30.06.2021, 19:40 Wersja do druku

Teatr powinien nieść jakąś zmianę

Z Martą Fortowską z Fundacji Banina i Patrykiem Pawelcem współpracującym z Fundacją Banina rozmawiają na falach IMI Radio Artur Trojanek i Leszek Nurzyński.

Artur Trojanek: O Waszym spektaklu pt. Dworzec napisaliście tak: „w czasach, gdy własny dom stał się wartością nie do przecenienia, a państwa mówiły swoim obywatelom zostań w domu, zwłaszcza w tych czasach, musimy pamiętać o ludziach, którzy takiego schronienia nie mają. W związku z tym zdecydowaliśmy się przedstawić losy uchodźców przetrzymywanych na granicy Brześć – Terespol szerszej publiczności.”

Leszek Nurzyński: Jesteś Marto autorką scenariusza. Kim są bohaterowie Dworca?

Marta Fortowska: To rodzina uchodźców z Tadżykistanu, która próbuje dostać się do Polski, by starać się o azyl. Niestety, straż graniczna im to uniemożliwia. Z granicy są nieustannie odsyłani do Białorusi. Te postaci zostały przeze mnie wymyślone, ale na etapie researchu, prawdziwe historie uchodźców były dla mnie oczywiście inspiracją. Mieliśmy też plan, żeby pojechać do Brześcia, na dworzec kolejowy, by wykonać tam kawał reporterskiej roboty. Uniemożliwiła nam to pandemia, więc praca nad scenariuszem opierała się bardziej na pracy stricte na źródłach, książkach, filmach, czy rozmowach z osobami, które z uchodźcami pracują.

L.N.: A co charakteryzuje uchodźców z tamtej części świata, o której wiemy tak naprawdę bardzo mało. To są raczej osoby wykształcone, z opozycji politycznej?

M.F.: Dokładnie tak, jak powiedziałeś. Stanowią bardzo często klasę średnią. To, na przykład, nauczyciele, osoby, które prowadzą życie podobne do nas.

L.N.: I mimo to nie udaje im się tutaj otrzymać możliwości uzyskania azylu?

M.F.: Nie, nie dostają azylu, próbują po kilka, kilkanaście razy dostać się do Polski, ale są bezprawnie odsyłani z przejścia granicznego do Białorusi. Próbują tak długo, na ile wystarczy im pieniędzy.

L.N.: Dworzec będzie grany tego lata?

M.F.: Tak. Premiera online odbyła się w grudniu zeszłego roku. Najbliższe przedpremierowe granie będziemy mieli 29 lipca na tegorocznym Pol’and’Rock Festival. Następnie, we wrześniu zaprosimy widzów na prawdziwą premierę w Teatrze Ósmego Dnia w Poznaniu.

L.N.: No właśnie i zrobiliście zbiórkę na ten występ podczas Pol’and’Rocka?

M.F.: Tak, na naszym profilu na facebooku wisi link do zbiórki w serwisie Patronite, więc zapraszamy do wspierania naszych działań. Nawet, jeżeli nie finansowo, to można udostępnić link w mediach społecznościowch i też będziemy wdzięczni, bo jak wiadomo social media to jest ogromna siła. Dzięki tym 900 złotym będziemy mogli przewieźć scenografię, opłacić wymagane na tym festiwalu testy covidowe. Bo zagramy tam bez wynagrodzenia.

A.T.: No ale tej publiczności na Pol’and’Rock, która tam przybywa nie trzeba przecież edukować w kwestii otwartości na innych. Więc czemu akurat tam chcecie wystąpić?

M.F.: O występie na Pol’and’Rocku myślę bardziej pod kątem przestrzeni do otwarcia dyskusji na ten temat. Rzeczywiście, widownia na Pol’and’Rocku jest widownią wyjątkową. My będziemy grać Dworzec w warsztatowym namiocie Akademii Sztuk Przepięknych 29 lipca o 18.30, czyli w takim miejscu, które sprzyja mądrym i ważnym dyskusjom i rozmowom. Słowo „uchodźca” często generuje myśli o jakichś szalenie dalekich krajach, a tak naprawdę niewiele osób wie, że bardzo blisko, zupełnie po sąsiedzku, na wschodniej granicy czekają dziesiątki uchodźców, próbujących ratować swoje życie. I wydaje mi się, że dobrze będzie o tym podyskutować z taką właśnie otwartą widownią, która rzeczywiście jest świadoma pewnych procesów. Ten temat nie jest już aż tak eksploatowany przez rodzime media i mam wrażenie, że trochę się o nim zapomina, dlatego po spektaklu planujemy rozmowę z widownią.

