Są aktorzy, których zapamiętujemy dzięki rolom. Są tacy, którzy potrafią zawładnąć sceną jednym gestem, spojrzeniem, pauzą. I są wreszcie tacy, którzy stają się częścią tożsamości teatru. Wojciech Leśniak należy do tych ostatnich. Potrafi rozbawić publiczność do łez, by w zupełnie innym spektaklu zmusić ją do przejmującego milczenia. A kiedy opada kurtyna i mijają premierowe emocje, Wojciech znów zaskakuje. Od lat każdą premierę podsumowuje kabaretem - własnym, pełnym humoru, celnych obserwacji i historii, których widzowie zwykle nie poznają. Nie chciałam rozmawiać z Wojciechem Leśniakiem wyłącznie o pięćdziesięciu latach pracy artystycznej. Chciałam zrozumieć, skąd bierze się jego sceniczna wszechstronność, jak udaje mu się z taką swobodą poruszać między komizmem a tragedią i dlaczego po tylu latach wciąż potrafi zaskakiwać. Interesowało mnie również, czy poczucie humoru jest sposobem na oswajanie rzeczywistości, czego teatr uczy o ludziach i co sprawia, że niektórzy artyści stają się dla swojego teatru kimś absolutnie niezastąpionym. Z aktorem Teatru Zagłębia w Sosnowcu rozmawiała Aleksandra Marzyńska.
Człowiek, który potrafi śmiać się z samego siebie, jest znacznie trudniejszy do pokonania niż ten, który traktuje siebie śmiertelnie poważnie. To Twój sposób na życie? Pomaga Ci w teatrze i na co dzień, wśród ludzi?
Przede wszystkim muszę zacząć od mojego taty. Był wspaniałym aktorem, podobnie jak moja mamusia. Właściwie wychowywałem się w teatrze. Kiedy skończyłem szkołę teatralną, tatuś uznał, że powinien przekazać mi kilka rad na zawodowe życie. Pierwsza brzmiała: „Pamiętaj, synku, w teatrze wolno ci wszystko. Jednej rzeczy nie wolno — nie wolno ci się dziwić”. Przyznam szczerze, że akurat tej rady nie posłuchałem. Do dziś nieustannie się dziwię! Druga rada dotyczyła nagród. Tatuś mówił: „Synku, jeśli Bóg da i dostaniesz jakąkolwiek nagrodę, ciesz się. Ale tylko tego dnia. Następnego dnia wracasz do normalnej pracy”. I tej zasady przestrzegam przez całe życie. Mam sporo nagród i każda sprawiała mi ogromną radość. Ale następnego dnia zawsze była zwyczajna robota. Zawsze starałem się też, żeby mnie nie zaszufladkowano. Kiedy dostawałem nagrodę za rolę komediową, marzyłem o wyróżnieniu za dramat. Kiedy udało się w dramacie, chciałem sprawdzić się w farsie. I tak się składało, że te marzenia się spełniały. Udało mi się również wyreżyserować kilka fars i komedii. A poczucie humoru? Wydaje mi się, że albo się je ma, albo nie. Tego nie można się nauczyć. Życie bywa przecież tak smutne, że czasem wolę sięgnąć po książkę, niż słuchać kolejnych wiadomości. Gdyby jeszcze zabrakło mi poczucia humoru i dystansu do samego siebie, byłoby naprawdę ciężko. Uwielbiam zbierać dowcipy, robić kawały kolegom na scenie. Może dlatego tak dobrze dogaduję się z młodymi ludźmi. Pracowałem przecież jako pedagog, wykładałem w akademii muzycznej, współpracowałem też z licealistami. Nie tyle ich uczyłem, ile robiłem z nimi małe przedstawienia i pokazywałem teatr od kulis. Chyba czują, że nie traktuję siebie śmiertelnie poważnie.
