„Wesele” Stanisława Wyspiańskiego w reż. Jana Klaty w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.
Motto: „Mój typ melanżu to takie tańczone” (Young Leosia, Szklanki)
Premiera Wesela Klaty była tak naprawdę stypą. Kto był, ten pamięta. Nie tylko chciało się płakać, lecz wiało rozpaczą i sandałem z masłem. Dżizas, a ten bankiet… Owa władza przeminęła (mówię do tamtego siebie: nic nie trwa wiecznie; to dobra wiadomość) i można obejrzeć spektakl już poza kontekstem jego powstawania. Czy sauté też działa? Czy stoi na własnych nogach? Własnych to już jak kto woli, bo to nogi Wyspiańskiego i jego arcydramatu, lecz stoi na pewno. Reżyseria teatralna niech się uczy z medycyny: po pierwsze nie szkodzić. A po drugie – wzruszać, czyli zapewniać katharsis, lewatywę duszy. Na premierze też chlipałem, choć wtedy nie ze wzruszenia.
Część obsady premierowej, jak to w życiu bywa, zmarła: Zbigniew Ruciński, Edward Linde-Lubaszenko i Mieczysław Grąbka. Część żyje, ale w Warszawie. Ludzie są niezastąpieni; co innego role. Mój siostrzeniec do dziś trzyma autograf Grubego (por. film Vinci) w najwyższym poszanowaniu; pan Grąbka się mu podpisał na bilecie na Wesele. Dawno nie widziałem Małgorzaty Gorol; niesamowita aktorka; polski teatr traci na tym, że wybrała życie pozateatralne. Podobnie z Jaśminą, która nie chciała Warlika (cudownie zagrała w „moim” teatrze tiwi: Oscar Wilde, Pełna powaga). Peszkowi zazdroszczę dupy i ogólnie całokształtu. Tak wyglądać w jego wieku to jest nienormalne.
Wesele w maju obchodzi swe dziesiąte urodziny. Wznawiają je rzadko, raz na ukraiński rok, bo obsada rozłożysta, ale chyba pykną secik jeszcze w tym sezonie, choćby rocznicowo. Istnieje zjawisko zwane dziadzieniem arcydzieł, powolnym turlaniem do pożegnania z tytułem. To nie ten przypadek. Ten spektakl jest wielki, a na pewno piękny. Stoi na wielkiej poezji, której nie tylko nie szkodzi, lecz którą odpala, odbezpiecza, detonuje.
To Wesele nie jest o czymś, bo lepiej: jest czymś.