L.N.: A docelowo spektakl będzie grany przed młodzieżą?

M.F.: Pytasz, czy będziemy go grać w szkołach? Nie. Dworzec jest generalnie przeznaczony zarówno dla młodzieży jak i dla osób dorosłych ale przez to, że wymaga trochę więcej miejsca i dużo się tam dzieje scenicznie, to jest przeznaczony głównie do sal teatralnych czy ośrodków kultury. No i oczywiście do grania w plenerze.

A.T.: Do prezenacji u nas w radiu wybrałaś pewien utwór, dlaczego akurat ten?

M.F.: To piosenka zagrana u Was bardzo przedpremierowo. „Wyleź mi z głowy” to singiel Jusławy, czyli Justyny Gajczak, wokalistki, z którą współpracuję. Tekst jest mojego autorstwa, a za produkcję odpowiedzialny jest Marcin Pendowski. Pracujemy aktualnie nad pierwszym albumem Justyny.

A.T.: Często piszesz teksty piosenek czy to jest takie pierwsze twoje doświadczenie?

M.F.: Zaczęłam dwa lata temu. Wcześniej, wiadomo, w liceum, tak jak wiele osób, jakieś próby poetyckie podejmowałam, ale piosenkami zajęłam się niedawno.

L.N.: Wśród scenariuszy, które napisała Marta są też takie, w których role są napisane dla Patryka. Patryk jest aktorem i występuje w spektaklach pt. Zagłada i Willa Rózin. I są to spektakle, które zaglądają na wasze lokalne podwórko, czyli na Roztocze skąd, nie powiedzieliśmy tego, pochodzi Fundacja Banina. Właśnie, dlaczego łączycie te sprawy wielokulturowe, tematy uchodźców z tematami lokalnymi. Czy to jakaś inna odnoga waszej działalności czy to się łączy? Czy to jest jakiś wielki ekosystem, który ze sobą współgra?

M.F.: Są dwie główne gałęzie naszej działalności: jedna to spektakle zaangażowane, takie jak na przykład Dworzec, czy Kolorowa, czyli biało-czerwona, a druga to spektakle oparte na lokalnych historiach. Dla obu wspólnym mianownikiem jest aspekt edukacyjny.

fot. mat. teatru

Patryk Pawelec: Myślę, że to tak naturalnie wyszło. Raz, że Bartek pochodzi ze Zwierzyńca.

L.N.: Czyli reżyser?

P.P.: Tak, reżyser. Ja z kolei pochodzę z Zamościa, więc również Roztocze. Bez wątpienia Roztocze jest nam bliskie i sporo działań koncentrujemy właśnie tam, chociażby w ubiegłym roku realizacja spektakli pt. Dom na górce w Zwierzyńcu i Zagłada w Zamościu czy rok wcześniej Willa Rózin. Jak widać na Roztoczu towarzyszy nam jakiś dobry duch, który sprzyja podczas realizacji naszych projektów.

L.N.: Opowiecie nam więcej o tych historiach, tych miejscowych, lokalnych, roztoczańskich.

M.F.: Willa Rózin to był mój pierwszy spektakl w Fundacji Banina, do którego realizacji i napisania zaprosił mnie Bartek Miernik. I pierwszy raz pojechałam wtedy do Zwierzyńca. Willa Rózin to jest takie wyjątkowe miejsce na samym końcu Zwierzyńca, pod lasem. To budynek, w którym jeszcze dwa lata temu mieścił się dom dziecka, a wcześniej, w czasach wojennych, była to willa Róży i Jana Zamoyskich, którzy ratowali dzieci z nazistowskiego obozu przesiedleńczego, który się w tamtych okolicach znajdował. O tym też opowiada ten spektakl.

