Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Pan Wołodyjowski

14.04.2026, 10:12 Wersja do druku

„Pan Wołodyjowski” Henryka Sienkiewicza w reż. Stanisława Chludzińskiego i Bartosza Cwalińskiego w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Jeremi Astaszow

Osoby, które czytają mnie od dłuższego czasu, znają moje uczucia względem Henryka Sienkiewicza. Jest to z grubsza głównie ogromne współczucie, że musiał całe życie przeżyć ze sobą i swoim zajebiście nudnym pisaniem. Jest to oczywiście połączone z coraz bardziej rosnącą we mnie niechęcią, gdy wmuszano mi te jego boncury w szkole jako lektury. Ta mieszanka dwóch negatywnych uczuć napędza mnie przez całe moje dorosłe życie. Więc dziękuję panu, panie Sienkiewicz i Pani Beato od polskiego za nadanie tonu mojemu uniwersum. Cała ta średnio przyjemna sytuacja budowała we mnie obawę na myśl o „Panu Wołodyjowskim” w Teatrze Ludowym, bo w sumie jak spektakl bazujący na czymś wywołującym we mnie nieukrywaną niechęć może mnie porwać? A tutaj, uwaga: szok, niedowierzanie.

Stanisław Chludziński i Bartosz Cwaliński we dwójkę postanowili przenieść na niewielką scenę kameralną Teatru Ludowego ostatni tom trylogii. Zupełnie to rozumiem, bo we dwójkę raźniej stawać w szranki z Sienkiewiczem. Co ciekawe, trzymają się dość wiernie całego szkieletu opowieści, jednak z bezpiecznym dystansem, jak na spotkanie z wściekłym psem przystało. Pierwszy raz Małego Rycerza spotykamy w klasztorze, gdzie – zgodnie z fabułą – oczekujemy przybycia Pana Zagłoby, który wyciągnie go z habitu na rzecz walki o Boga, honor i ojczyznę. Podążamy za nimi do domu Ketlinga, gdzie rozpoczyna się romansowanko z Krzysią Drohojowską i Basią Jeziorkowską, a potem już dalej i dalej w tatarskie oblężenia, nabijania na pal i wysadzania Kamieńców Podolskich. W warstwie historii nie ma za bardzo czego streszczać, bo jest to o tyle, o ile okej adaptacja powieści. Cała magia tego wybornego przedstawienia kryje się w tym, jak tę znaną i zgraną już opowieść para reżyserska prowadzi estetycznie i jakimi dynamikami operują.

Przez cały czas miałem wrażenie jakbym oglądał jakiś zaginiony spektakl Quentina Tarantino lub bardziej rodzimo – jakiś spin off „Kosa” Pawła Maślony. Wszystko jest przefiltrowane przez takie wesołe puszczenie oczka, ale też przeszarżowane w zabawny, ale i mądry sposób. Pojawiają się piosenki pchające akcję do przodu, a nawet kilka udanych choreografii (odpowiada za nie Martyna Dyląg). Co ważne, twórcy mocno dystansują się od samego Sienkiewicza i na przykład potwornie źle napisany obyczajowy segment książki, który stara się być romansem między Wołodyjowskim a dwoma pannami, przekładają na scenę w estetyce lekko komediowej punktując to, jak bardzo Sienkiewicz nie radzi sobie pisarsko w takiej materii. Sprawnie też lawirują w tematyce wojennej obecnej na kartach „Pana Wołodyjowskiego” i pokazują ją w sposób zmyślny teatralnie, ale nie uciekający od brutalności i czasem dosłowności. Bardzo fajnie grają tu na przykład momenty, kiedy mordowani są Tatarzy i Nowowiejski, niczym fachowy morderca, rozkłada folię na ziemi, aby nie zbrukać Polski ich brudną krwią. Są takie właśnie momenty, które wybudzają nas z tego słodko-pierdzącego transu nadanego przez całą zabawną otoczkę i dają nam jasny sygnał, że pod tą piękną powierzchnią kotłuje się coś piekielnie niedobrego i niewygodnego.

„Pan Wołodyjowski” w Ludowym wyciąga na światło dzienne chorobliwą potrzebę Polaków do bycia w ciągłym konflikcie i w ciągłej gotowości do obrony, do życia w niekończącej się wojnie – bardzo strasznie wybrzmiewa kwestia, gdy Wołodyjowski mówi, że ma 42 lata, a 25 spędził na wojnie i chciałby choć rok odpocząć, ale nie ma na to szansy. Za każdym razem, gdy już się wydaje, że można siąść i pożyć, wyskakuje jak zając z kapelusza Jan III Sobieski (herbu Janina) z kolejną super misją do wykonania, niczym typowy stary w sobotę o 7 rano, kiedy chcesz sobie pospać. Nie zważa na błagania pana Michała i cały czas wysyła go w coraz to nową walkę, bo Polski trzeba bronić. Równie strasznie odczuwa się to w finale, gdy – niczym demon paraliżu sennego – Sobieski stoi w ciemnym kącie sceny pośród ciał i prorokuje, że on się jeszcze po nas wszystkich odezwie, bo ojczyzna potrzebuje ciągłej ochrony, zwłaszcza w momencie historii, w jakim się znajdujemy teraz, gdy w sumie naokoło nas świat troszkę się wali.

