Logo
Recenzje

Tadeuszomachia

3.12.2025, 14:06 Wersja do druku

„Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza w reż. Wojciecha Klemma w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pisze Maryla Zielińska, członkini Komisji Artystycznej XI Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej i Europejskiej „Klasyka Żywa”.

fot. Joanna Siwiec & Bartek Barczyk / mat. teatru

Ciekawa sytuacja. W tym roku zbiegły się dwie premiery Pana Tadeusza, bez jubileuszowej okazji, z wyraźnej chęci dyskusji z poematem Adama Mickiewicza, a może raczej z jego recepcją, z pytania o miejsce w zbiorowej wyobraźni rodaków, wreszcie z potrzeby wypowiedzi o współczesnej Polsce. Kamil Białaszek, dwudziestopięciolatek, student ostatniego roku reżyserii w Warszawie, szerzej znany jako raper Koza, zaproponował w Teatrze Polskim w Poznaniu Nowego PANA TADEUSZA, tylko że rapowego, opowiedzianego w mniej niż półtorej godziny (pisał o nim w tej rubryce Paweł Wodziński). Wojtek Klemm, pięćdziesięciodwulatek, reżyser po szkołach w Niemczech, funkcjonujący tyleż na tamtejszych scenach, co i w Polsce, w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie pokazał trzygodzinne widowisko, tyle że z wtrętami i z Sienkiewicza, i z Heinera Müllera, a nawet z niedźwiedziem Wojtkiem.

U Białaszka mamy dynamiczny świat blokowiska z jego patologiami, u Klemma scenę z dwoma tylko elementami dekoracji: drewniany, rozchwiany wychodek w centrum i zasłonę z przezroczystych wertikali. Tutejszy Gerwazy nie strzeże ruin zamku Horeszków, to dozorca z wiertarką, który wymienia dziurawe drzwi sławojki na solidniejsze, z sielskim motywem wyciętego serduszka. Teraz można tu iść za różnie rozumianą potrzebą, nawet wyspowiadać się przed sobą i innymi, niczym Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy z Misia. To dosadna zmiana rejestru dla przedstawienia epopei narodowej, od pierwszej chwili informowani jesteśmy, że obejrzymy poemat heroikomiczny (którym oryginał w jakimś stopniu też jest). I to na opak, jako powtarzającą się historię. Na początku zamiast Inwokacji słyszymy Epilog, a Mickiewiczowski narrator zostaje przedstawiony jako Chłop. Krząta się w drelichowym kombinezonie – doi krowę, pije z wiadra, nosi sery. Po wyimaginowanym gospodarstwie biega zgraja przebierańców: służki w niedopiętych sukienkach, Hrabia na koniu, którego nie ma, Rejent i Asesor niczym bracia Marx (postaci męskie grają aktorki w myśliwskich mundurach, z wąsami na gumkę), a niedźwiedź w mateczniku to miś z Krupówek. To nie „święty i czysty kraj lat dziecinnych”, raczej gromada zdziecinniałych osobników w rolach przypisanych z góry. Chłop przygląda im się ze sporą rezerwą, jak jakimś dziwnym agroturystom.

Takie przesunięcie narracji łatwo wpisać w zwrot ludowy w czytaniu kultury polskiej, reżyser i adaptatorzy tekstu (Tomasz Cymerman, Sandra Szwarc) oddają głos klasie wypełniającej tło szlacheckich perturbacji. Czy ta perspektywa coś zmienia, poza zewnętrznym sztafażem? Mariusz Kalisz w roli Chłopa wygłasza opisy pracy żeńców, boru, sernicy, orientuje się w sprawkach żydowskiej karczmy i plebana, tłumaczy kwestie generała Dąbrowskiego, który mówi tylko po niemiecku, wreszcie relacjonuje koncert Jankiela. Czy to on jest więc przekaźnikiem pamięci historycznej, strażnikiem języka?

Klemm zwrot ludowy dostrzega, ale nie ma złudzeń. Walka Polaków z Polakami wyniszcza ojczystą tkankę do cna, zostawiając pole wrogom. W finale na scenę wchodzi kapitan Rykow i pod nosem intonuje Inwokację. To diagnoza podobna do tej, którą zaproponował Jan Englert w swym Hamlecie. W Teatrze Narodowym w finale pojawia się Fortynbras/Putin, tu Rykow nosi sweter z napisem „CCCP”. W jego ustach: „Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie…” brzmi złowieszczo, choć kapitan pomrukuję tę frazę pod nosem, może nawet z pewną ironią.