L.N.: Czy do niego też są wykorzystywane historie opowiedziane przez mieszkańców, czy znalezione gdzieś w archiwach?

M.F.: Tam niestety, z oczywistych powodów oddalenia wydarzeń w czasie, nie udało nam się za dużo takiej pracy reporterskiej wykonać. Więcej było pracy na źródłach. Z kolei wywiady z lokalnymi mieszkańcami mieliśmy okazję przeprowadzić w zeszłym roku, podczas prac nad Domem na górce.

P.P.: Nie był to typowy spektakl, którego akcja toczyła na scenie, a w różnych miejscach, właśnie na terenie willi – domu na górce, w małych salach na piętrze czy parterze, na placu zabaw, w stołówce, nawet w piwnicy, która została zaadaptowana na potrzeby teatralne. Wszystko po to, by przybliżyć widzom historię tego miejsca. Różnego rodzaju historie z powojennej przeszłości domu dziecka były opowiadane właśnie przez aktorów.

L.N.: Fundacja Banina to aktorzy, scenarzyści, ale też pedagodzy. Pracujecie też z młodzieżą, pokazujecie spektakle w szkołach, oczywiście pandemia to trochę zmieniła, ale wcześniej tak to właśnie wyglądało. Powiedzcie, dlaczego ten wątek edukacyjny jest tak ważny w działaniu Fundacji Banina i jak w ogóle wygląda praca z młodzieżą na takich tematach często trudnych, które poruszacie, Bo jest to zarówno tematyka uchodźcza ale też na przykład Marzenie Nataszy, czyli spektakl, który mówi o trudnych sytuacjach dorastającej młodzieży.

M.F.: Dla nas teatr jest przede wszystkim narzędziem, a spektakl punktem wyjścia do działań edukacyjnych, szczególnie z młodzieżą, z jaką przychodzi nam pracować. Bardzo mocno wierzę w to, że teatr powinien nieść jakąś zmianę. Może nie o wydźwięku globalnym, ale na pewno jednostkowym. Praca z młodymi ludźmi, czy ze społecznością lokalną jest dla nas najistotniejsza.

P.P.: Organizacje pozarządowe przejmują rolę, którą powinna spełniać rodzina i myślę, że także szkoła, gdzie nie ma zbyt wiele miejsca na rozmowę z młodymi ludźmi. Przez kilka lat byłem instruktorem, prowadziłem kilka grup młodzieżowych i zauważyłem, że młodzież bardzo mocno słucha tych ludzi – instruktorów, uważa ich za pewnego rodzaju wzór. I są to osoby, z którymi oni czują, że mogą porozmawiać, może nawet bardziej szczerze niż ze swoimi najbliższymi, dlatego tego typu organizacje, a zwłaszcza Fundacja Banina, przejmują taką rolę edukowania i mówienia o wartościach w życiu i uczenia, żeby w życiu kierować się wartościami, uwrażliwiać się na sztukę i świat.

fot. Cyprian Bukaj

L.N.: Jako aktor grasz w spektaklu Zagłada, którego akcja dzieje się w Twoim rodzinnym mieście.

P.P.: Tak, Zagłada jest spektaklem osadzonym właśnie w Zamościu, a akcja toczy się tuż przed, wybuchem drugiej wojny światowej i tych wszystkich dramatycznych wydarzeń, które później miały miejsce. Scenariusz napisała Marta na podstawie powieści zamojskiego pisarza Piota Szewca, w ogóle książka ta została przetłumaczona na wiele obcych języków, co jest fenomenem w przypadku autora z naszego miasta. Powieść ta, można powiedzieć, jest jak taki jesienny deszcz, który po prostu kapie, kapie i postaci siadają przy stoliku i robią jeden łyk piwa i to mija i to trwa przez długi czas, a potem kolejny, kolejny i tak się toczy cała książka, natomiast Marta, zrobiła z tego powolnego „bezczasu” jakiś niesamowity majstersztyk poetycki.

