„Grzybobranie” wg scen. i w reż. Piotra Mateusza Wacha w Teatrze Potem-o-tem w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
Najprościej byłoby powiedzieć, że „Grzybobranie” jest spektaklem o uzależnieniu. Albo o pokoleniu trzydziestolatków, które coraz częściej zamiast planować przyszłość próbuje przed nią uciec. Można też zobaczyć w nim opowieść o rozpadających się przyjaźniach czy o chemicznym przekraczaniu granic własnej świadomości. Wszystkie te tropy są obecne, ale mam wrażenie, że dla Piotra Mateusza Wacha ważniejsze jest coś innego – pytanie o to, w jaki sposób teatr potrafi zmienić sposób odczuwania rzeczywistości.
Od początku nie oglądamy więc historii prowadzonej według klasycznych reguł dramaturgii. Fabuła istnieje, ale jest raczej punktem orientacyjnym niż osią spektaklu. Urodziny Aliny, domek nad jeziorem, grupa znajomych – to sytuacja wyjściowa, która bardzo szybko przestaje pełnić funkcję realistycznej ramy. Wydarzenia nie układają się w opowieść zmierzającą do rozwiązania. Zaczynają przypominać serię kolejnych stanów świadomości, pomiędzy którymi widz porusza się bardziej intuicyjnie niż racjonalnie. Dość szybko zorientowałem się, że przestałem śledzić fabułę w tradycyjnym sensie. Znacznie bardziej absorbował mnie sposób, w jaki spektakl organizował uwagę widowni. I właśnie w tym miejscu zaczyna się najciekawszy gest reżyserski Wacha.
Wach nie próbuje przekonać nas, jak wygląda doświadczenie osoby znajdującej się pod wpływem substancji psychoaktywnych. Nie odtwarza halucynacji ani nie buduje teatralnego odpowiednika narkotycznego transu. Zamiast imitować zmienioną percepcję, rozsadza zwyczajowy sposób odbioru spektaklu. Poszczególne elementy przedstawienia – ruch, muzyka, obraz, światło i słowo – nie ustawiają się wobec siebie hierarchicznie. Każdy prowadzi własną narrację. Czasami się spotykają, częściej rozmijają, przez co uwaga widza nieustannie zmienia punkt ciężkości. To teatr, który nie pozwala wygodnie „czytać” kolejnych scen.
Najwyraźniej widać to w sposobie prowadzenia dialogów. Bohaterowie coraz rzadziej naprawdę ze sobą rozmawiają. Ich wypowiedzi zaczynają funkcjonować obok siebie, jakby każdy poruszał się w osobnym świecie, do którego pozostali mają tylko chwilowy dostęp. W pewnym momencie odnosi się wrażenie, że język przestaje służyć porozumieniu. Staje się kolejnym zjawiskiem scenicznym – równie materialnym jak światło czy ruch.
Dlatego nie odczytuję „Grzybobrania” przede wszystkim jako spektaklu o uzależnieniu. O wiele mocniej wybrzmiewa tu proces stopniowego zanikania wspólnoty. Substancje są jedynie katalizatorem czegoś, co od dawna było obecne między bohaterami. Spotykają się razem, ale każde z nich przeżywa ten wieczór samotnie. Im bardziej spektakl zagęszcza przestrzeń, tym wyraźniej pokazuje izolację poszczególnych osób.
Podobnie działa obraz wyschniętego jeziora. Nie odbieram go jako prostego znaku katastrofy ekologicznej ani efektownej metafory współczesności. To raczej pejzaż po utracie. Miejsce, które miało dawać wytchnienie, okazuje się przestrzenią pozbawioną swojej podstawowej funkcji. Pozostaje po nim pustka, którą bohaterowie próbują czymś zapełnić.
Warszawska realizacja sprawia przy tym wrażenie ponownego namysłu nad materiałem, a nie zwykłego przeniesienia wcześniejszego krakowskiego spektaklu na nową scenę. Widać, że reżyser nie wraca do tego projektu po to, żeby go dopracować, lecz by raz jeszcze zmierzyć się z pytaniami, które legły u jego podstaw. Interesuje go nie tyle zapis konkretnej historii, ile możliwość znalezienia dla niej adekwatnej formy teatralnej.
Najbardziej odczuwalne staje się to w drugiej części przedstawienia. Po pierwszym akcie, opartym na intensywności doznań i zbiorowej energii, następuje radykalne wyciszenie. Nie odbieram go jako dopowiedzenia sensów ani moralnego komentarza do wcześniejszych wydarzeń. To raczej zmiana sposobu patrzenia. Spektakl przestaje działać przez nadmiar bodźców, a zaczyna operować koncentracją. Słowo odzyskuje znaczenie, ale nie jako wyjaśnienie tego, co wcześniej zobaczyliśmy. Bardziej przypomina ślad pozostawiony przez doświadczenie, którego nie da się już przeżyć drugi raz.
Właśnie dlatego „Grzybobranie” wydaje mi się przedstawieniem o pamięci zapisanej w ciele. O tym, że pewnych przeżyć nie porządkuje się w logiczną opowieść. Wracają jako rytm, napięcie mięśni, pojedynczy obraz, dźwięk albo gest. Teatr Wacha nie rekonstruuje takich doświadczeń. Próbuje znaleźć dla nich sceniczny odpowiednik.
Nie szuka przy tym łatwej identyfikacji widza z bohaterami. Nie proponuje prostych diagnoz ani psychologicznych wyjaśnień. Znacznie bardziej interesuje go chwila, w której przestajemy być pewni własnego sposobu patrzenia. To właśnie wtedy przedstawienie działa najmocniej – nie dlatego, że przekazuje określoną tezę, ale dlatego, że na moment zmienia warunki odbioru.
Po wyjściu z teatru pamiętam przede wszystkim nie fabułę i nie poszczególne sceny. Zostaje rytm przedstawienia, jego sposób oddychania, napięcie między ciszą i intensywnością, bezruchem i gwałtownym działaniem. Być może właśnie to jest najciekawszą cechą reżyserii Wacha. Nie traktuje teatru jako narzędzia opowiadania historii. Bardziej interesuje go tworzenie sytuacji, w której widz przez chwilę doświadcza świata według cudzej logiki, a dopiero później próbuje nazwać to, czego właściwie był świadkiem.