A skoro mowa o porażkach…. oczywiście, że je miałem. I to bolesne. Pierwsza rola w Teatrze Zagłębia była moją potworną porażką. Do dziś o niej pamiętam. Przyszedłem tutaj z Bielska, gdzie świetnie mi się pracowało i grałem duże role. Dyrektor Jan Klemens zaufał mi, angażując mnie do teatru, a potem zaproponował mi tytułową rolę w „Mazepie” Słowackiego. Klasyka, romantyzm! Myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. I niestety - mówiąc wprost - dałem ciała. Nie zrozumiałem roli. Byłem za młody. Wydawało mi się, że wystarczy wejść na scenę jak watażka, z szablą i wszyscy padną na kolana. A tu nic z tego. Było słabo. Poszedłem do dyrektora Klemensa i powiedziałem: „Dyrektorze, przepraszam cię. Zaufałeś mi, a ja zawiodłem. Chciałbym na rok, może dwa, odpocząć od zawodu”.
Jestem z wykształcenia technikiem mechanikiem, więc myślałem, że wrócę do warsztatu. Klemens mnie objął - do dziś pamiętam ten gest – i powiedział: „Wiesz, Wojtuś, role są między innymi po to, żeby je kłaść”. To było coś niebywałego. Każdemu aktorowi życzyłbym takiego zawodowego ojca. Nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby wtedy odpowiedział: „Dobrze, idź, odpocznij, wróć do warsztatu”. A jednak zostałem. Dzięki niemu. I myślę, że potoczyło się całkiem nieźle. Ta porażka nauczyła mnie, żeby z kolejnych nie robić już takiego dramatu. Lepiej poszukać przyczyny, zrozumieć, co nie wyszło, i próbować to poprawić.
Bardzo ujmuje mnie to, jak opowiadasz o rodzinie. O rodzicach mówisz „tatuś”, „mamusia”. To dzisiaj rzadko spotykane, zwłaszcza u dorosłego człowieka. Widać, jak silna jest ta więź. Zastanawiam się, czy dorastanie w domu, w którym tak otwarcie okazywano uczucia, wpłynęło również na Twoje aktorstwo, na umiejętność przekazywania emocji, na wiarygodność na scenie?
Zacznę od końca, bo powiedziałaś, że jestem dobrym aktorem. A mój tatuś zawsze powtarzał: „Pamiętaj, synku, niech inni mówią o tobie, że jesteś dobry. Samemu lepiej tego nie mówić”. Wolę więc powiedzieć, że jestem aktorem spełnionym. Zagrałem piękne role, a opinie publiczności, środowiska i otrzymane nagrody dają mi poczucie, że ta praca miała sens. Ale wrócę do dzieciństwa. Najpiękniej wspominam święta. To tatuś organizował nasze wakacje i świętowanie, pisał wierszyki, wymyślał niespodzianki. Tworzył niesamowitą atmosferę. Odkąd pamiętam, święta spędzaliśmy w domu, razem. Choć zapraszano nas na wyjazdy, tatuś zawsze powtarzał: „Nie, to rodzinne święto”. I nigdy nie było nudno. Miałem czternaście lat, kiedy wreszcie odkryłem, jak podrzuca prezenty pod choinkę. Wcześniej próbowałem go szpiegować, ale był sprytniejszy. Mieszkaliśmy na wysokim parterze. Tatuś zapowiadał, że idzie do kuchni przygotować bigos i nie wolno mu przeszkadzać. Tymczasem wychodził na zewnątrz, przystawiał drabinę do okna i przez nie wnosił prezenty do pokoju. Potem wracał do kuchni, a ja pilnowałem drzwi, przekonany, że nigdzie się nie ruszył. Kiedy pojawiały się podarki, słyszałem tylko: „Dzieciątko przyniosło!”. Długo w to wierzyłem. A babcia? Babcia była moją wielką miłością. Dawała mi ogromnie dużo ciepła. Mamusia natomiast była naszym centrum organizacyjno-zaopatrzeniowym. Wystarczyło, że wspomniałem, iż mam ochotę na cukierka, a ona już szukała sposobu, żeby go zdobyć. Rodzice robili dla mnie wszystko, nawet kiedy sami byli w trudnej sytuacji finansowej. Dopiero po latach zrozumiałem, ile ich to kosztowało. Pamiętam też mój filmowy debiut w „Drugim brzegu”. Miałem dziewięć lat. Marzyłem o wyścigowym rowerze, a tatuś — który również występował w filmie — kupił mi czeski rower sportowy. Powiedział, że dostałem go za własną pracę, za udział w filmie. Chciał, żebym nie miał poczucia, że rodzice musieli sobie czegoś odmówić, żeby spełnić moje marzenie. A przecież jako mały chłopak udzieliłem kiedyś wywiadu, w którym zapytano mnie, czy zostanę aktorem. Odpowiedziałem, że nie, bo tatuś i mamusia pracują całymi nocami, a pieniędzy ciągle nie mają! Tak to wtedy widziałem. Jednocześnie nigdy nie odczułem w domu braku miłości ani troski. Może właśnie dlatego te rodzinne więzi są we mnie tak mocne.
