedzają przybycie Orestesa – bliźniaczo podobnego do ojca (rolę Agamemnona i Orestesa gra ten sam aktor). Wprawdzie Orestes nie był świadkiem zbrodni ojca i matki, zbyt wówczas młody i niewinny, ale teraz to on musi dokonać pomsty. Nie będzie mu łatwo, choć matka wie, że zemsta jest nieuchronna i nawet mu ją ułatwia, ale Orestes poddaje się losowi z wielkim wysiłkiem.
W zapowiedziach przed premierą Perceval akcentował, że interesuje go nie tyle dawna opowieść z mitycznej Grecji, ile to, co kieruje bohaterami, że dąży do pokazania na scenie człowieka, jego rozterek, dramatów, walki, takich samych przed wiekami i teraz. Chce tę opowieść zbliżyć do współczesnego człowieka. Paradoksalnie jednak, budując monumentalną przestrzeń sceniczną, oddala bohaterów od widzów: stają się mniej widoczni na schodach historii, a czasem również mniej słyszalni – zwłaszcza walka poniżonych kobiet o możliwość wygłoszenia skarg bywa trudna do przekazania.
Kto wie jednak, czy ta monumentalizacja, pewna hieratyczność gestu i czynu, zmieszana z ekstremalnymi reakcjami, nie staje się sojusznikiem reżysera, nie przybliża mimo wszystko postaci widzowi.
Ostatecznie po wielkich nawet przedstawieniach pozostają w pamięci poszczególne obrazy, znaczące chwile, czasem kosztem całości. Z wielkiego spektaklu „Orestei” Petera Steina (trwał pięć godzin) sprzed ponad 40 lat pamiętam przede wszystkim ten moment, kiedy po zamordowaniu Agamemnona opadała na całą wysokość sceny (a ściślej holu Teatru Wielkiego w Warszawie), czerwona szarfa. Jej krwistość działała jak rażenie piorunem. Ze spektaklu Percevala w pamięci zostaną mi „spacer” Agamemnona po schodach i wysiłki Chorusa pchającego piramidę – koło historii. I pytanie: kto ten kołowrót zatrzyma?
„Oresteja" na motywach trylogii Ajschylosa, scenariusz i reżyseria Luk Perceval, przekład Tadeusz Stawek, Teatr Narodowy w Warszawie, premiera 10 października 2026