„28 dni z życia dziewczyny” Sandy Szwarc w reż. Ady Tabisz z Teatru Miniatura na Festiwalu S·PLOT w Łodzi. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Spektakl „28 dni z życia dziewczyny” w wykonaniu Miejskiego Teatru Miniatura to jedno z tych wydarzeń, które trudno zignorować – nie tylko ze względu na temat, ale też formę, odwagę i wyjątkową relację z publicznością. Obejrzałem go dziś podczas Festiwalu S·PLOT w Teatrze Pinokio w Łodzi i mam poczucie, że uczestniczyłem w czymś więcej niż tylko w pokazie teatralnym. To był rodzaj społecznego performansu, scenicznej edukacji i delikatnej terapii – wszystko w jednym.
Na wstępie należy jasno powiedzieć: poruszenie tematu menstruacji w teatrze, szczególnie w kontekście młodzieży, to krok absolutnie potrzebny i – nie bójmy się tego słowa – odważny. To nie tyle spektakl o okresie, co spektakl o dojrzewaniu, o ciele, o niepewności i o tym, jak bardzo brakuje nam języka (i przestrzeni), by mówić o tym bez wstydu. Miniatura ten język znajduje – i to z niezwykłą lekkością.
Wchodzimy nie tyle do teatru, co do wnętrza ciała, a może nawet – wnętrza świadomości dojrzewającej dziewczyny. Magda, w którą wciela się Magdalena Gładysiewicz, z jednej strony jest zwykłą nastolatką, z drugiej – przewodniczką po uniwersalnym, choć wciąż skrywanym doświadczeniu. Gładysiewicz gra naturalnie, z dystansem i humorem, ale nie traci kontaktu z emocjonalną prawdą postaci.
Prawdziwym teatralnym objawieniem jest jednak postać Macicy – w tej roli Kamil Marek Kowalski. Jego sceniczna kreacja balansuje na granicy kampu, drag-show i dydaktyki, ale nie przekracza granicy dobrego smaku. Wręcz przeciwnie – Kowalski tworzy postać szalenie wyrazistą, ale też ciepłą, wspierającą, zaskakująco empatyczną. Macica to tu nie tylko organ – to postać, która mówi, tłumaczy, pociesza i… uczy, że rozmowa z własnym ciałem może być ważnym krokiem ku dorosłości.
Spektakl jest dynamiczny, wizualnie atrakcyjny, korzysta z estetyki TikToka, ale robi to z wyczuciem. Dla mnie – dorosłego widza – to było czasem na granicy ironii i przesady, ale obserwując reakcje młodszej publiczności, mam wrażenie, że to właśnie dzięki temu spektakl do nich trafia. A przecież o to chodzi – żeby mówić językiem widza, nie jego rodziców.
Forma edukacyjna? Owszem. Ale jakże daleka od nudnego wykładu. Zamiast suchych faktów – quiz o podpaskach, scenka zakupowa, konkurs higieniczny, a nawet metaforyczny „lot w kosmos” z tamponem jako rakietą. Te zabiegi nie tylko ułatwiają przyswojenie wiedzy, ale przede wszystkim odczarowują tabu. Śmiech staje się tu formą oswajania wstydu.
A jednak, spektakl nie ucieka w farsę. W momentach, gdy trzeba, zatrzymuje się i mówi poważnie. Przejście od gry aktorskiej do osobistego dialogu z publicznością pod koniec przedstawienia to chwila, w której teatr staje się spotkaniem.
Pod względem dramaturgicznym przedstawienie jest przemyślane – płynnie prowadzi przez kolejne etapy dojrzewania, nie pomijając tematów trudnych (ból, lęk, wstyd), ale też nie dramatyzując ich. Widać tu ogrom pracy zespołu twórczego: scenariusz Sandry Szwarc jest zwięzły, ale nie powierzchowny, reżyseria Ady Tabisz – dynamiczna, ale nie chaotyczna. Czuje się, że to projekt „z potrzeby”, a nie „na zamówienie”.
Na koniec – nie sposób nie pochwalić samego festiwalu S·PLOT i Teatru Pinokio za to, że dają przestrzeń takim właśnie spektaklom. Teatr młodego widza nie musi być banalny, dydaktyczny ani uciekać od tematów „niewygodnych”. Może być odważny, szczery i… po prostu mądry.
„28 dni z życia dziewczyny” to spektakl potrzebny – i to nie tylko dziewczynom. Chłopcy, rodzice, nauczyciele – wszyscy mamy obowiązek (i przywilej) uczestniczyć w tej rozmowie. Bo dojrzewanie nie dzieje się w izolacji.
To nie tylko spektakl. To początek zmiany.