M.F.: Mam wrażenie, że ten scenariusz po prostu ze mnie wyszedł, w jakiś dziwny sposób się wylał. Byłam mocno zainspirowana książką i starałam się jak najbardziej, bez uszczerbku na treści, przenieść to na realia teatralne, przystosować tekst do warunków sceny. Sama powieść jest o tyle wyjątkowa i przez to też była trudna w adaptacji, że w zasadzie pozornie niewiele się tam dzieje. Brakuje w zasadzie dialogów, akcji. Tak jak Patryk wspominał - ktoś sobie siada na ławce przed domem i opala twarz w promieniach słońca, przez rynek biegnie koza z dzwonkiem na szyi, to powieść złożona z takich obrazków. A jednak udało nam się stworzyć spektakl, który trwa około godziny. Głównym bohaterem uczyniliśmy miasto, bo przecież całość dzieje się w Zamościu, więc to Zamość był najważniejszy w tym wszystkim.

L.N.: Zamość w obliczy zagłady?

P.P.: Tak, Zamość w obliczy zagłady i pomiędzy rzeczywistością, która jest teraz, a tą która była wówczas przed wojną. Dzisiaj tego nie widać, ale żeby podać inny przykład: w Lublinie mieście, w którym getto zostało doszczętnie zniszczone, mocno dba się o te historie, o pamięć. Bardzo mało żyje obecnie osób mówiących w języku jidysz, Żydzi zostali wymordowani w czasie wojny. I o tę historię, o pamięć o nich dba się bardzo mocno. Teatr NN Ośrodek „Brama Grodzka” jest instytucją, która zajmuje się ochroną dziedzictwa żydowskiego i tam gromadzone są wszystkie najdrobniejsze historie. U nas w Zamościu również, chociażby działania Muzeum Zamojskiego, kultywują tę pamięć. Przed wojną Zamość był miastem wielokulturowym i dzisiaj oprócz pewnych miejsc, które zostały, niektórych zabytków, to niewiele z tej wielokulturowości pozostało. Zagłada dotyczy przede wszystkim zagłady Żydów i o tym Marta napisała scenariusz, o świecie który zniknął, umarł. Scenariusz przejmujący, dramatyczny, liryczny, przenoszący w inny, przeszły świat. No i mgła, która unosiła się podczas premiery plenerowej tego spektaklu – coś niesamowitego.

M.F.: Bo warto przypomnieć, że premiera odbyła się w zamojskim Parku Miejskim późnym, wrześniowym wieczorem.

L.N.: A kogo gra tam Patryk?

M.F.: Postać Fotografa. Jest pewnego rodzaju narratorem, odpowiedzialnym za pielęgnowanie pamięci o mieście, które przeminęło.

L.N.: A za co jesteś odpowiedzialny w spektaklu Willa Rózin?

P.P.: W spektaklu Willa Rózin gram Otto Globocnika.

L.N.: Czyli grasz czarny charakter. Nie dbasz o pamięć miasta?

P.P.: Dbam, ale w „inny” sposób, żeby ta pamięć o Polakach na Roztoczu… została zapomniana. Co się na szczęście nie udaje.

L.N.: Opowiesz trochę więcej o granyh przez Ciebie postaciach z obu spektakli?

fot. Cyprian Bukaj

P.P.: Zacznę od postaci Fotografa z Zagłady. Jeśli słuchają tej audycji nasi aktorzy, to pewnie przypomną sobie jak duża była ilość dyskusji na temat tej postaci, czy ten Fotograf powinien być taki czy inny. Stanęło na bardzo dużej oszczędności w środkach scenicznych. Fotograf jest generalnie, tak jak Marta wspomniała, narratorem, można powiedzieć człowiekiem, który pozostałych aktorów zanurza w rzeczywistości, w świecie scenicznym. Uruchamia zegar, później cofa, zatrzymuje, przenosi w inny świat, w inne miejsca. Jednocześnie niczym przewodnik prowadzi widzów przez te wszystkie wydarzenia, a co ciekawe na końcu okazuje się, że on sam przez te wszystkie postaci został zanurzony, wrzucony w ten świat ze zdjęcia i razem z Dziewczyną kończą ten spektakl. Przychodzi do miasta kwitnącego kulturą, wielokulturowością, niezwykłym klimatem, tym, że jest miejsce dla wszystkich w tym mieście. Natomiast kończy orientując się, że nagle wszyscy zniknęli, nikogo nie ma. Gdzie są ci ludzie, gdzie jest tamten wielobarwny, zamojski świat? Na to pytanie już niech sobie widzowie sami odpowiedzą gdy zobaczą ten spektakl. Tak, więc taki jest Fotograf.