Potrafisz rozbawić widownię do łez, choćby w „Wojaku Szwejku”, „Kto puka?” czy „Lady Mayday”. Reżyserowałeś też farsy. Ale potrafisz również zagrać tak, że człowiekowi zapiera dech w piersiach, wspomnę chociażby Twój monolog Hamleta, za który otrzymałeś nagrodę dziennikarzy na festiwalu szekspirowskim. Co jest trudniejsze: rozśmieszyć widza czy sprawić, żeby po spektaklu długo myślał o tym, co zobaczył?
Wyobraź sobie, że mówię monolog Hamleta i nagle zapominam tekstu. Zapada pauza. Można ją jakoś zagrać, wykorzystać. A teraz wyobraź sobie to samo w farsie. Zapominam tekstu na trzy, cztery, pięć sekund. Na scenie to cała wieczność! Widz natychmiast wie: „O, dziura! Zapomniał!”. Dlatego uważam, że farsa jest jedną z najtrudniejszych form aktorstwa. Mówię o graniu, nie o tym, jak odbiera to publiczność. Kiedy studiowałem w Warszawie, oglądałem wielkich mistrzów, między innymi Gustawa Holoubka. Nie pamiętam, żebym widział go w farsie. W dramacie był genialny, ale farsa to ogromne ryzyko. W dramacie można czasem widza oszukać. W farsie świadomie robisz z siebie idiotę i musisz jeszcze przekonać widza, że naprawdę nim jesteś. To piekielnie trudne. Dlatego twierdzę, że komedię i farsę gra się trudniej niż dramat.
A z tym monologiem Hamleta wiąże się niezwykła historia. To był właściwie przypadek. Nigdy nie rozmawiałem z kolegą grającym Hamleta o tym, że ktoś inny miałby wygłosić jego najsłynniejszy monolog. Uważałem, że nie wypada. Gdybym sam grał Hamleta i ktoś chciał mi zabrać „Być albo nie być”, chyba zrezygnowałbym z roli. Podobno kolega sam się na to zgodził, ale podkreślam: podobno. Nie rozmawiałem z nim o tym. Na próbie reżyser, Jacek Jabrzyk, zapytał, czy ktokolwiek wyobraża sobie „Hamleta” bez tego monologu. Oczywiście wszyscy uznali, że nie. Zaczęła się rozmowa: kto miałby go powiedzieć, w jakiej konwencji? I wtedy padła propozycja jednego z kolegów: „A gdyby powiedział to Wojtek?”. Pomyślałem: „Ty draniu, chcesz starego zgreda wpuścić w kanał! Albo się nie nauczę, albo wszystko zepsuję!”. Reżyser zapytał, czy się podejmę. A ja, oczywiście, powiedziałem: „Jasne!”. Ambicja nie pozwoliła mi odmówić.
