Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET

17.09.2026, 10:12 Wersja do druku

„Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET” Pawła Demirskiego w reż. Remigiusza Brzyka w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. HaWa / mat teatru

Najogólniej rozpisując sobie mapę traum, można postawić granicę w połowie - jedna część z nich powstaje, ponieważ ojciec opuścił rodzinę, a druga natomiast dlatego, że ojciec tej rodziny nie opuścił. I w sumie można uznać, że jego obecność lub nieobecność tak naprawdę triggeruje nam lawinę potencjalnych problemów w przyszłym życiu dziecka. Sprawa trochę inaczej jednak wygląda w sytuacji, gdy rodzic umiera i tym nam robi nieprzyjemność, bo tutaj jest większe pole do popisu dla samobiczowania, bo przecież właśnie w takim momencie można popaść w czarną otchłań rozpaczy i albo z niej wypłynąć z godnością, albo dać się porwać wirowi.

Paweł Demirski napisał mocno osobistą historię skupioną właśnie na śmierci ojca i na tym, jakie mogą być konsekwencje utraty rodzica dla młodego chłopaka. Jednocześnie serwuje nam też opowieść o odchodzeniu minionej epoki w Polsce, osuwaniu się PRL-u w niebyt i otwieraniu na nowy, kapitalistyczny świat ze wszystkimi pułapkami i obietnicami. Całość tych scenicznych wyznań opiera na dość pretekstowej ramie z „Hamleta”, żeby domknąć całość kulturową klamrą. Spotykamy więc Pawła-Hamleta w jego młodości, gdzie dowiadujemy się, że w kwestii „być albo nie być” wolałby nie być i tak realnie nie chce tego ciągnąć, że nie ma wzorców męskości, szuka w swoich partnerkach własnej matki, która również nie ułatwiała mu życia, będąc toksyczną. Jednocześnie szyje opowieść o trudach twórczych, wypaleniu, samej instytucji teatru i tego, czy można mieć po wszystkim, co się przeżyło, siłę na więcej. Czy nie mając już zupełnie w sobie nic, jest jeszcze sens nie grać va banque, bo co ma się do stracenia.

Rozbijając całość na poszczególne zagadnienia, muszę przyznać, że historia o przeżywaniu żałoby po śmierci ojca zupełnie do mnie nie trafiła i zwyczajnie zmęczyła. Przypisywanie całego swojego zmarnowanego życia zmarłemu rodzicowi brzmi dla mnie odrobinę desperacko. Nie odbieram oczywiście nikomu prawa do przeżywania żałoby i opowiadania o tym, bo jest to kwestia uniwersalna, która potrafi zarezonować u wszystkich, jednak można z mniejszym zadęciem i samoumartwianiem, pięknie to pokazał w sumie Domalewski w „Zamknij oczy, Nel. W pustyni i w puszczy - epilog” w Narodowym Starym Teatrze. Dodatkowo to, że można zrobić spektakl o żałobie i umierającym rodzicu, nie jest niczym odkrywczym; już 10 lat temu wpadł na to Borczuch w Łaźni Nowej swoim przedstawieniem „Wszystko o mojej matce”.

Jednak jak już odsuniemy się od tego użalania i obarczania winą wszystkich, tylko nie siebie, za swoje niepowodzenia, przechodzimy do tej części historii, która była dla mnie najciekawsza, mimo że dość oczywista, z hasłami momentami aż nadto banalnymi, czyli opowieść o przemianie ustrojowej i o tym, kto tak naprawdę nachapał się na niej najwięcej i w sumie kto nadal się nieprzerwanie nachapuje. O monopolityce naszego kraju i tym, że władza nie patrzy na dobrobyt obywateli, tylko na to, jak od tej władzy nie dać się oderwać. Podlane wszystko jest też wstrętem bogatych ludzi do dorobkiewiczów z awansu społecznego, wyrzuconych kolejny raz poza nawias, którzy nie są w stanie być w żadnej grupie, ani biednych, ani bogatych, znowu wyalienowani i oszukani przez los. Wymarzony awans społeczny nic im nie daje w życiu poza kolejnym powodem do rozpaczy. Jednocześnie dodatkowym motorem napędowym „Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET” jest analiza tego, że żadne pokolenie nie jest wolne od traumy i przez to traumatyzuje kolejne. Czemu oczekujemy od pokoleń z traumami wojennymi, że wychowają wolnych, szczęśliwych ludzi? Absurd.

Remigiusz Brzyk, korzystając z tak gęstej historii, rozstawia pionki na scenie dość zgrabnie, czasem jednak dając się ponieść chaosowi, budując pejzaż zmieniającego się świata pełnego ciągłego głodu bliskości i walidacji. Pięknie zostaje to wpisane w scenografię Mariki Wojciechowskiej - zamrożonej w czasie, czarnej tafli wzburzonego, brudnego morza zestawionego ze sterylną bielą ścian. Jednocześnie jesteśmy w przestrzeni zmiany, ale też zatrzymani w czasie; jesteśmy właśnie w takim ogromnym „POMIĘDZY”, które trwa i nigdy nie może do końca się wydarzyć, zupełnie jak wiele rzeczy w życiu głównego bohatera. Jesteśmy razem z nim uwięzieni w tym limbo zamarzniętego piekła.

Niezwykle oczarowała mnie Małgorzata Gałkowska jako Gertruda, matka Pawła-Hamleta, targana emocjami, na przemian zimna i złakniona uczuć, potem rozhisteryzowana. Widać w niej było tę nieutuloną, jedenastoletnią dziewczynkę, która również szukała uczucia i walidacji. Doskonale wytworzyła chemię z Kamilem Pudlikiem w tytułowej roli i oboje przepięknie dokazywali na scenie.

Mam jednak wrażenie, że za dużo w jednym spektaklu chciał Demirski naupychać, bo tematami poruszonymi tutaj można by ze trzy spektakle obdzielić. Brzyk przy tym nadmiarze pokierował z krzesła reżyserskiego całością dość zgrabnie, tworząc spektakl o ogromnym rozczarowaniu życiem, samym sobą, krajem, światem i ogólnym taplaniem się w pesymizmie istnienia.

Troszkę to wszystko edgy i emo, ale w sumie dość oczywiście prawdziwe. Sporo tutaj banałów, ale podanych z klasą. Nie jest to dla mnie spektakl rewolucyjny, nie otworzył mi nic (no, może otworzył, ale na pewno nie oczy ani serce), ale dał pewną satysfakcję. Jednocześnie nic nie usprawiedliwia tego, że trwał prawie 4 godziny, na luzie można by sobie pozwolić na okrojenie 40 minut i nie wiem, czy nie miałbym lepszego odbioru tego bajora rozpaczy. Jestem dość rozerwany, bo w sumie nie bawiłem się źle, ale też nie bawiłem się dobrze. Mam wrażenie, tak między nami, że to, co widziałem na scenie, jest ambitnym szkicem do spektaklu, ale wymaga przycięcia, ugładzenia i pomyślenia, co ma być dominantą i czy cały ten „Hamlet” jest potrzebny w tym osobistym obrazie, bo też momentami czułem, że odbierałbym to bardziej emocjonalnie bez wpisywania tego w ramy szekspirowskie, bo przez to całość traciła dla mnie na realnej chropowatości. Jest okej, ale mogło być lepiej.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

16.09.2026

Sprawdź także