Logo
Recenzje

Tańczące dachówki

5.10.2026, 12:34 Wersja do druku

„Syn, matka i ojciec siedzą przy stole i długo milczą” Ivora Martinicia w reż. Viktorii Dulak na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie. Pisze Agnieszka Górnicka.

fot. Martyna Niećko/mat. teatru

W sztuce Ivora Martinicia, choć katastrofizm ma wymiar potencjalny, szybko przenika umysły bohaterów, zobowiązanych do wypełnienia rządowych formularzy na wypadek ataku nuklearnego. Pytania rozpoczynające się od zdania „Co by było, gdyby…” otwierają rodzinną puszkę Pandory. Lata skrywanych obaw, lęków i pretensji wychodzą na światło dzienne, a wizja możliwego końca świata każe zweryfikować siłę więzi z najbliższymi.

Ivor Martinić dał się poznać polskiej publiczności za sprawą sztuki „Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej” (prem. w Teatrze Ateneum w reż. Iwony Kempy w 2025 roku), jest także autorem sztuki dla dzieci „Tu jest napisany tytuł dramatu o Antem” oraz dramatu „Główna wygrana”. W jednym z wywiadów autor, opisując bohaterów swoich sztuk, powiedział: „Gdy jesteśmy naprawdę szczęśliwi, nie potrzebujemy nikogo. W nieszczęściu potrzebujemy drugiego człowieka”. Tej paradoksalnej bliskości i bólu w międzyludzkich relacjach autor poświęca w swojej twórczości najwięcej miejsca.

W spektaklu „Syn, matka i ojciec siedzą przy stole i długo milczą”, w reżyserii debiutującej na scenie Viktorii Dulak, atmosferę niepokoju i zamknięcia podkreśla metaliczna scenografia (Bartłomiej Kruk) – futurystyczne ściany przypominające domy przyszłości oraz świetna gra świateł (Michał Wojtasik), tworząca nieustający, złowrogi półmrok. Muzyka (Bartosz Jędraś) pulsuje jak serce podczas nagłych ataków paniki głównego bohatera – trzydziestoletniego mężczyzny (Kacper Sasin), którego ciało na poziomie somatycznym od dawna reaguje na poczucie odrzucenia, lęki i samotność. Martinić świetnie rozpisuje na głosy napędzającą się spiralę gniewu i nerwowości, punktuje momenty graniczne, kiedy głowa traci kontakt z rzeczywistością i projektuje czarne scenariusze. Bohaterowie, zaplątani w sieć własnych emocji, starają się za wszelką cenę zachować spokój, nie dopuszczając do siebie myśli, że coś może być nie tak.

Odzwierciedleniem kondycji psychicznej tytułowej rodziny staje się dom. Z dbałością wyremontowany i odnowiony przez rodziców, ma pewne mankamenty. Jak mówi ojciec (Grzegorz Gzyl), w czasie burz dachówki zaczynają tańczyć, a on ten taniec z zachwytem obserwuje. Coś pęka w tej idyllicznej wizji bezpiecznego gniazda z pielęgnowanym ogrodem i ścianami w kontrastowych kolorach. Pęknięcia zaczyna dostrzegać Syn, który po piętnastu latach przyjeżdża odwiedzić rodziców. Wizyta jest pretekstem, aby dowiedzieć się, kogo Matka (Katarzyna Kaźmierczak) i Ojciec wpisali w formularzu, odpowiadając na pytanie: gdyby w schronach atomowych zabrakło miejsca, które dziecko wybierzesz, które uratujesz? Dorosły mężczyzna, podobnie jak młodsza Siostra (Izabela Baran), dowiaduje się, że wybrane zostaje trzecie dziecko: syn, który pije i ma swoje problemy, czarna owca, ten, który sprawia nieustające kłopoty. Trudne dziecko pełne sprzecznych, choć prawdziwych emocji: smutku i zachwytu, łez i uśmiechu.

