Logo
Recenzje

Teatr Norwida wraca na Scenę Kameralną

6.10.2026, 09:35 Wersja do druku
„Jest tylko jedna” Darii Sobik w reż. Kaliny Jagody Dębskiej w Teatrze im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze. Pisze Jędrzej Soliński w miesięczniku „Odra”.

fot. Filip Tkocz

Tytuł najnowszego spektaklu Teatru im. CK. Norwida w Jeleniej Górze, „Jest tylko jedna” , zupełnie niezamierzenie nabrał nieprzyjemnej dwuznaczności. I z tą dwuznacznością chcąc nie chcąc będzie się mierzyć nowa dyrektorka jeleniogórskiego teatru.

Tak jak styczniowa premiera „1984” Georgea Orwella w reżyserii Szymona Kaczmarka stanowiła nowe otwarcie w historii karkonoskiej sceny dramatycznej, zwiastując powrót do teatru ambitnego i szanującego widza, tak czerwcowa „Jest tylko jedna” Darii Sobik w reżyserii Karoliny Jagody Dębskiej to kolejny powrót Norwida do chlubnej tradycji - premiera miała miejsce na scenie studyjnej, nieużywanej od dekady, a przecież owianej zasłużoną legendą.

To właśnie do pracy na tej scenie Alina Obidniak zapraszała takich reżyserów, jak Krystian Lupa czy Mikołaj Grabowski i to dzięki ich studyjnym spektaklom do dziś mówi się o jeleniogórskim fenomenie. Tymczasem ta legendarna scena po ostatnim generalnym remoncie budynku teatru została de facto zlikwidowana, i, co w tym wszystkim najgorsze, celowo. Ale o tym za chwilę.

Tymczasem jeleniogórska publiczność została zaproszona do samego środka skomplikowanej relacji między matką i córką. Nawiasem mówiąc, temat ten niejako powraca do Jeleniej Góry po zaledwie dwóch miesiącach, bowiem w ramach odbywającego się na przełomie kwietnia i maja festiwalu PESTKA mogliśmy w Jeleniej Górze obejrzeć monodram „20 DEN” na podstawie powieści „Bezmatek ” Miry Marcinów w reżyserii i wykonaniu Julii Fidelus. Podczas wiosennego festiwalu opowieść o umieraniu i pożegnaniu matki, oparta na jednej z najwybitniejszych polskich powieści ostatnich lat, mocno podzieliła publiczność.

Być może linia podziału biegła wzdłuż doświadczeń lekturowych - bądź ich braku. Najmocniejszą stroną monodramu Fidelus był bowiem tekst, ale ci, którzy czytali powieść Marcinów, szybko dostrzegli dystans, jaki dzieli wybitny powieściowy pierwowzór od jego szkolnej adaptacji. Natomiast spektakl „Jest tylko jedna” (premiera miała miejsce 13 czerwca br.) wygląda na rezultat innych zmagań i nierówności, mianowicie średniego tekstu Darii Sobik, dobrej scenografii Eweliny Węgiel, niezłych pomysłów reżyserki Kaliny Jagody Dębskiej, absolutnie wybitnej roli Magdaleny Kępińskiej oraz jednej wielkiej pomyłki, jaką jest obecna forma dawnej sceny studyjnej Norwida. Tekst, choć pod każdym względem różny od - przepraszam, ale nie mogę o nim myśleć bez zachwytów - arcydzielnej prozy Marcinów, da się mimo wszystkich zastrzeżeń wybronić. Mozaikowa struktura, dosyć ryzykowna dla gatunku takiego jak dramat, dała się jednak dosyć szybko rozpoznać i nie można powiedzieć, żeby nie złożyła się w jakąś spójną opowieść. A opowieść ta rozpisana została na dwie aktorki - obiecującą Monikę Mikołajczak (Córka) i, jako się rzekło, olśniewającą Magdalenę Kępińską (Matka / Psychoterapeutka), pamiętaną choćby za rolę Gudrun Ensslin w „Śmierci Człowieka- Wiewiórki” Natalii Korczakowskiej.

