Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Nonfiction

2.11.2026, 08:34 Wersja do druku

„Nonfiction” Julie Myerson w adaptacji Martyny Wawrzyniak w reż. Gosi Wdowik w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. HaWa

Był taki okres w moim życiu, na etapie liceum, kiedy miałem totalne zafiksowanie na punkcie książek narkomańskich - „My, dzieci z dworca ZOO”, „Requiem dla snu”, „Piekielny Brooklyn”, „Milion małych kawałków” i jeszcze jakieś tam pierdy Bukowskiego do dopełnienia tej czary krzywych historii. Nie trafiłem w czasie swoich fascynacji tym tematem na książkę Julie Myerson „Przegrane dziecko” ani na jej późniejsze „Nonfiction”, jednak uważam, że byłbym na pewnym etapie życia zafascynowany tymi pozycjami. Jednak jak widzicie, kiedyś było kiedyś, a teraz to teraz (jak to mawia Paulo Coelho) i moje zetknięcie się ze spektaklem Gosi Wdowik w Narodowym Starym Teatrze miało w sobie coś z powrotu do dobrze znanego miejsca, w którym kiedyś spędziło się dużo czasu, ale jednak było to poczucie, że miejsce jest to samo, ale ktoś poprzestawiał mi meble i przedmioty, a ja nie mogę ogarnąć, co jest przestawione, ale podskórnie czuję, że coś jest inaczej. Ciekawe wrażenie.

Wdowik, bazując na adaptacji Martyny Wawrzyniak, wyciąga z „Nonfiction: A Novel” zgoła prostą opowieść z kilkoma interesującymi wtrętami, obserwujemy zmagania rodziców z zastaną sytuacją rodzinną, w której córka zaczyna mieć problem z narkotykami i coraz bardziej oddala się od rodziców. Śledzimy zmagania matki z córką, która coraz mniej całościowo przypomina jej dziecko, a jedynie fragmentarycznie odnajduje w nowej dziewczynie resztki tego, co kiedyś było jej córką. Śledzimy zmagania matki ze swoją przeszłością i relacją z własną rodzicielką oraz próby poukładania sobie w głowie tego, kto jest tak naprawdę winny za jej całą życiową sytuację (oczywiście wiadomo, że nie ona sama, tylko straszna, przekazywana pokoleniowo trauma, bo nikt obecnie nie potrafi się przyznać do niczego, co zrobił, i wszystko spycha poza swoją przestrzeń sprawczą, ale to już mój rant). Śledzimy zmagania matki samej ze sobą w kwestii tego, czy ma prawo opisać całą historię swojej uzależnionej córki i wydać ją jako powieść, czy może przypadkiem przekracza dopuszczalną cienką linię, przywłaszcza sobie nieswoje życie i żeruje na nieszczęściu własnego dziecka. No, najogólniej rzecz ujmując, główna bohaterka nie ma najłatwiejszego życia, bo miota się od jednej rozterki do drugiej, a jedyne, co jest niezmienne, to jej wykończenie emocjonalne, zmęczona złość i kontrowersyjne wybory odzieżowe. Podoba mi się to, że uzależnienie od narkotyków jest jedynie pretekstem do przyglądania się więziom rodzinnym i ich dezintegracji, czego ostatnio sporo w spektaklach Starego Teatru, ale jeszcze mi się to nie przejadło, więc jazda z tematem, póki mi się nie ulewa.

Całą akcję „NONFICTION” obserwuje się z zainteresowaniem, ale nie jest to zainteresowanie rosnące, jest to raczej linia prosta bez wzlotów i upadków; ciekawie wybrzmiewa też fakt, że główna bohaterka daje sobie prawo do bycia zmęczoną swoim dzieckiem pomimo tego, że walczyła o nie - nie tworzy się na scenie etosu walki, mimo wszystko są tutaj chwile, kiedy matka po prostu ma po trosze nadzieję, że jej dziecko po prostu umrze i będzie miała w końcu spokój, bo zwyczajnie przerasta ją cała sytuacja, łącznie z tym, z jaką ścianą spotyka się, próbując dotrzeć do dziecka. Co jednocześnie wybrzmiewa ze sceny, sama buduje taką samą barierę, odpychając swoją matkę, tworząc niemalże lustrzaną sytuację z tym wyjątkiem, że bez narkotyków.

Sporą siłą tego przedstawienia jest jego strona wizualna - światła Aleksandra Prowalińskiego tak realnie robią scenografię i budują całą przestrzeń. Doskonale też wypada warstwa muzyczno-dźwiękowa Agaty Zemli, pięknie buduje nieprzyjemny i zimny świat, w którym obracają się bohaterowie. Dobrym zabiegiem jest też zastąpienie córki-narkomanki rzeźbami autorstwa Anety Grzeszykowskiej, mocno podkreślało to odczłowieczenie i ubezwłasnowolnienie jej osoby przez otoczenie. Nie jest już dłużej tą samą istotą, którą była, stała się obca, inna i nieprzystająca do reszty bohaterów, pozbawiona sprawczości, jedynie przesuwana cały czas przez matkę w kolejne lokalizacje. Jednocześnie występuje w więcej niż jednej sztuce na scenie, co podbija wizję faktu, że córka zaprząta cały świat swojej rodzicielki, nie daje wytchnienia i gdzie się nie odwróci, to kątem oka można ją dostrzec niczym demona paraliżu sennego.

Jednocześnie mam spory problem z faktem, że aktorzy grali bardzo mocno obok siebie, każdy w trochę innym kluczu, ale też odrobinę na autopilocie. Pomykała jako nestorka rodu była totalnie absurdalnie prowadzona na przesadzie w kontrze do mocno realistycznie nakreślonej reszty bohaterów; Zawadzka niemalże fizycznie wyczerpana wszystkim, dajcie już jej odpocząć, błagam, bo gra chyba we wszystkich nowych produkcjach Starego, jeszcze chwila i będą jej kazali stać na szatni i drukować plakaty w drukarni. Uwielbiam ją, ale chciałbym też, żeby miała czas na regenerację, bo w tej roli nie zaskakuje niczym, a wręcz powtarza to, co już pokazywała w uprzednich spektaklach. Aktorzy starają się, ale mam poczucie, że zostali poprowadzeni przez reżyserkę w jakieś dziwne rejony i nikt już nie wie, o co tam do końca chodzi (a na pewno ja nie wiem, a przynajmniej nie czuję, co jest dla mnie kardynalnym błędem, bo wierzę mocno w to, że przedstawienie trzeba czuć w bebechach, żeby dobrze atakowało).

Nie ukrywam jednak, że zupełnie ten spektakl mi nic nie zrobił, nie ukłuł, nie uszczypał, nawet delikatnie nie dotknął. Może to wynika z tego, że nie miałem nigdy takich doświadczeń, bo nie byłem i nie będę matką uzależnionego dziecka, ani też nie będę uzależnioną od prochów nastolatką. Oglądało się to, kropka. Nie ma tutaj miejsca na napisanie, jak się oglądało, bo po prostu oglądało, płynęło to w tle zupełnie tak, jak wtedy, kiedy włącza się sobie w tle do zmywania naczyń powtórkę „Rodziny zastępczej”. Coś tam bzyczy za uchem, ale wszyscy wiemy, że to ten odcinek, kiedy Maryla Rodowicz łamie czwartą ścianę i nie ma co się specjalnie skupiać.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

30.10.2026

Sprawdź także