Wybór boli głównego bohatera, który w swoim życiu oddaje się uczciwej pracy, tym samym pomagając rodzicom finansowo. Jest porządny, ale pusty – mówi matka z pretensją w głosie. Przyjazd syna to nieustające prowokacje i kłótnie. Rodzinne potyczki przeplata autor z dystopijnymi poradami rządu, który na końcu wspomnianego formularza rozsyłanego obywatelom przekazuje instrukcję z informacjami, jakiego rodzaju emocje mogą im towarzyszyć po wypełnieniu dokumentu. Projektowanie statystycznych reakcji, obliczanie poziomu smutku i niepokoju ukazuje bohaterów w sytuacji dziwnego zniewolenia. Autor dokonuje normalizacji sytuacji kryzysowej, nawet na poziomie psychicznych reakcji. Państwo przygotowuje nas na katastrofę, dając specyficzny poradnik bezpieczeństwa. Nie tłumaczy, co zapakować do ewakuacyjnego plecaka, pyta wprost: kogo poświęcisz, kiedy śmierć będzie czyhać za rogiem.

fot. Martyna Niećko/mat. teatru

Martinić wyciąga z tej rodzinnej mapy relacji wszystkie pretensje i napięcia, jakie mogą pojawiać się na linii rodzic–dziecko. Jest żal i nienawiść, wstyd, zniecierpliwienie i niezrozumienie. Jest też coś, co napędza dramaturgię od początku: upływ czasu i zmiany zachodzące w człowieku, które ze sobą niesie. W całej sztuce pojawia się jedno zdanie, które zatrzymuje dynamiczną akcję. Podczas rozmowy z synem matka wyjaśnia, co odpowiedziała na pytanie: „Dlaczego zdecydowała się Pani na to, aby mieć trójkę dzieci?”. Odpowiada: „Zabiłabym się, gdybym miała wejść do pustego domu. I tyle. Miałam was, bo to była moja wewnętrzna potrzeba.” Bohaterka opisuje, że była odważnym, „nieustraszonym” rodzicem. Martinić robi klamrę, wraca do momentu narodzin dziecka, by za chwilę prowadzić rozważania na temat jego potencjalnej śmierci. Przeprowadza nas przez nieuchronny cykl życia, uważnie przyglądając się każdej decyzji człowieka. Konstruuje potencjalną sytuację, kiedy życie przyspiesza i musimy skonfrontować się z wizją końca. Punktuje także to, jak przyzwyczailiśmy się do bycia lękliwymi istotami, jak zrzuciliśmy gruboskórne pancerze na rzecz bezmyślnego oportunizmu, jak łatwo nami manipulować. Gdzie w obliczu współczesnych niebezpieczeństw jest miejsce na bycie nieustraszonym? Czy można być jeszcze odważnym i w czym ta odwaga może się przejawiać?

Spektakl w reżyserii Viktorii Dulak jest niepokojący, momentami jakby świadomie nie pozostawia nam wyjścia, trzyma w niepewności i dyskomforcie. Aktorzy balansują pomiędzy ekspresją ciszy i krzyku, wyrzucając z siebie potoki słów zbieranych przez lata. Katarzyna Kaźmierczak doskonale odnajduje się w roli matki, która dała już z siebie wszystko i może pozwolić sobie na bycie sobą, wbrew oczekiwaniom innych. Grzegorz Gzyl to ojciec, który ucieka w dowcip, próbuje rozluźnić napiętą atmosferę. Z dziecięcą fascynacją ogląda tańczące dachówki, gdy niebo przecinają szalejące błyskawice.

Próbuje uciec, ma w sobie rodzaj naiwności i spokoju, pragnie żyć pomimo trudności. Izabela Baran i Kacper Sasin tworzą sceniczne rodzeństwo połączone dziwną nicią porozumienia. Zaczynamy ich rozumieć, kiedy w świetnie poprowadzonej scenie choreograficznej próbują odtworzyć fragmenty swojego dzieciństwa. Na chwilę znowu stają się dziećmi: niesfornymi i odważnymi, podejmującymi ryzyko.
Reżyserka za Martiniciem zadaje pytanie: kogo będziesz chciał trzymać za rękę w blasku słońca, kiedy nadejdzie koniec świata? Jakiego wyboru dokonasz? A co, jeżeli będziesz wtedy sam?

Podskórnie w sztuce chorwackiego dramatopisarza wyczuwalne są echa filozoficznych rozważań na temat życia, śmierci, starości i samotności. Spektakl próbuje oswoić myśl o końcu świata, zarówno w wymiarze egzystencjalnym, jak i globalnym. Twórcom udało się stworzyć świat bardzo realny, a jednocześnie przesiąknięty tajemnicą. Wiatr, który wdziera się pod dachówki, przynosi widowisko, które z zapartym tchem można obserwować. Wtedy zachwyt miesza się ze strachem. Tak jak w życiu.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także