Przysięgam, gdybym poświęcał każdej roli tyle czasu co temu monologowi, zostałbym chyba Alem Pacino! Jeździłem na moją ukochaną wieś, wychodziłem do lasu i powtarzałem go po sto, sto pięćdziesiąt razy dziennie. Krzyczałem te słowa między drzewami. I doszedłem do wniosku, że ten monolog faktycznie powinien mówić człowiek dojrzały, który już czegoś w życiu doświadczył. To przecież zbyt poważne sprawy, żeby sprowadzić je wyłącznie do emocji. Widziałem filmowych Hamletów z Innokientijejem Smoktunowskim i Laurence’em Olivierem. Hamlet wychodził na środek, światło padało na niego i zaczynał: „Być albo nie być”. Wiedziałem, że ja nie chcę tego robić w taki sposób. Pomyślałem: usiądę na krześle i będę mówił prosto do ludzi. Jabrzyk zaproponował, żebym zamiast na krześle usiadł na scenie. Tak zrobiliśmy. Cały monolog powiedziałem dopiero na pierwszej próbie generalnej. Wcześniej nie wykonywałem go w całości na próbie. Do dziś to ogromne przeżycie. Garderobiana, kiedy schodzę ze sceny, mówi mi: „Najpierw się uspokój, potem będę cię przebierać”. Bo w tym monologu jest wszystko: Bóg, życie, śmierć, człowiek. Wszystko.
Kiedy ogląda się Ciebie w teatrze, wszystko wygląda tak lekko: wychodzisz i po prostu robisz swoje. Tylko że to chyba największa iluzja, bo za tą lekkością kryje się przecież ogrom pracy…
Oczywiście i powiem Ci na przykładzie. Mój przyjaciel bardzo chciał zobaczyć, jak powstaje film. Załatwiłem mu możliwość przyjścia na plan, dostał nawet specjalną plakietkę. Po pewnym czasie podszedł i zapytał: „Wojtek, o której kończysz?”. Odpowiedziałem, że nie wiem. „To zadzwoń do mnie, jak będziesz wiedział, bo przyjadę po ciebie”. Przyjechaliśmy jednym samochodem, a on nie mógł już wytrzymać z nudów!
Kiedyś zaprosiłem na próbę dziewczynę, którą przygotowywałem do szkoły teatralnej. W pewnym momencie usłyszałem chrapanie. Odwracam się — zasnęła! I wcale się jej nie dziwię. Dochodzenie do efektu bywa żmudne, czasochłonne, chwilami zwyczajnie nudne. Mówię oczywiście o aktorach, którym naprawdę zależy. Dla mnie praca nie kończy się, kiedy wychodzę z teatru. Cały czas myślę o roli: może zagrać to inaczej, może spróbować czegoś nowego? Zdarza mi się rozważać to nawet podczas jazdy samochodem, czego nie powinienem robić. Teatr to moje drugie życie. Pierwszym zawsze jest rodzina.
Widzowie kochają Cię nie tylko po obu stronach Brynicy. Grałeś w gwarze śląskiej, występujesz w Teatrze Zagłębia, a Twoja popularność daleko wykracza poza teatr. Czy przełomem była „Sobota w Bytkowie”?
To trwa już wiele lat, ale rzeczywiście „Sobota w Bytkowie” była ważnym momentem. Telewizja regionalna miała wtedy ogromną oglądalność. No i magia telewizji jest niesamowita. Na scenie trzeba zagrać dziesiątki spektakli, żeby dotrzeć do tylu ludzi, do ilu dociera jeden odcinek programu telewizyjnego. Miewaliśmy nawet półtora miliona widzów. Ile przedstawień trzeba by zagrać, żeby zgromadzić taką publiczność?
Z rozrzewnieniem wspominam tamten czas. To był jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia zawodowego. Popularność przyniosła mi same sympatyczne, czasem zaskakujące sytuacje. Nie miałem z nią przykrych doświadczeń. Oczywiście sława potrafi człowiekowi uderzyć do głowy. Nie uległem jej, ale przyznaję z ręką na sercu: bardzo łaskotało to moje ego! W Chorzowie, Siemianowicach czy Świętochłowicach zdarzało się, że przez półtorej godziny rozdawałem autografy. Coś niebywałego. A dużą część listów pełnych sympatii dostawałem właśnie z Zagłębia.