L.N.: A czy ten spektakl można jeszcze zobaczyć?

P.P.: Tak. Na Roztoczu będzie można te spektakle w plenerze obejrzeć, zapraszamy bardzo gorąco. 2 lipca o 21.00 w Szczebrzeszynie w amfiteatrze, zaś 3 lipca o godzinie 21:00 w Ośrodku Muzealno-Edukacyjnym Roztoczańskiego Parku Narodowego w Zwierzyńcu.

L.N.: A co ze spektaklem Willa Rózin? Opowiedz o tym czarnym charakterze trochę więcej.

P.P.: W spektaklu Willa Rózin grałem postać Otto Globocnika – esesmana, który był odpowiedzialny na Lubelszczyźnie za wszystkie wywózki, deportacje, zwłaszcza dzieci. Jan Zamoyski na prośbę żony Róży, ale myślę, że też z własnego imperatywu, jedzie do Otto Globocnika, który ma zaplanowane kolejne wywózki dzieci i prosi go żeby tego nie robił, żeby te dzieci zostawił, co jest tak naprawdę misją samobójczą. Otto Globocnik był znany ze swojej bestialskości, więc można sobie tylko wyobrazić, że rzeczywiście była to misja samobójcza. Jednak zdarza się cud, Janowi Zamoyskiemu udaje się uratować kilkaset dzieci no i właśnie o tym jest nasza historia.

L.N.: A powiedzcie czy udało wam się, tak w waszej opinii sprawić, że te historie, gdzieś wygrzebane z zamierzchłych już dla wielu czasów, zaczęły mieć znaczenie dla mieszkańców Roztocza?

P.P.: Na pewno. Zwierzyniec to miasteczko bardzo małe, a na spektaklach mamy pełną widownię w miejscach siedzących i ludzie jeszcze stoją. Także jak widać jest to dla nich ważne, że ktoś tutaj przyjeżdża i chce zrobić spektakl, o ich miejscu i historii. Otrzymujemy bardzo wiele ciepłych słów. A co do pracy z miejscowymi, to w spektaklu Willa Rózin wykorzystujemy dwa nagrania starszych osób, które przeżyły obóz przejściowy w Zwierzyńcu. Byli w obozie i dlatego to jest dla nich ważne i my te ich historie przeniesliśmy do przedstawienia Willa Rózin.

L.N.: W tym spektaklu grają również dzieci…

M.F.: Tak, młodzież w zasadzie.

P.P.: I co ciekawe były to właśnie te, które obecnie przebywają w zwierzynieckim domu dziecka. Nie wiem, czy wszystkie wciąż tam przebywają, w tym sezonie Willi Rózin nie graliśmy, ostatnio w sierpniu ubiegłego roku. Jednakże jest to dodatkowy aspekt naszej pracy. W spektaklu jest też taka straszna scena, którą gramy w plenerze i te dzieci tam naprawdę płoną z inicjatywy Otto Globocnika. Więc spektakl ma jeszcze większą siłę.

L.N.: Czego Wam życzyć?

M.F.: Dobrej pogody w Zwierzyńcu na przełomie sierpnia i września, gdy będziemy pracować nad następnym spektaklem.

P.P.: Pełnej widowni, możliwości żeby wreszcie normy dopuszczały 100% osób na widowni.

M.F.: Dokładnie no i następnych wspaniałych historii, które będziemy sobie wyszukiwać i przenosić na scenę albo na plener.

L.N.: Na pewno tak będzie. Przypomnę naszym słuchaczom, sponsorujemy wasz wyjazd na Pol’and’Rock wchodząc na fanpage Fundacji Banina, możemy dowiedzieć się o tym więcej, kliknąć na zbiórkę na Patronite, polecamy.

Spisała Agata Kobus

Źródło:

Materiał nadesłany