13.07.2021, 13:27 Wersja do druku

Tadeusz Wojtych: Uprawiam zawód rzemieślniczo

Zbierając materiały do biografii Jerzego Grzegorzewskiego, poprosiłam Tadeusza Wojtycha o rozmowę. Zgodził się bez wahania, mimo przedświątecznego czasu (20 grudnia 2018) i niemłodego już wieku. Zaproponował kawiarenkę Pod Arkadami, mieszkał w pobliżu, ale i tak przyjechał autem. Powiedział, że autoryzuje bez czytania. Przyszedł jeszcze na promocję ostatniego tomu Scenariuszy Grzegorzewskiego do Teatru Studio na początku 2019 roku. Mam nadzieję, że zapis tej rozmowy (niepublikowanej) choć w części odda nietuzinkową osobowość Tadeusza Wojtycha, upamiętni go jako niezwykłego aktora.

Z Tadeuszem Wojtychem rozmawia Maryla Zielińska.

fot. Wojciech Plewiński/ arch. Instytutu Teatralnego

U Grzegorzewskiego grał Pan krótko, ale główne lub duże role.

Za krótkiej dyrekcji Andrzeja Ziębińskiego w Teatrze Polskim w Poznaniu grałem tytułowego Jacusia w komedii Edwarda Lubowskiego, to był 1971 rok. Ale najważniejszy był Wrocław, najpierw zagrałem małego Mazurkiewicza, Kazia, w Żołnierzu Królowej Madagaskaru. Jurek chciał mnie obsadzić w roli Mazurkiewicza, ale teatrem rządził Igor Przegrodzki i on chciał dostać tę rolę. Powiedziałem Jurkowi, że nie będę się pchał, skoro zespół jest za Igorem i przyznał mi rację. Chciał, żebym był przy wjeździe kolei – na podeście ułożył szyny, po których wtaczała się drezyna. Ubrał mnie w kieckę, długie pióro na głowie i cały czas miałem grać trzymając się za nogi, żebym wydawał się malutki. Z widowni było widać duży łeb i mały korpus – karzeł. Inny ładny numer Jurek wymyślił w scenie, kiedy Kazio rozrabia i ojciec nie może sobie z nim poradzić. Poprosił, żebym przeleciał przez scenę w szpongach owinięty ręcznikiem, niby po kąpieli. Towarzystwo się ugotowało. Fajny spektakl. Dekoracje to były krzesła z widowni, meble, bębny – graciarnia. Do tego tramwajowe pantografy, miał swoje ulubione rzeczy. Wybierał stare ubrania, nie projektował, nie szył.

Czy on ściągnął Pana do tej roli?

Zaprosili mnie z dyrektorem Piotrem Paradowskim, który wziął mnie na etat. Byłem u nich sezon 1976/1977. W styczniu miałem tragedię, zmarła mi dwudziestodwuletnia córka. Odszedłem. Jurek bardzo mnie prosił, bym wrócił i zagrał w Śmierć w starych dekoracjach.

Przeglądając raporty prób do tego przedstawienia, zauważyłam, że na początku Grzegorzewski długo spotykał się tylko z Panem?

Jurek siedział i godzinami patrzył na scenę, asystent siedział, siedzieli maszyniści, Tadeusz Różewicz siedział, rozmowy na boku... Nic się nie działo, ale lubiłem tę koncepcyjną pracą, interesowała mnie.

Zespół grał wszystkiego ze dwadzieścia minut, reszta to mój monolog. Publiczność była wprowadzana na scenę od garderób, siadali na krzesłach, od widowni oddzielała ich żelazna kurtyna. Muzycy siedzieli w kanale, stroili się. Staszek Radwan napisał muzykę, która sugerowała lot. Wchodziliśmy z tyłu widowni, stewardesa usadzała nas w dwóch rzędach i to był samolot. Lądowaliśmy, wychodziliśmy do foyer, stewardesa zamykała drzwi, zapadała cisza. Nagle światłami oraz muzyką uruchamiało się Koloseum, wycieczka zwiedzających. Opadała żelazna kurtyna, ciemność. Muzyk siedział z lewej strony i grał na pile (Jurek bardzo to lubił) – wysokie tony, melodyjne, uduchowione – piękną melodię. Kurtyna podnosiła się, po chwili dopiero wchodziłem między rzędy, na których leżały stare dekoracje. Wziąwszy klimat z melodii na pile, rozglądałem się, podziwiałem… Stawałem po środku i zmęczony zaczynałem monolog do publiczności. Głośno trzeba było mówić, bo działo się to dwie trzecie od sceny, a widownia ogromna. Obok rozgrywały się różne akcje: na parterze duch, czyli Erwin Nowiaszak ubrany na jasno i wymalowany, robił śpiewy operowe; pojawiały się inne duchy; na balkonach działy się scenki. Umierałem, padałem między krzesła. Na koniec wiatraki podwiewały szarfy nad oparciami foteli, odpowiednio oświetlone udawały płomienie, pożar. I efekt muzyczny. Wszystko trwało krótko. Bardzo piękny plastycznie spektakl.

Mówił, że prawie zadręczył zespół, bo nie mógł wymyśleć przestrzeni.

A, tak! Siedzieliśmy w kawiarni a on chodził po scenie, czas dla niego nie istniał. Pół godziny próby i szliśmy na obiad, szwendaliśmy się po Wrocławiu. A jak wpadł na pomysł, by odwrócić scenę z widownią, to już szybko poleciało. Teatr Polski jest ogromny, ma widownię podobną do Koloseum. Jurek wymyślił, że publiczność siedzi na scenie i patrzy na widownię z balkonami, tam toczy się akcja. Na koniec płomienie i śmierć.