Wyprowadź mnie z błędu, ale myślę, że nie każdy powinien odnieść sukces. Nie każdy jest na tyle silny, żeby go udźwignąć.
Nie każdy potrafi poradzić sobie z popularnością i sukcesem. Mnie chyba pomogło to, co wyniosłem z domu, i fakt, że miałem już rodzinę.
Całe Twoje życie aktorskie pokazuje, że sukces traktujesz jako coś miłego, dającego satysfakcję, ale nie jako zwolnienie z dalszej pracy. Zdobywałeś rozliczne nagrody, a jednak szczególnie ważna okazała się ta związana z monologiem Hamleta.
Wiesz, przy wielu nagrodach byłem zaskoczony, że doceniono akurat tę rolę. Zastanawiałem się: dlaczego właśnie ona? W „Hamlecie”, poza monologiem, mam właściwie epizod, zaledwie dwie minuty. A za sam monolog dostałem tak piękną nagrodę! Co ważne, to międzynarodowy festiwal, a nagrodę przyznali mi dziennikarze. Nigdy nie byłem szczególnie blisko tego środowiska, dlatego tym bardziej było to dla mnie wzruszające. Żałuję tylko, że nie mogłem z nimi porozmawiać. Ale dyplom, z pięknym uzasadnieniem będzie u mnie zawsze wisiał na honorowym miejscu.
Masz też na koncie wiele Złotych Masek...
Tak, mam najwięcej w województwie Złotych Masek, dostałem też nagrody ministerialne. Pamiętam, jak na Festiwalu Górnośląskim, główną nagrodę podzielono między mnie a Henryka Talara. Obaj graliśmy szatanów i obaj byliśmy łysi. Rozmawialiśmy w garderobie, dlaczego akurat nas nagrodzono. A Talar na to: „Bo lubią łysych!”.
Mówiliśmy o Wojtku synu, wnuku, mężu i aktorze. Ale po premierach schodziłeś do teatralnego bufetu i zaczynało się coś, na co wszyscy czekali: Twoje słynne kabarety. Wchodziłeś, gwar milkł, wszyscy odwracali się w Twoją stronę, a Ty zaczynałeś deklamować. Skąd wzięła się ta tradycja?
Pisałem rymowane kabarety. Doskonale wiem, jakie to były rymy, czasem na zasadzie „tu jest kołek, tam jest stołek”. Ale chodziło o coś więcej. Na końcu scenariusza zostawiałem zawsze czystą kartkę i notowałem wszystko, co warte zapamiętania. Chciałem zapisywać historię powstawania przedstawienia, wyłapywać zabawne sytuacje, przejęzyczenia, czasem komuś delikatnie wbić szpilkę. To także dokumentacja teatralnego życia. Bywali widzowie, którzy przychodzili specjalnie na te kabarety. Nie mogli dostać biletu na premierę, więc czekali, aż spektakl się skończy i schodzili do bufetu. Zdarzało się, że ludzie stali na korytarzu i wołali: „Wojtek, głośniej!”.
Największym problemem było dla mnie przepisywanie tych tekstów. Pomagał mi śp. Zbyszek Leraczyk, kolega jeszcze ze szkoły teatralnej. Dostawał moje brudnopisy i czasem dzwonił późno w nocy: „Wojtek, coś ty tu napisał? Bazgrzesz jak kura pazurem!”. Czytał mi na głos i razem dochodziliśmy, co miałem na myśli. To była wspaniała współpraca. Koledzy z innych teatrów pytali mnie, czy to prawda, że prowadzę po premierach własny kabaret. Dyrekcja proponowała kiedyś wydanie tych tekstów, ale nie chciałem. Były pisane dla nas i dla ludzi, którzy znali teatr od środka. No i przyznaję, zdarzały się mocniejsze słowa. I jeszcze co chcę podkreślić, to to, że zawsze mówiłem, że na kabaret trzeba sobie zasłużyć. Jeśli polubiłem reżysera i uznałem, że warto o nim napisać, pisałem. A jeśli nie — pomijałem go. Dwóch reżyserów zrobiło mi nawet awanturę, że nie znaleźli się w kabarecie!
