Logo
Recenzje

Polskie patoopowieści

6.11.2026, 10:28 Wersja do druku

„Mireczek” wg Aleksandry Zbroi w reż. Krzysztofa Popiołka z Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie na XVI Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w Teatrze Miejskim im. Witolda Gombrowicza w Gdyni. Pisze Agnieszka Górnicka.

fot. Bartek Warzecha/mat. teatru

W „Mireczku” reżyser Krzysztof Popiołek kondensuje debiutancki, autobiograficzny reportaż Aleksandry Zbroi, skupiając się na symbiotycznej relacji ojca i córki, w której alkoholizm rodzica determinuje przebieg dzieciństwa i dorosłego życia autorki. Zarówno książka, jak i spektakl z olsztyńskiego Teatru im. Stefana Jaracza to wstrząsające studium uzależnienia, którego największymi ofiarami stają się dzieci.

Po reportaż Aleksandry Zbroi „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” sięgnęłam parę lat temu. Pamiętam, że zachwyt wzbudziło we mnie połączenie literackiej wrażliwości i humoru z brutalnością opisywanych doświadczeń. Lektura tego typu świadectw zawsze budzi pytanie: dlaczego nikt nie reagował wcześniej, dlaczego alkoholizm dorosłego człowieka jest w wymiarze społecznej odpowiedzialności do pewnego stopnia maskowany, dlaczego jedynym rozwiązaniem, aby ujarzmić pijanego mężczyznę, który zatraca się w alkoholu, jest wezwanie policji, założenie Niebieskiej Karty, wywózka na Kolską… i powrót do domu. Zbroja opisuje świat drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, blokowisko na Wawrzyszewie, czas szkolnej rutyny, pierwszych przyjaźni i dzieciństwa, które upłynęło pod znakiem walki o przetrwanie. Ojciec, tytułowy Mireczek, to oprawca, który potrafi podnieść rękę na dziecko i żonę, ale też tata, który kupuje Kinder Niespodzianki i udaje Kaczora Donalda.

Degenerat, któremu urywa się film, ale też mężczyzna desperacko poszukujący miłości i bliskości. Ktoś, kto znajduje się najbliżej, a jednocześnie najdalej swojej córki. Kiedy umiera, kobieta staje przed decyzją, czy wraz z jego śmiercią ma umrzeć także pamięć.

Dla Krzysztofa Popiołka świat przedstawiony w reportażu Zbroi ulega przede wszystkim dezintegracji i katastrofie. Zaburzony zostaje prawidłowy porządek rzeczywistości: dom staje się „niedomem”, rodzic staje się katem, dzieciństwo przypomina koszmarny film. Dziecko nie czuje się bezpiecznie, znajduje się w nieustającej fazie odpierania ataków, jest obwiniane i karcone. Miłości towarzyszy nienawiść, bliskości – obcość, podziw zastępuje obrzydzenie. Lęk staje się nieodzownym elementem poranków i wieczorów, kiedy kroki pijanego dudnią na klatce schodowej. Fantastyczna scenografia autorstwa Anny Wołoszczuk przedstawia wnętrze mieszkania, przez które przetoczyło się symboliczne trzęsienie ziemi. Dom rozpadł się na dwie części, przypomina ruderę, w której Mireczek, próbując utrzymać pion, będzie odprawiał swój alkoholowy rytuał, stając na krawędzi między życiem a śmiercią. Będzie wielokrotnie upadał, potykał się, uderzał o ściany, wspinał się po pochyłej nawierzchni niczym Syzyf, aby znów stracić równowagę i upaść jeszcze raz. Będzie obiecywał, że już nigdy więcej, że się poprawi, że jutro zacznie od początku. Obietnice bez pokrycia.

W spektaklu Mireczek staje się okrutnym reżyserem trwającej katastrofy, tricksterem, który w piciu widzi zabawę i własną klęskę jednocześnie. Grzegorz Gromek zatraca się w niestabilności swojego bohatera, rozmazuje jego kontury, jednocześnie wydobywając z niego krzyk niemocy, przypominający coraz mniej zrozumiały bełkot. Jest niedojrzałym dzieckiem i skrzywdzonym dorosłym jednocześnie, ojcem i antyojcem – karykaturą samego siebie. Jest niebezpieczny i nieprzewidywalny, nieustępliwy w niszczeniu życia rodziny.

Dodatkowo na scenie pełni rolę terapeuty córki, który czuwa nad przebiegiem tej niekonwencjonalnej terapii i kolejnych etapów żałoby. Na pierwszym planie stoi trumna, w niej spoczywa Mireczek. Spektakl, tak jak książka, rozpoczyna się od śmierci ojca. Pieta alkoholika. Śmierci dosłownej i symbolicznej. Bo prawdziwa śmierć Mireczka poprzedzona jest permanentnym odchodzeniem i znikaniem ojca, który, choć silnie obecny w świadomości córki, umiera dla niej po raz pierwszy wtedy, kiedy wódka staje się ważniejsza niż ona. Grzegorz Gromek (Ojciec/terapeuta) oraz Agata Zielińska (DDA/pacjentka) od początku budują między sobą niejednoznaczną i niewygodną relację. Twórcy igrają ze schematem teorii psychoanalitycznych, drwią z metod badawczych, które pozostają bezradne wobec wyrządzonej krzywdy. Córka jak w lustrze odbija się w ojcu, dostrzega w sobie podobieństwo, jednocześnie odrzucając myśl, że może stać się taka jak on. Aktorzy na scenie tworzą niebezpieczny związek dwójki samotnych ludzi, których bliskość jest tymczasowa i wyobrażona. Jak ostrzem noża przecina ją alkohol, który mąci w głowie Mireczka, wyzwala w nim agresję, odbiera mu zdolność do racjonalnego myślenia.

