Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Dolina Salinas

8.09.2026, 08:20 Wersja do druku

Dolina Salinas wg powieści Na wschód od Edenu Johna Steinbecka w reż. Jakuba Zalasy w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie. Pisze Kamil Pycia w portalu Teatralna Kicia.

fot. Artur Gawle/ mat. teatru

Hejka, kowboje! Czy wiecie może, gdzie wypasają się krowy dające mleko bez laktozy? Bo nie ukrywam, że po pełnotłustym mleku nadchodzący kryzys wojenny będzie naszym najmniejszym problemem. A tak całkowicie serio: jak zaczynać nowy sezon teatralny, to z przytupem - najlepiej od inscenizacji jakiejś grubej książki napisanej przez jeszcze grubszego autora. Podążając tym tropem, niczym ostatni Mohikanin Jakub Zalasa sięgnął po „Na wschód od Edenu” Steinbecka i przefiltrował przez własną wrażliwość, przenosząc na scenę Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.

Zalasa wraca niczym bumerang do amerykańskich bezdroży i zapadłych miasteczek, by znowu przyjrzeć się i rozłożyć na części pierwsze American Dream (wcześniej robił to w „Co gryzie Gilberta Grape’a” w Teatrze Ludowym w Krakowie). Nie poprzestaje jednak tylko na tym. Wyciąga z powieści Steinbecka główne wątki, ale prowadzi je w sposób odrobinę inny od literackiego pierwowzoru, co powoduje, że ze sceny wybrzmiewa zgoła inna historia.

Long story short: „Na wschód od Edenu” opowiada historię chłopa (Adama), który związał się z niewłaściwą kobietą. Ta go postrzeliła i uciekła, zostawiając z dwoma synami. Biedny facet stara się jakoś pozbierać po tym wszystkim i wychować dobrze synów (Cala i Arona), ale idzie mu ciężko, bo trafił mu się niemalże biblijny przypadek Kaina i Abla - choć nie do końca. W tę sagę wpisano odwieczny konflikt dobra ze złem oraz fakt, że człowiek nie jest uzależniony od swoich genów, losu czy fatum, ale sam może kształtować to, czy jest dobry, zły czy brzydki. Istotną kwestią jest tutaj właśnie decyzyjność człowieka i moc budowania własnej tożsamości.

Jednym z pierwszych kontekstów w “Dolinie Salinas” jest dosyć szorstka analiza tego, co zwykle odbierane jest jako urzeczywistnienie amerykańskiego snu. Zderzamy się z trudną sytuacją głównych bohaterów i ich życiem, zwykle romantyzowanym przez westerny, gdzie czyści i dobrze odżywieni kowboje zaganiają swoje błyszczące, zdrowe konie i owce po polach, kąpią się w krystalicznie czystych rzekach, żyją w zgodzie ze zgrywnymi Indianami (którzy wcale nie są zamknięci w rezerwatach) i tańczą, trzymając się za ręce z niedźwiedziami brunatnymi (które wcale nie są groźne). W ujęciu Zalasy cała ta perspektywa zostaje obdarta z idealnej otoczki - doświadczamy trudnego, nieprzyjaznego życia na surowej ziemi, pełnego samotności i tęsknoty, ale też przemocy i ciągłych prób wykaraskania się z jednego kryzysu, który od razu przechodzi w drugi. Nie ma tu przestrzeni na jazdę w pełnej glorii na koniu, bo nie ma nawet konia.

Widać to było dobitnie w momencie, kiedy Adam podarował swojemu synowi samochód. Chłopak ma w sobie mieszaninę strachu i szoku, bo wie, ile to ojca kosztowało i jak bardzo ten nie ma na to pieniędzy. Równolegle przeplata się to z dość oczywistym wątkiem zaczerpniętym bezpośrednio z pierwowzoru, czyli ciągłą walką dobra ze złem i ludzką dychotomią. Spektakl pokazuje też, jak bardzo bycie dobrym może nie przystawać do obecnego świata i jak bardzo, brzydko mówiąc, jest nieopłacalne. Czemu w teorii prawy człowiek musi żyć w cierpieniu i poniżeniu? Czy w sytuacji tak granicznej można na przykład odrzucić pieniądze zdobyte w nie do końca etyczny sposób? Gdzie jest ta cienka granica, za którą bycie prawym zamienia się w głupotę?

Na szczęście Zalasa nie popada w dosłowność, mając najwyraźniej świadomość, że główny wątek powieściowy jest już tak wymemłany przez kulturę, iż mógłby stać się kamieniem ciągnącym całość do dołu. Moglibyśmy mieć tutaj przypadek „Mother!” Aronofsky’ego, w którym reżyser popada w samozachwyt, nie ufa widzowi, że ten rozczyta całość, i zaczyna wszystko kreślić zbyt grubą linią.