Twoje kabarety są historią Teatru Zagłębia. W materiałach dokumentujących spektakle, obok scenariuszy i innych archiwaliów, powinny znajdować się również Twoje teksty. Nikt przecież tak jak Ty nie opisywał atmosfery powstawania przedstawienia. Ale przejdźmy do innej sprawy. Pracowałeś z bardzo różnymi artystami. Czy Twoim zdaniem talent usprawiedliwia trudny charakter? Czy teatr wybacza „trudnym” twórcom?
Uważam, że można być trudnym artystą, ale pod jednym warunkiem: trzeba mieć argumenty. Jeśli ktoś jest naprawdę dobry w swoim zawodzie, jego wymagania mogą mieć sens. Najgorzej, gdy niewiele umie, a jest przy tym nieznośny. Miałem sprawdzoną metodę. Po pierwszej próbie, po przeczytaniu sztuki, pytałem reżysera: „O czym chcesz zrobić przedstawienie?”. Jeśli od razu potrafił przedstawić swoją wizję, wiedziałem, że warto z nim pracować. Jeśli słyszałem: „Jeszcze nie wiem, zobaczymy, jak proces się rozwinie”, robiłem swoje, ale znikał entuzjazm. Kiedy reżyser opisywał mi postać, ja przedstawiałem mu własny pomysł. Rozmawialiśmy i wybieraliśmy lepsze rozwiązanie. Bo przecież lepiej mieć trzy złote niż jedną złotówkę. To zwyczajna logika.
Spotkać reżysera, z którym naprawdę nadaje się na tych samych falach, to chyba jak wygrać w totolotka. Miałeś takich twórców?
Przez pięćdziesiąt lat pracy spotkałem czterech takich reżyserów. Uwierzysz? Daję słowo honoru. I właśnie z nimi odnosiłem największe sukcesy.
I dlatego praca aktora jest tak wymagająca. Ale… kiedy wybrzmią owacje, opadnie kurtyna i zostaną przeczytane kabarety, wracasz do swojej przystani. Do domu, tego drugiego, wymarzonego, na wsi…
Mam tam około stu pięćdziesięciu, stu sześćdziesięciu drzew. Wśród nich odpoczywam. Mam swój kawałek ziemi, swoją stodołę. Pewnie ktoś pomyśli, że to wszystko dzięki pracy aktora, że zarobiłem na to na scenie. A psińco prawda! Wygrałem w totolotka! Po zapłaceniu podatku mogłem spełnić marzenie życia. Z aktorskiej pensji byłoby to nierealne. Znalazłem piękne miejsce. Obok stał kościółek pod wezwaniem świętego Wojciecha nomen omen. Dom był ruiną, stodoła w całkiem dobrym stanie, a dookoła rosły bzy. I od razu wiedziałem: tu chcę żyć. Po kilkunastu latach remontów mam piękny dom, stodołę i bajeczny ogród. To moje miejsce na ziemi. Panuje tam zupełnie inna energia. W zwykłym domu uczę się jednej kartki tekstu cały dzień, a tam potrafię zapamiętać dziesięć kartek w jeden dzień.
Kraina szczęśliwości Wojtka Leśniaka…
Właśnie tak. Zapominam tam o wszystkich problemach. Kopię, nawożę, dbam o ziemię. Rano wstaję, zabieram pieska, po drodze zrywam gruszkę albo jabłko i idę do lasu ćwiczyć szare komórki. Deklamuję: „Być albo nie być…”.
Wielki aktor, laureat tylu nagród, wraca ze sceny na wieś, schyla się i klęka, żeby pielić ogród, pracować w ziemi. Sacrum i profanum.
To właśnie ten mój życiowy piorunochron.