fot. Bartek Warzecha/mat. teatru

Kiedy córka przywdziewa suknię ślubną i zaprasza ojca do tańca, wkracza w sferę oddalającego się marzenia o chwilowym zawarciu pokoju. W objęciach ojca przez chwilę czuje się bezpiecznie, do czasu, kiedy Mireczek przyspiesza kroku, a taniec staje się szamotaniną. Obraz ojca ulega zniekształceniu, Mireczek traci kontrolę nad własnym ciałem i umysłem, staje się nieludzki i obcy. Cuci go strumień zimnej wody, gdy ten, półnagi, w obskurnej miednicy próbuje walczyć z materią i niewidzialnym wrogiem.

Wyczerpanie Mireczka udziela się córce. To ona staje się towarzyszką ojca, czujną obserwatorką jego degrengolady, świadkiem odchodzenia i dokonywanego samozniszczenia. Agata Zielińska tworzy bohaterkę niezwykle zdeterminowaną, córkę, która musi szybko dorosnąć i zaopiekować się sobą. Jest w niej kruchość, która stopniowo staje się jej tarczą i sposobem na ucieczkę do świata porządku i nadziei.

Wyzwolenie następuje, gdy bohaterka dostrzega swoją autonomię i możliwość wyboru własnego zakończenia tej historii. Końcowy taniec na trumnie ojca to manifestacja siły i woli życia, nie w cieniu traumy, ale w świetle możliwej przyszłości, pozbawionej dysfunkcyjnych elementów.

Spektakl Popiołka jest na swój sposób ascetyczny, a redukcja bohaterów intensyfikuje relację między ojcem i córką. Zamknięci w dźwiękoszczelnej przestrzeni mieszkania w blokowisku toczą nierówną walkę, którą ktoś powinien zawczasu przerwać. Każda retrospekcja to obraz nadużycia i jawnej przemocy, w których nie ma miejsca na społeczną interwencję i ratunek. Jesteśmy świadkami sytuacji, które od wielu lat wpisywane są w policyjne statystyki i raporty. Czasem kończą się ucieczką i wyznaczeniem odpowiedniej kary, rzadko podjęciem leczenia i abstynencją, często przypadkową tragedią.

Mireczek porywa nas w swój ostatni taniec na ziemi. Obserwujemy jego autodestrukcję. Na gruzach własnego domu buduje swój popękany pomnik. Zlepiony z bólu i upokorzenia, bezradności, lęku i słabości, obojętności i beznadziei. Ilu jeszcze Mireczków, zamiast sięgnąć po pomoc, by ratować siebie i bliskich, sięgnie po kieliszek lub butelkę, które przyniosą chwilowe ukojenie i upojenie? „Mireczek” to spektakl o spustoszeniu, jakie wywołuje alkohol. Portret Polski sprzed trzydziestu lat, popękanej i zawstydzonej, topiącej się w morzu toastów, kufli, weekendowych piw i win, kolorowych drinków w domu i na bankietach. Polski dzisiaj, która niewiele się pod tym względem zmieniła i która nadal nie widzi swojego problemu.

Równo rok po olsztyńskiej premierze, w warszawskim Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka Jagoda Szelc realizuje autofikcyjne „Muszenie”, w którym wraca do swojego dzieciństwa, również naznaczonego piciem ojca. Wakacje na działce, basen i zabawa, a w tle tata, już lekko wstawiony, zarządza rodzinnym samopoczuciem, dawkując najbliższym trochę niepokoju, trochę śmiechu, w zależności od nastroju. Tutaj także ofiarą stają się dzieci, w szczególności córka, która, gdy łamie nogę, nie może liczyć na pomoc rodziców, bo obydwoje są pijani. Te dwie historie przeplatają się i łączą w tych samych punktach. Bohaterki stopniowo normalizują zachowania rodziców, bo skoro świat na nie przyzwala, to znaczy, że wszystko jest OK. Dopiero z czasem dostrzegają tę diabelską spiralę powtarzalnych czynności, cykl picia, który zaburza ich funkcjonowanie na każdym poziomie: psychosomatycznym, relacyjnym, społecznym.
Podczas obydwu spektakli na widowni panowała wstrząsająca cisza, pojawiały się łzy, bo w tych smutnych historiach odbijają się kolejne historie – jeszcze nieopowiedziane. Solidarni z dziećmi Mireczków, nie wrzucajmy wszystkich do worka z gotowymi diagnozami.

Zastanówmy się, jak wspólnie wyzwolić się z tej pokoleniowej traumy i rodzinnych patoopowieści. Jak przerwać łańcuch narodowego topienia smutku i radości w alkoholu.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także