Inwokację w pełniejszej formie słyszymy jako cytat, to przypomnienie lektury Pana Tadeusza przez latarnika Skawińskiego. Tytułowy bohater opowiadania Henryka Sienkiewicza zatraceniem się w nostalgii doprowadził do katastrofy statku, a swe życie do ruiny. Klemm zdaje się wskazywać na niszczącą siłę zaczadzania się tak zwaną polskością.

Krytyczna lektura Pana Tadeusza przez reżysera i adaptatorów tekstu polega także na łamaniu jego formy, piękna fraza zachwyca, ale i usypia rozumienie przekazu. W krakowskim przedstawieniu wersety płyną, by nagle urwać się, zawiesić, zmieni rytm, całe kwestie, frazy podlegają repetycjom, przybierają formę stychomytii; w poezję Mickiewicza wlewają się skrzydlate słowa, cytaty, fragmenty cudzych utworów, pieśni. Postaci historyczne przedstawiane są w niespodzianych asocjacjach. Generał Jan Henryk Dąbrowski słabo mówił po polsku, u Klemma tylko po niemiecku; widać „Dla ojczyzny ratowania/ Wrócił się przez morze”, bo wtoczono go z koniem na łódce. Niedźwiedź z matecznika ulega daleko idącej antropomorfizacji, nie tylko jak niedźwiedź z Armii Andersa chodzi na dwóch łapach, ale także baraszkuje z Zosią, a nad jego mogiłą zostaje odśpiewana pieśń żałobna Anielski orszak niech twą duszę przyjmie. Słowem zwierz bohater. W tych ingerencjach, także w ustępach napisanych przez Sandrę Szwarc, konsekwentnie wybrzmiewa heroikomiczny ton opowieści. Podobnie jest z kostiumami zaprojektowanymi przez Mirka Kaczmarka, łączącymi hipsterkę z tandetą i tradycją historyczną.

Obsadzenie w tytułowej roli Ukraińca też niesie potencjał krytyczny. Oczywiście, Vitalik Havryla ma odpowiedni ku temu zadaniu talent, warunki (słowiańska uroda, brak obcego akcentu), ale ta decyzja obsadowa pozwala twórcom też na nowo czytać kresową wielonarodową sielankę i rozeznawać się we współczesnych sojuszach. Nie bez powodu Wojtek Klemm wplata w kwestie Pana Tadeusza parafrazę początku HamletaMaszyny Müllera: „Byłem Hamletem…”. Jego bohater nie patrzy na zgliszcza Europy, ma za sobą ruiny Litwy, Ukrainy, Polski Obojga Narodów, kraju lat dziecinnych – utraconą swojskość. Widzi w zasadzie lunapark, w którym generał ze złotym koniem jest figurą niczym z karuzeli, a narrator-Chłop w finale kręci watę cukrową i rozdaje uczestnikom widowiska po dwóch stronach rampy. Widzi, ale to go nie stawia ponad gromadą, wtapia się w nią, wszyscy przywdziewają kontusze i przytraczają szable, radzi by odtańczyć poloneza, uformować paradny żywy obraz przed generałem. W tym uniesieniu nad tymczasową zgodą, nie dostrzegają, że nie Bóg w dom, ale wróg. Wojna jest tuż, tuż. Przez cały spektakl za zasłoną z przezroczystych wertikali majaczą narzędzia walki, miejsce monumentalnej siekiery zajmuje dron. Spełnia ona też rolę ekranu, wyświetlane na nim jest to, co dzieje się w sławojce, a także ikonografia komentująca sceny. Kurtyna nie odsłania się ni razu, przesuwa się do przodu i do tyłu sceny, to specyficzna szczota-wałek jeżdżąca po bohaterach, przypomina urządzenia w myjniach.

Spektakl Wojciecha Klema prowokuje do dyskusji, może się podobać lub nie, razić dosadnością, na pewno układa się w ciąg rewizji klasyki polskiej, jaki proponuje Teatr Słowackiego pod dyrekcją Krzysztofa Głuchowskiego. Czyta Pana Tadeusza wbrew tradycji, znajduje w nim materiał na przestrogę przed samobójczą siłą źle pojmowanej polskości, przed ślepotą na to, co dzieje się wokół.

Adam Mickiewicz
Pan Tadeusz
opracowanie tekstu, dopisane sceny: Sandra Szwarc
opracowanie tekstu, dramaturgia: Tadeusz Cymerman
reżyseria: Wojtek Klemm
scenografia: Magdalena Gut
kostiumy: Mirek Kaczmarek
reżyseria świateł: Michał Grabowski
multimedia: Natan Berkowicz
muzyka: Ola Rzepka
choreografia: Anna Maria Krysiak
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Duża Scena
premiera: 10 października 2025


Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne

Sprawdź także