Jednym z najciekawszych elementów tej adaptacji jest dla mnie historia Cathy, matki głównych bohaterów. O ile w literackim pierwowzorze była ona portretowana jako zło wcielone, o tyle w spektaklu zyskuje mocny głos emancypacyjny. Zamiast bezdusznej socjopatki widzimy tu kobietę, która podejmuje decyzje, by odkryć własne „ja” i zbudować tożsamość, w pełni świadomą konsekwencji swoich działań. Wyrwanie się z kieratu narzuconej konwencji staje się dla niej niszczycielskie, ale też w pewien sposób oczyszczające.

Jednak najważniejszym z mojej perspektywy elementem jest sama opowieść o Adamie i jego synach: o tym, jak starał się stworzyć im idealny świat do życia, i jak próbował wtłoczyć własną żonę w ten krajobraz, stając się z pozoru dobrym ojcem i mężem, a tak naprawdę - surowym strażnikiem. Mam nieodparte wrażenie, że spektakl bada ten niuans, w którym troska i chęć dbania o czyjeś życie zamieniają się w zniewolenie i próbę nadmiernej kontroli. A utrata kontroli popycha jedynie do coraz mocniejszego zaciskania pętli wokół szyi własnej oraz bliskich. Nie znaczy to, że Adam był złym człowiekiem, reżyser po prostu kolejny raz poddaje pod wątpliwość to, co właściwie znaczy „być dobrym”, i pyta, czy w ogóle da się określić jeden uniwersalny wzór.

Cała historia została zgrabnie wpisana w kowbojską estetykę, niemalże ze spaghetti westernów, co w moim odczuciu podkręca motyw wtłoczenia bohaterów w swoistą grę. Gra ta toczy się nie tylko na poziomie stylistyki, ale i samego życia, w którym każdy zostaje uwięziony w swojej roli. Próby wyjścia z niej tworzą coraz większe pęknięcia na całym obrazie, a jednak nie sposób uciec od dochodzenia do własnego głosu. Dzięki temu estetycznemu zapożyczeniu lądujemy w osobliwej krainie czarów, która z minuty na minutę robi się coraz dziwniejsza. Naszym tricksterem jest tu Faye (w tej roli Martyna Dyląg) - martwa burdelmama, która z króliczymi uszami od pierwszych scen ciągnie nas i braci coraz głębiej w tę króliczą prerię niczym Alicję w Krainę Czarów.

Aktorsko najbardziej spodobała mi się Katarzyna Łubik w roli starego służącego Li. Wytrąciła tę postać z oczywistości, nadając jej cechy zarówno męskie, jak i żeńskie, a jednocześnie dźwigając na barkach rolę narratora i bohatera. Przyjemna robota, zgrabnie balansująca między filozoficznym dziadkiem a zmęczonym życiem wędrowcem, który idzie już przez świat tak długo, że widział za dużo.

Bardzo przyjemnie całość zamyka estetycznie Jakub Kotynia odpowiedzialny za scenografię. Buduje przed nami kolaż typowego westernowego klimatu ze stereotypowych elementów, takich jak ogromny kaktus, drzwi do saloonu czy tory przecinające pustynny krajobraz. Pogrywa z nami zgranymi motywami, ale zebrane razem i potraktowane na serio tworzą ciekawą mozaikę oczekiwań i tego, jak z naszej perspektywy odbierany jest egzotyczny świat Ameryki przełomu wieków (prosto z mojego serca: KOCHAM kunę/lisa pustynnego, który momentami ma świecące na czerwono ślepia!). Dodam tylko jeszcze, że za światło odpowiada Klaudyna Schubert, niewątpliwym atutem tego spektaklu jest jej praca, zwłaszcza w sekwencjach onirycznych i scenach w domu publicznym. Dzięki temu, jak zostały oświetlone, niemal namacalnie widać, jak zło wlewa się w prawdziwy świat z przestrzeni wyśnionej.

Podsumowując: Kuba Zalasa zrobił naprawdę spoko spektakl. “Dolina Salinas” meandruje między kilkoma odnogami interpretacyjnymi i nie dając widzowi jasnej odpowiedzi, na co powinien patrzeć. A może właśnie trzeba po prostu zawiesić oko na tym pustynnym horyzoncie i wtedy wszystko zleje się w jeden klarowny obraz? Obracając się nadal w kategoriach westernowych: nie jest to może “Red Dead Redemption II” ani “Dobry, zły i brzydki”, a bardziej takie “Rogate Ranczo”, ale w sumie chyba właśnie tego potrzebowałem: starej baby z trzema krowami.

Źródło:

teatralna-kicia.tumblr.com
Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

07.09.2026

Sprawdź także