„Greta” wg scen. i w reż. Mateusza Atmana i Agnieszki Jakimiak w Teatrze Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 4,5/10
„Greta” to przedsięwzięcie, które funkcjonuje na przecięciu dwóch porządków: dokumentu filmowego i zdarzenia performatywnego. W tradycyjnym teatralnym rozumieniu niemal nic tu nie poddaje się klasycznej analizie: nie ma sceny w sensie topograficznym, nie ma linearnej fikcji ani ról rozumianych jako konstrukty dramatyczne. Publiczność zostaje wprowadzona w przestrzeń oglądania, lecz ta przestrzeń nie wytwarza konwencji „przedstawienia”; bliżej jej do sytuacji wspólnotowego seansu, w którym świadkowanie przesunięte jest z aktora na uczestnika.
Oś projektu wyznacza film – długie, uważne obserwacje młodych aktywistów, ich codzienności, ich sposobów bycia w świecie. To nie jest jednak zwykła projekcja. Film zostaje przecinany obecnością twórców siedzących na widowni: ich głosy z offu, rozmowy i komentarze tworzą drugi poziom narracji – nie dominujący, lecz organizujący ramę odbioru. Te dwa porządki – zapis filmowy oraz żywe, lecz nie „aktorskie” działanie twórców – układają się w formę, którą można opisać jako dokument performatywny. Publiczność rozpięta jest między gotowym materiałem wizualnym a świadomością procesu jego powstawania.
Na plan pierwszy wysuwa się nie przedstawienie aktywizmu, lecz próba uchwycenia jego języka. Twórcy badają nie tyle „kim jest aktywista”, ile jak osoby zaangażowane w sprawy publiczne codziennie konstruują swoje gesty: w rozmowach, w działaniach, w wątpliwościach. Kamera rejestruje to, co w teatrze często pozostaje niewidoczne: nie spektakularne akcje, lecz nieustanne poszukiwanie formy – dla siebie, dla swojej grupy, dla własnego sposobu reagowania na świat.
Wartością filmowego materiału jest jego wielogłosowość. Nie powstaje w nim jedna definicja aktywizmu, lecz obserwuje się zderzanie się definicji nieustannie w ruchu. Wypowiedzi bohaterów układają się w mozaikę, w której obok siebie istnieją: radykalny gest, wahanie, poczucie humoru, autoanaliza, niepewność. Te różne rejestry tworzą dramaturgię bez zastosowania dramatycznej fikcji.
Jedyny moment, który korzysta z tradycyjnych narzędzi teatru – odegrana scena blokady ambasady – staje się kluczem do odczytania całości. To krótkie, celowo inscenizowane zdarzenie pokazuje, że twórcy świadomie rozdzielają „teatr” i „aktywizowanie”. W inscenizacji przyglądają się temu, co w aktywizmie jest powtarzanym gestem; film zaś pokazuje, co jest przeżywanym doświadczeniem. Ta dwutorowość buduje strukturę spektaklu: dokument opisuje rzeczywistość, inscenizacja odsłania jej mechanizm.
W odbiorze widza kluczowa okazuje się perspektywa wspólnotowa. Sala teatralna funkcjonuje jedynie jako miejsce spotkania – nie definiuje medium, lecz daje mu kontekst. „Greta” ustanawia relację, w której teatr działa bardziej jako przestrzeń rozmowy niż reprezentacji. Twórcy nie grają ról; uczestniczą w procesie. Widzowie nie obserwują postaci; współtworzą pole analizy. Film nie jest wyświetlany jako dzieło skończone; jest prezentowany jako fragment drogi, którą teatr próbuje uczynić widzialną.
W tym sensie „Greta” nie tyle odchodzi od teatru, ile rozszerza jego granice: pozwala, by medium stało się narzędziem badania rzeczywistości, a nie opowiadania historii. To forma, w której teatr staje się sposobem organizowania wspólnego patrzenia. Materiał filmowy, performerska obecność twórców i publiczność, która doświadcza całości nie jako spektaklu, lecz jako procesu – tworzą razem strukturę, którą można opisać jako „wydarzenie dokumentalne”.
To, co na pierwszy rzut oka mogłoby wydawać się odejściem od teatralności, w istocie jest jej inną formą: performatywne doświadczenie wspólnego świadkowania, które ujawnia, jak społeczność – twórców, bohaterów filmu, widzów – próbuje zrozumieć własną rolę w świecie.