Poza tym uwielbieniem i ciągłą wiarą w wagę wojny i oddania się jej, równie mocno słychać polską ksenofobię i nienawiść do odmienności dzięki postaci Azji Tuchajbejowicza i Tatarów. Wtedy właśnie wybrzmiewają niepokojąco aktualne słowa o potrzebie ochrony granic i o tym, że nie wolno wpuszczać brudasów do kraju, bo więcej złego niż dobrego mogą zrobić. Nawet jeśli już u nas są i się asymilują to powinni być wiecznie wdzięczni za tę możliwość, ale jednocześnie trwać w wiecznej gotowości do tego, że mogą być wywaleni w każdej chwili, jeśli nie przejdą jakiegoś mikro-testu na bycie odpowiednio polskim. Najprościej mówiąc: Chludziński i Cwaliński robią za pomocą Sienkiewicza odważną wiwisekcję polskości – mówią „sprawdzam” temu, jak Polacy byli kiedyś stawiani za wzór męstwa i jak mocno teraz może wydawać się, że współdzielą wartości z kimś, kto w kominiarce kopie potrzebującego pomocy. Czy przypadkiem, w tym całym swoim przekonaniu o najwyższej wartości swojego własnego narodu i oddaniu Bogu i ojczyźnie, nie zapędzamy się w kozi róg? Czy na pewno jesteśmy przekonani, że wojna i ukierunkowanie na udowadnianie swojej wartości w boju jest tym, czego chcemy dla własnych dzieci? Dlaczego tylko śmierć ma być tym, do czego jesteśmy stworzeni, przecież życie jest w sumie też do tego, żeby sobie trochę pożyć, a nie tylko iść w jakieś chore wyścigi wyżynania się wzajemnie.

Poza tą fajnie podaną warstwą znaczeniową i obśmianiem Sienkiewiczowskich głupotek, chcę nagrodzić srogimi oklaskami zespół aktorski, bo tworzą na scenie imponujący wachlarz postaci; prawie każdy ma ich kilka (co super ogrywają z pomocą reżyserów, pointując to: gdy Weronika Kowalska pojawia się na scenie jako Ewa Nowowiejska chwilę po tym, jak grała Krzysię Drohojowską i inni aktorzy stwierdzają na głos: „ej, ale ta Ewa jakaś trochę do Krzysi podobna”). Zespół aktorski tutaj bardzo mocno potwierdza, że w Ludowym mamy do czynienia z super fachurami, tworzącymi wspaniałą zbiorowość. Każda z postaci jest dopieszczona i zdaje się być pełnokrwista i osadzona w świecie wykreowanym na scenie. Żeby potwierdzić swoje zdanie powiem, że Chludziński i Cwaliński są tak zdolni, że dali radę pokierować Pawłem Kumięgą, którego nie akceptuję na scenie (nic osobistego, po prostu nie moja chemia) w ten sposób, że tutaj mnie zauroczył – jego Adam Nowowiejski jest fenomenalny, gra zupełnie jak nie on i tworzy w końcu pełnokrwistą postać na serio, nie zasłaniając się swoimi typowymi zagraniami komediowymi. Czapki z głów za to.

Dodatkowo podobał mi się Robert Ratuszny jako Azja; przekonał mnie do swojej wewnętrznej dychotomii i rozerwania między byciem sobą a byciem Polakiem-przechrztą. Kłębiła się w nim złość na polską ksenofobię, ale też świadomość tego, że nic dobrego nie wyniknie z tej jego vendetty. Mógłbym tak wymieniać wszystkich po kolei, bo naprawdę „Pan Wołodyjowski” ma obsadę dopiętą na ostatni guzik: czy to fantastyczna Marta Bizoń jako Przeorzyca klasztoru czy Antoni Włosowicz jako Ketling (strasznie się cieszę, że Włosowicz zawędrował z Nowego w Łodzi do Ludowego) czy moje odkrycie tego spektaklu – Michalina Dworzaczek jako Basia Jeziorkowska (mamma mia, jaka była dobra w tej swojej roli trochę chłopczycy, a trochę podlotka).

Poza tym wszystkim super robotę robi scenografia i kostiumy Aleksandry Grabowskiej, które z upływem fabuły i upływem wojny degradują się i rozpadają, ukazując coraz większą moc niszczycielską, w którą uwikłani są bohaterowie. Super smaczkiem jest przestrzenny fragment obrysu Polski wkomponowany w podłogę, który rozwiewa wątpliwości na temat tego, gdzie jesteśmy i czego bronimy.

Zbierając myśli i emocje – w Ludowym pojawił się fantastyczny spektakl, który korzysta z Sienkiewicza pełnymi garściami, ale pozbywa się wszystkich minusów jego prozy, uwspółcześniając co można, ale z klasą i mądrze. „Pan Wołodyjowski” jest poprowadzony reżysersko z wyczuciem, zagrany z ogromną werwą i ma superową muzykę Szymona Górki i Michała Limboskiego. Ewidentnie widać, że twórcy mieli plan na to, co chcą powiedzieć tym projektem i doprowadzili to od początku do końca. Nie poszli na łatwiznę wystawiając bryk, żeby przyszły na to szkoły. Mega robota, cieszę się, że po ostatniej passie średnich lub koszmarnych rzeczy trafiłem na taką perełkę. Czuję, że mam pierwszego w tym roku kandydata na moją listę najlepszych spektakli 2026.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

13.04.2026

Sprawdź także