Kiedy sapał, na aktorów padał blady strach. Za to rżenie było niezawodnym znakiem, że spektakl się udał. Przez 35 lat Ludwik Gadzicki był najwierniejszym widzem legnickiego Teatru Modrzejewskiej. Kiedy zmarł, jego imieniem została ochrzczona duża scena - pisze Magda Piekarska w Gazecie Wyborczej - Wrocław.
Sceny imienia własnego widza nie ma żaden inny teatr na świecie. Ale też widz jest wyjątkowy. To zmarły 6 listopada lubiński polonista, poeta, dla którego - bez cienia przesady - teatr był sensem życia. - Żaden teatr na świecie nie ma takiego widza jak Ludwik - mówi Jacek Głomb, dyrektor legnickiego Teatru Modrzejewskiej. - Bo on był widzem totalnym. I to zarówno jeśli chodzi o miłość, jaką darzył scenę, o relacje z aktorami, jak i o częstotliwość swojej obecności w teatrze, który odwiedzał tysiące razy. Takich ludzi już nie ma, a wraz ze śmiercią Ludwika skończyła się pewna epoka. Nadając naszej scenie jego imię, chcemy ją zatrzymać, pokazać innym widzom, że w teatrze sens życia odnajdują nie tylko jego twórcy. Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, którego Gadzicki był również częstym gościem, przyznaje, że kiedy po raz pierwszy zobaczył lubińskiego polonistę, pomyślał: "wariat". Nic dziwnego - Ludwik