Tadeusz Różewicz lubił fakty, miał genialne spojrzenie na konkrety, stąd się wzięło to opowiadanie. Zwiedzając Koloseum, zajrzał na dół, gdzie rzymskie teatry przechowywały stare dekoracje. Napisał opowiadanie o starszym mężczyźnie, który pojechał na wycieczkę do Rzymu i tam umarł z wrażenia.

Patrząc na zdjęcia z tego przedstawienia, wydaje mi się, że troszeczkę przypominał Pan Różewicza?

Na pewno, musiałem zapuścić włosy do roli, Jurek ubrał mnie w jasny trencz. Znaliśmy się z Różewiczem, prowadzili z żoną fajną kuchnię. Miałem czas, bo rodzina była w Poznaniu, i bywałem u nich na bankietach, jedzeniach. Jurek też był wtedy wolny.

Różewicz nie zawsze akceptował przedstawienia Grzegorzewskiego.

Spierali się, bo Jurek usuwał tekst, ale nie zmieniał tematu, brał go bardziej wizyjnie. Śmierć to monolog człowieka, któremu z wrażenia, ze zmęczenia pękło serce, więc nie mógł za dużo gadać, ale Różewicz cierpiał z powodu skrótów.

Jak Pan postrzegał Grzegorzewskiego jako człowieka?

Mieszkaliśmy w gościnnych pokojach, drzwi w drzwi, na górze w Polskim. Jurek prowadził bardzo higieniczny tryb życia, trenował tenis, w ogóle nie pił. Z czasem dostał duże mieszkanie w starej kamienicy na ulicy Smoluchowskiego i zrobił przyjęcie, coś niesamowitego. Lubił autentyki, zgromadził trzy czy cztery portale drzwi i ustawił w korytarzu, przez jeden przechodziło się do pokoju, a pozostałe stały przy ścianie. Przestronną kuchnię wymalował na filetowo-czarno. Pytam się, dlaczego. „Żeby nie chciało się żreć” – odpowiedział. To był Jurek. Chodziliśmy do Klubu Dziennikarza na Świdnickiej, do Elity…

Nie mam szkoły teatralnej, jestem inżynierem z plastycznymi uzdolnieniami. Ze Zbyszkiem Cybulskim i Bobkiem Kobielą zakładaliśmy Bim-Bom, wziął nas potem Zygmunt Hübner do Teatru Wybrzeża. Inaczej patrzę na teatr niż aktorzy po szkole, jestem konkretny, nie lubię aktorskich histerii. Jurek był inscenizatorem plastycznym, dziwnie reżyserował, ciągle zmieniał, komponował i zawodowi aktorzy się buntowali. Obserwowałem to we Wrocławiu. A ja robiłem, co on chciał, uczyłem się, że trzeba być Wojtychem a nie myśleć o budowaniu roli. Może to szkoła wyniesiona z Bim-Bomu i od Hübnera, który też dużo zmieniał w tekście. Jurek twierdził, że nie miał wsparcia w Polskim, faktycznie tam każdy miał buławę w kieszeni. Do tego okres partyjno-związkowy, a Jurek był dosyć miękki, bardzo delikatny. Nie nadawał się na dyrektora.

Po latach spotkałem go w Warszawie na ulicy, był załamany, na straszliwym kacu – zdziwiłem się. Jeszcze we Wrocławiu wpadł w towarzystwo kolegi, który lubił pić, ale miał łeb (potem zebrała się grupa), a Jurek nie mógł sobie poradzić, był za słaby i poleciało. Klęska nastąpiła w Narodowym, niepotrzebnie tam poszedł.

Nie zapraszał Pana do współpracy w Studio czy Narodowym?

Po osobistej tragedii, śmierci córki i żony, odszedłem w teatrze od dramatu, wolałem komedię, dużo jeździłem zagranicę z estradą. Jeśli grałem dramat, to w filmie. Ten wybór dawał nie tylko satysfakcję i pieniądze, ale także wolność w komunizmie. Dopiero u Krystyny Jandy zagrałem w Trzech siostrach. Jurek mówił, że uprawiam zawód rzemieślniczo i tak jest. Nauczyli mnie Stanisław Milski z Władkiem Kowalskim w Wybrzeżu – dialogu, prawdy... Jak przyjechałem do Wrocławia, Jurek zaprosił mnie na próbę Ślubu, na której robił zastępstwo: „Zobacz jak magistry grają – Teatr Kolejarza, dlaczego nie mogą mówić po prostu”.

Cenił prostotę i rzemiosło.

Jego ojciec był w Łodzi piekarzem, wtedy rozwożono pieczywo końmi, więc miał konie i… słabość do pojazdów. Pewnego razu kupił czarny karawan i wjechał na podwórko z mąką. Coś pięknego. Jurek opowiadał też o egzaminie na reżyserii. Miał przedstawić makietę dekoracji. Remontowali ubikacje, walało się wapno, deska sedesowa i on z tej klapy zrobił scenę. Nikt już nie patrzył na tekst, liczył się pomysł. Jurek był kolorowym, ciepłym człowiekiem.

Tytuł oryginalny

Uprawiam zawód rzemieślniczo

Źródło:

Materiał nadesłany