Teraz jednak, po latach, Kępińska nie tylko prezentuje się jeszcze lepiej, ale wręcz pokazuje, że swoją charyzmą i doskonałym wyczuciem emocji - nigdy bowiem nie przekroczyła granicy groteski czy patosu - potrafi unieść na swoim talencie cały spektakl, czego dowodem jest choćby solowa scena, w której aktorka siedzi na krześle i szykując włosy pod nałożenie peruki (jeszcze jako Matka, po założeniu peruki zamieni się bowiem w Psychoterapeutkę), w przejmującym monologu opowiada wyimek z historii swojego poplątanego życia. Patrząc na nią i słuchając jej, nawet trochę żałowałem, że nie oglądam monodramu. Podziwu godne są te wysiłki tria Dębska-Węgiel-Kania (choreografia), by zapełnić przestrzeń sceny studyjnej atrakcyjną formą, a przede wszystkim, by odciągnąć wzrok i uwagę widzów od najsłabszego elementu spektaklu, a więc, niestety, od samej sceny.

To bowiem, co mocodawcy do spółki z poprzednim dyrektorem zrobili z tym mniejszym, choć niemniej ważnym od dużej sceny, sercem Teatru Norwida, woła o pomstę do nieba. Ta niegdyś niepozbawiona wad, ale mimo to przystosowana do różnorodnych realizacji, prawdziwa scena kameralna za grube pieniądze została zamieniona w... no właśnie, nie wiadomo w co.

Poprzednik Katarzyny Sołtys jeszcze przed ukończeniem remontu z rozbrajającą szczerością mówił publicznie, że dawną scenę studyjną przebudowano na salę prób, co gorsza, zgodnie z projektem Miasta Jelenia Góra. Ta nieszczęsna sala prób to przestrzeń zupełnie niepodobna do niczego: wysoka na dwa piętra, ze ścianami pomalowanymi na kolor oliwkowy (taki sam jak pozostałe pomieszczenia teatru), z wielkim, kryształowym żyrandolem, dominującym nad podłużną, wąską i głęboką jak studnia przestrzenią. Ponadto oliwkowa ściana naprzeciwko widowni upstrzona jest wyraźnie odcinającymi się od niej kratkami wentylacyjnymi, jakimiś dzwonkami i czujnikami. Całości dopełniają złocone (a może po prostu odbijające światło) ranty balkonów.

Czego nie wymyśliłaby reżyserka, jak bardzo nie starałaby się scenografka, jakich to projekcji i multimediów nie zaplanowaliby twórcy, z taką przestrzenią po prostu nie wygrają. Na tej scenie w jej obecnym kształcie zwyczajnie nie da się robić dobrych, kameralnych spektakli. Nikt nie pokona oliwkowej ściany i balowego żyrandola. I dlatego właśnie tytuł ostatniej premiery - „Jest tytko jedna ”- nieco ironicznie można uzupełnić o scena w Teatrze Norwida - ta duża.

Tymczasem na gorzką ironię zakrawa fakt, że właśnie ogłoszono kolejny etap remontu budynku teatru. To jest w zasadzie bardzo dobra wiadomość - secesyjna fasada domaga się pilnej renowacji. Jednak wśród planowanych działań znajdują się również... inwestycje w scenę studyjną. Tę samą, którą za grube pieniądze zamieniono w wyżej opisanego dziwoląga raptem siedem lat temu. Pozostaje więc trzymać kciuki, by nieudolność poprzedników i niegospodarność włodarzy udało się naprawić, przynajmniej w kwestii infrastruktury.

Bo jeżeli mowa o tym, co w teatrze najważniejsze, to zmiana na lepsze jest już niezaprzeczalna. A jeśli w zespole na nowo odkryto takie diamenty jak Magdalena Kępińska, to można wierzyć, że dobra zmiana w Norwidzie w przyszłym sezonie nabierze rozpędu.

Tytuł oryginalny

Teatr Norwida wraca na Scenę Kameralną

Źródło:

„Odra” nr 2026/10

Autor:

Jędrzej Soliński

Data publikacji oryginału:

06.10.2026

Sprawdź także